Adam Grochulski Życie za kulisami

Niewidoczny, z reguły obok lub z tyłu sceny. Pracował z połową polskiej estrady począwszy od big - beatowych Trubadurów z lat 60. do rockowego T. Love. Rywalizował z początkującą Anną Jantar, prowadził Czerwone Gitary, zbijał fortunę na Foggu. Zarabiał co miesiąc na kilka samochodów, a wydawał na hektolitry wódki, choć sam najchętniej wychyli lampkę wina. Z Adamem Grochulskim, żywą encyklopedią polskiej rozrywki – rozmawia Michał Stankiewicz.

galeria

Słyszał Pan o planach sprzedania miliona litrów szczecińskiej Starki? 

Tak. I bardzo żałuję. 

Czego? Tego, że Pan nie kupi, czy tego, że nie wypije?

Tego i tego. Kiedyś bym kupił pewnie wszystko (śmiech), a potem stawiał przyjaciołom przez długi czas.

Wierzę Panu. Mimo, a i pewnie wbrew ustrojowi życie towarzyskie w latach 60. i 70. mocno kwitło. Można było i bardzo dużo zarobić, ale i jeszcze więcej wypić.

Alkohol był wszechobecny. Dużo się zarabiało, a niczego nie było w sklepach. Wydawało się w knajpach i to większość na gorzałę. Dlaczego w naszej Kaskadzie codziennie było pełno? Bo ludzie musieli gdzieś wydawać. W naszych relacjach gorzałkę najczęściej stawiał organizator – artystom, z powodu dysproporcji w zarobkach. To była forma wdzięczności. No i ja stawiałem. 

Kto najbardziej imprezował?

Najbardziej rozrywkowy był Ryszard Poznakowski, Henryk Fabian, Krzysztof Klenczon, Bogusław Mec. No i Silna Grupa pod Wezwaniem, czyli Litwin, Grześkowiak, Chyła i Nieżychowski, pański dziadek zresztą. 

Tak, mam tego świadomość.

Ci ostatni naprawdę potrafili... Byli też artyści powściągliwi jak np. Czesław Niemen, czy Emil Karewicz. 

Dużo zarabiał wtedy organizator koncertów?

Oj dużo. Współpracowałem m.in. z Mieczysławem Foggiem. Doskonale się sprzedawał. Zarobiłem na nim mnóstwo pieniędzy. Pan Mieczysław miał 450 zł od koncertu, a ja 10% od wpływów z biletów. Zarabiałem trzykrotnie więcej od niego. Bywało, że w niedzielę występował na pięciu koncertach.

Jak to było możliwe?

Koncerty były na godz. 10., 13. i 15., bo robiłem tzw. ryczałtówki, czyli sprzedawałem koncerty jednostkom wojskowym w ich własnych halach. A na godzinę 17. i 20. w Domach Kultury. 

Czysty kapitalizm!

W pewnym sensie tak (śmiech). Z trasy Fogga w Olsztyńskiem w 1969 roku przywiozłem na czysto 40 tys. zł. w miesiąc. I przyjechałem z pieniędzmi do taty, położyłem na stół, a tata poprosił mnie o telefon do dyrektora estrady. Zadzwonił i zapytał się: „Czy prawdą jest, że mój syn zarobił w pańskiej instytucji w sposób legalny i uczciwy kwotę 40 tys. zł“. Na to dyrektor: “Jak najbardziej, a czy nie ma pan może drugiego syna“?

Jakie wtedy były ceny?

Domek jednorodzinny kosztował chyba 120 tys. zł, mały fiat 7 tysięcy, a polonez 11, może 12 tysięcy. Oczywiście inną kwestią była dostępność tych towarów. Dlatego np. część zarabianych pieniędzy zostawiałem wtedy na wyścigach konnych. 

 I wygrywał Pan?

Nie, ale żyłka hazardowa pozostała do dnia dzisiejszego. Lubię czasem pograć w ruletkę. Mam jednak limity. Jak Jan Englert przyjeżdża do Szczecina to dwa dni spędzamy w kasynie. Ale ograniczamy się do pewnej kwoty na dzień. Janek z reguły wygrywa, ja nie.

Jest taka stara komedia z lat 60. „Kochajmy syrenki“, gdzie dwóch organizatorów koncertów ostro konkuruje w sprzedaży swoich imprez. Stosują różne sztuczki. Akcja dzieje się na Mazurach, trwa lato, pełne są ośrodki wypoczynkowe...

(śmiech) W końcu lat 60. uciekałem się do metod z tego filmu... Raz w pewnej miejscowości, gdzie ciężko było cokolwiek sprzedać zadzwoniłem do trzech PGR-ów, że przyjedzie młody przedstawiciel wojewódzkiego komitetu partii i trzeba kupić bilety na imprezy, bo cel społeczny itd. No i kilka godzin później pojechałem tam i sprzedałem stosowną pulę biletów.

Nabywcą biletów były tylko zakłady pracy? A tzw. klienci indywidualni?

- Głównie zakłady pracy, bo wtedy odbywało się to hurtowo. Ale byli też wykonawcy, którzy sprzedawali się jak świeże bułeczki zawsze i wszędzie. Z Silną Grupą pod Wezwaniem - po sukcesie w Opolu - robiliśmy trasę we Wrocławiu. Daliśmy ogłoszenie w prasie, że bilety są do nabycia w Hotelu Metropol, taki dzisiejszy Sheraton. W holu siedziały nasze dziewczyny, a do poszczególnych stolików podchodzili przedstawiciele zakładów pracy. Sam Pafawag (fabryka wagonów – dop. red.) kupił chyba cztery koncerty. Przychodziły też osoby prywatne. Takie było szaleństwo na punkcie Silnej Grupy.

A wy wtedy odpoczywaliście?

 Tak, a my aktywnie odpoczywaliśmy...

Zawsze był Pan tak aktywny?

Od dzieciństwa. Nie miałem ciągot do instrumentów, ale raczej do słuchania, organizowania i konferansjerki. No i zabawy. Jako bardzo młody człowiek mieszkałem w Poznaniu. To były lata 60. Pomiędzy godziną 17., a 21. organizowaliśmy tzw. fajfy. Zespół nazywał się Pechowcy i obok Tarpanów była to najpopularniejsza grupa w Poznaniu. Potem pojawiły się jeszcze Szafiry z Anną Szmeterling, która później przybrała pseudonim Anna Jantar. I tak wszyscy rywalizowaliśmy, a jednocześnie kolegowaliśmy się.

Pojechaliście do Szczecina na Festiwal Młodych Talentów?

W Szczecinie Poznań był reprezentowany przez Wojtka Kordę z Niebiesko Czarnych i Ryszarda Kanię, który z kolei śpiewał z Tarpanami, a potem popełnił samobójstwo. No i pojawiła się Halina Frąckowiak, także wokalistka Tarpanów. Ja działałem trochę później. Robiłem koncerty Trubadurom, organizowałem festyny, działałem w klubach studenckich, m.in. Pod Maskami, gdzie poznałem Urszulę Sipińską i Zdzisławę Sośnicką, które stawiały swoje pierwsze kroki na estradzie. W klubie Nurt debiutował Zenek Laskowik, powstał kabaret Tey. Potrafiłem nawiązywać kontakty, organizować. 

 I dlatego ruszył Pan w Polskę?

Tak, w 1967 roku Wojtek Korda namówił mnie na wyjazd do Wrocławia. Niebiesko Czarni należeli wtedy do Estrady Dolnośląskiej. Pojechałem tam. W czerwcu zorganizowałem swój pierwszy w pełni zawodowy koncert. To była Hala Ludowa, Niemen i Niebiesko Czarni. Potem organizowałem już dziesiątki koncertów w całej Polsce, a w 1971 roku przeniosłem się do Szczecina.

I już tak zostało.

Moja pierwsza żona była z Olsztyna, ja z Poznania i wybraliśmy... Szczecin. Związałem się tutaj z Polskim Stowarzyszeniem Jazzowym, które współpracowało wtedy z kawiarnią Jubilatka przy al. Wojska Polskiego. Robiliśmy sporo koncertów m.in. Kabaretu Tey, Jonasza Kofty, Wojciecha Pokory, Bohdana Łazuki. A ja w międzyczasie zająłem się fotografią. Razem z kolegami rozpoczęliśmy organizować w Międzyzdrojach Międzynarodowe Targi Fotografii Polfoto.

 I w Szczecinie poznał Pan swoją obecną, drugą połówkę? 

Tak, Danusia tańczyła w grupie estradowej dorabiając sobie do urzędniczej pensji. To był taniec nowoczesny. Pewnego dnia poszedłem napić się gorzały, był program rozrywkowy, ktoś wyciągał z rękawów gołąbki i wybiegła dziewczyna dla której oszalałem. Wyrwałem i nie puszczam do dnia dzisiejszego.

Zebrane doświadczenia pozwoliły potem Panu na długi romans z... telewizją?

Z programem drugim TVP i Niną Terentiew. Przez 12 lat zrobiłem kilkadziesiąt koncertów, pikników, festynów, w tym 30 - lecie programu drugiego.

To zdaje się były lata 90. Wtedy w Szczecinie Pana nazwisko stało się głośne za sprawą zupełnie innej osoby. Bohaterem mediów – w kontekście mafii paliwowej stał się pewien szczeciński biznesmen. 

Kiedyś pojawiło się w prasie, że ten pan wykupił z pół województwa. Tydzień po ukazaniu się tekstu dzwoni do mnie mój kolega. „Adam jesteś kawał ch.... To ja do ciebie zwróciłem się z prośbą o pożyczkę 2 tysięcy zł na kupno samochodu, a ty tutaj...“ Takie bywały reakcje. Kiedy ówczesny prezes Enei powoływał do życia firmę wypoczynkową Entur i mianowano mnie jej prezesem to określone służby sprawdzały czy nie jestem skoligacony z tym biznesmenem. A jesteśmy sobie obcy. Na początku mi to przeszkadzało, ale potem już nie.

Właśnie stuknęło Panu 65 lat, piękny wiek. Czyli czas na odpoczynek?

Skądże znowu. Przymierzam się do Karuzeli Cooltury w Świnoujściu w związku z rezygnacją dotychczasowego organizatora. Zadeklarowałem prezydentowi Świnoujścia, że zrobię imprezę na tym samym poziomie za 2/3 ceny.

I zrobi Pan?

- Nie wiem, czekam na odpowiedź. Na razie po raz kolejny opiekowałem się turniejem artystów podczas Pekao Szczecin Open. No i robiłem 13 edycję turnieju Baltic Cup w Pogorzelicy. Planuję kolejne, ale co roku w innym mieście – Świnoujściu, Międzyzdrojach, Pogorzelicy i Kołobrzegu.

No to życzę zdrowia i kondycji.

Adam  Grochulski 
Poznaniak z urodzenia, szczecinianin z wyboru. Promotor i przyjaciel artystów od wczesnych lat 60. Twórca i uczestnik setek tras koncertowych. Organizator Międzynarodowych Targów Polfoto w Międzyzdrojach. W latach 90. przygotowywał koncerty dla programu II TVP, zarządzał ośrodkiem wczasowym Enei w Pogorzelicy i stworzył tam kultowy lokal Sahara. Organizator turniejów tenisowych dla artystów, m.in. na Pekao Szczecin Open. 

Prestiż magazyn szczeciński
7( 65)
Listopad'13
gajda