Autor

Szymon Kaczmarek

Nie jestem bez grzechu, więc kamieniem pierwszy nie rzucę. Sam biorę w tym udział, choć drżę z obawy o przedświąteczną obfitość wydarzeń. Już widzę ten potok mniej lub bardziej nieudanych fotek, okraszonych zachwytami i "lajkami" znajomych. Mowa o FACEFOOD'zie, wigilijnej kolacji na monitorze naszych komputerów.

To, że "fejs" bezlitośnie morduje życie towarzyskie, to fakt niezaprzeczalny. Po co spotykać się na kawie, spacerze czy choćby porozmawiać przez telefon, jeśli i tak wszystko o znajomych wiemy z Facebooka?  Kto ma jakiego kotka, jak rośnie dziecko, czego słuchają znajomi i przede wszystkim, co jedli przed chwilą, teraz, za chwilę (niepotrzebne skreślić). Zdjęcia potraw, najczęściej robione niewprawna ręką telefonem, stanowią poważny procent tzw. „wydarzeń”. I nie ma znaczenia estetyka i jakość fotografii, byle natychmiast, z kuchni, z knajpy, z imienin cioci Kloci. Wszyscy chcą być „makłowiczami”, ale zdają się zapominać, że Makłowicz jest jeden.

W tym roku nie zrobię zakupów na święta, no chyba że większy monitor kompa. Barszczyki, pasztety, mięsiwa zalewają sieć, a tylko patrzeć jak sprytne małe chińskie rączki wyprodukują ekrany z efektem zapachowym. Popatrzę sobie, pomarzę, a jakie oszczędności w domowym budżecie! Z rozrzewnieniem można wspominać czasy, w których sąsiadka pukała do drzwi i z serdecznym uśmiechem pytała: "Pani sąsiadko, ma pani szklankę mąki pożyczyć?" Dziś sąsiadka ewentualnie polajkuje zdjęcie pierożków z kapustą lub zamieści uśmiechniętą buźkę pod fotką karpia w galarecie.

W zamierzchłych czasach, mniej więcej dwadzieścia lat temu, miłym zwyczajem były spotkania przyjaciół na wspólnym lepieniu pierogów lub wypiekaniu ciast świątecznych. Pogadało się, poplotkowało, czasami nawet pośpiewało przy szklaneczce domowego winka... Dziś nawet napić się można przy Facebooku, ale jak tu wypić brudzia? W domowych zakamarkach walają się bezużytecznie wycinki z gazet i ręcznie zapisywane przepisy zasłyszane od znajomych. My o ilość potrzebnej na makowiec mąki pytamy wujka Google'a.

Czas jednak na pytanie podstawowe: czy opisywana wyżej sytuacja ma wyłącznie minusy? Odpowiedź wydaje się prosta. Jakie czasy, takie kontakty międzyludzkie. Jeśli jest możliwość pochwalenia się pieczenią rzymską, która wyszła rumiana i aromatyczna, to dlaczego nie opisać tego znajomym? Jeśli nie pamiętamy składu jakiejś potrawy, zawsze możemy otworzyć książkę kucharską (dziś odpowiednią stronę www). Wszystko jest kwestią umiaru. Zbyt wiele przypraw zniszczy najwspanialszą potrawę. Zbyt wiele konfitur powoduje mdłości.

Jak zauważyłem na wstępie, sam w tym procederze biorę udział. I cieszy mnie każda opinia, każdy głos w dyskusji. Bo przecież gdybym na wspomnianą pieczeń zaprosił kogokolwiek z Was, usłyszałbym, że nie macie czasu, że terminy, praca, obowiązki…. A na fejsfudzie wystarczy polubić, kliknąć myszką i po kłopocie. Nie ma przykrych konieczności ubrania wizytowego garnituru, kupowania wina, zamawiania taksówki. Wreszcie, pieczeń może smacznie wyglądać wyłącznie na zdjęciu, a gadać nie będzie, o czym - wszystko wiemy z portalu.

Co roku w okresie świątecznym (trochę z obowiązku) wspominamy o samotnych. Zastanawiam się wciąż, nad rolą internetu w pogłębianiu naszej samotności. Naszej, to znaczy tych, co mają rodziny, przyjaciół, co wiodą wątek zwany „życiem”. A może to właśnie zbytnia aktywność na portalach społecznościowych jest tej samotności wyrazem? Może właśnie „facefood” to nic innego jak zakamuflowane zaproszenie: wpadnij, zjemy razem?

Święta. Będziemy składać sobie życzenia. Esemesowe wierszyki, zdawkowe maile, kolaże świąteczne w internecie. Kopiuj-wklej. Będąc szczerze wdzięcznym za Waszą czytelniczą obecność, a znamy się już dość długo, chciałbym poczuć ciepło Waszych dłoni, zobaczyć śmiejące się oczy i bez pośrednictwa fal radiowych, papieru i internetu, tak po prostu uściskać Was i życzyć serdecznych, pełnych uśmiechów i bliskości Świąt. Pewnie już widzieliście na fejsie moją fotę ze śledziami a’la Włodek?

Prestiż magazyn szczeciński
8( 66)
Grudzień'13
gajda