Zwolnienie z WF-u

Autor

Krzysztof Bobala

Moja nastoletnia córka, fanatyczka golfa, pochwaliła się ostatnio, że podczas lekcji wychowania fizycznego odkryła jak fajna jest gimnastyka. Polubiła nawet skoki przez kozła czy skrzynię. Kiedy przypomnę sobie jak bardzo tego nie lubiłem w moich szkolnych czasach, tym większy mój „szacun” dla Martyny. A starszy syn? Raz w tygodniu tenis z ojcem, dwa razy w tygodniu squash, siłownia, nieraz jakiś meczyk badmintona, no i te kilometry spędzone w ramach pracy na polu golfowym. Aktywne życie. I piszę to nie tylko po to, aby pochwalić się wspaniałymi dzieciakami, ale głównie po to, żeby przekonać naszych czytelników do wspólnej akcji – niewypisywania zwolnień z lekcji WF-u. Starsi pamiętają, kim byli idole z czasów naszej młodości.

W latach osiemdziesiątych, siedemdziesiątych czy wcześniej, prym w grupie rówieśników wiedli sportowcy. Podziwialiśmy tych, którzy strzelali więcej bramek w podwórkowych meczach. Wielbiliśmy zwycięzców rowerowych wyścigów czy mistrzów gry w „dwa ognie”, a prawdziwym „lansem” było uczęszczanie do któregokolwiek klubu sportowego. I nieważne, co dany „miszcz” uprawiał. Ważne, że miał firmowy dres i znikał z podwórka na treningi kilka razy w tygodniu. Zachwyt koleżanek z klasy nad takim delikwentem budził zazdrość wszystkich tych, którzy nie byli tak sportowo uzdolnieni, a swoich sił próbowali jedynie w wewnątrzpodwórkowej rywalizacji. Bo w tamtych czasach nieuczęszczanie na lekcje WF-u to był prawdziwy wstyd. Osoby, które z jakichś powodów nie ćwiczyły, miały ku temu najpewniej bardzo poważne zdrowotne powody. A i tak byly trochę odsuwane na bok.

Jak jest dzisiaj? Świat stanął na głowie. Ćwiczenia na szkolnej sali uważane są przez rówieśników za „obciach”, a członkostwo w klubie sportowym za zupełnie niezrozumiałą stratę czasu. Bo z jednej strony „wyścig szczurów”, który praktycznie w dzisiejszym świecie zaczyna się już chyba w żłobku, z drugiej wszechogarniający i niezwykle zaborczy internet, ze swoim facebookiem, twitterem, instagramem czy youtubem. To przecież „lans”, aby wszędzie tam być, pokazywać siebie, swoje emocje czy młodzieńcze uczucia. I nawet jeśli nie masz się czym pochwalić lub masz niewiele do powiedzenia, możesz w tej globalnej wiosce bezkarnie, bo anonimowo, komentować rzeczywistość. A że wulgarnie, złośliwie czy czasami idiotycznie – przecież bez podpisu można napisać wszystko. I tak nasze dzieciaki, te młodsze i starsze, wchłaniane są przez sieć. Jeżeli szybko nie zareagujemy sieć wciągnie ich jak pająk swoją ofiarę. Ostatecznie i bez odwrotu. A przecież można to wszystko połączyć. Ja, mimo moich pięćdziesięciu kilku lat, jestem absolutnym wielbicielem internetu i nie wyobrażam sobie dzisiaj życia bez niego, ale dostrzegam również właśnie to życie. Życie z jego warstwą sportową. Z bieganiem, wysiłkiem, rywalizacją i smakiem zwycięstwa lub nierzadko porażki. I szczęśliwy jestem, kiedy to wszystko dzieje się naprawdę, a nie w komputerowej grze.

Jak biegam po boisku to pot cieknie mi z czoła, a na drugi dzień zakwasy nie pozwalają zasnąć. A co mi da komputerowa FIFA? Jedynie lekki ból nadgarstka od nerwowego poruszania joystickiem i nadwagę od objadania się chipsami. Czy jak strzelisz bramkę w komputerze młody człowieku, to będziesz miał taką samą satysfakcję, jakbyś ją strzelił w „realu”? A gdzie w grze radość kibiców, a gdzie „szacun” kolegów z drużyny, a nierzadko i przeciwników? Nie ma porównania. Ja wybieram prawdziwy sport i proszę Was Drodzy Czytelnicy – wybierzcie go dla swoich dzieci. Niech następne pokolenia będą zdrowe, niech wygrywają dla Polski medale i mistrzostwa! Dajcie im szansę – nie zwalniajcie ich z WF-u.

 
Prestiż magazyn szczeciński
8( 66)
Grudzień'13
gajda