Filharmonia jest kobietą

Jest jedną z najbardziej rozchwytywanych dyrygentek w Polsce, posiada także wielkie doświadczenie w pracy z europejskimi orkiestrami. Razem z dyrektor Dorotą Serwą tworzą wyjątkowy, kobiecy duet kierujący Filharmonią Szczecińską. Ewa Strusińska, pierwszy dyrygent Filharmonii Szczecińskiej – w rozmowie z Danielem Źródlewskim.

Autor

Daniel żródlewski

galeria

W sesji fotograficznej dla Prestiżu wystąpiła Pani w klimatach morskich, a nie muzycznych, dlaczego?

Ja kocham wodę! Najpierw były jeziora, ale odkąd pierwszy raz wypłynęłam na pełne morze, to jak tylko mam czas – pakuję mapę, sztormiak i już mnie nie ma! Żagle to taki mój oddech. Jak jesteśmy na morzu, pod nami 2, 5 tysiąca metrów morskiej toni, dookoła nic, jak okiem sięgnąć, środek nocy, tylko gwiazdy na niebie… to wtedy nabieramy dystansu i nagle wszystko przyjmuje właściwe proporcje.

Niech zgadnę, na jachcie stoi Pani za sterem?

Tak! Znajomi się śmieją, że od steru trzeba mnie po prostu odspawać [śmiech].

Widzę tu pewną analogię do roli dyrygenta w orkiestrze, tylko że zamiast steru jest pulpit.

Dyrygent jest sternikiem, ponieważ steruje orkiestrą, o ile to możliwe [śmiech]. Dyrygent jest też trochę reżyserem, jedyną osobą, która ma rozpisane wszystkie głosy, bo poszczególni muzycy zazwyczaj widzą tylko swoje partie. To dyrygent jest odpowiedzialny za wspólny początek, za tempa, odpowiada też za ogólny kształt wykonywanego dzieła.

Reżyser w teatrze może ingerować w tekst, dokonywać skrótów. Jak to się ma do zapisu nutowego? Przecież jak się wytnie jakiś fragment, to muzyka brzmi już inaczej.

Dyrygentura pozwala na wszelką interpretację w oparciu o doświadczenie i wiedzę. Podam taki przykład: „Litwo! Ojczyzno moja!” można zaakcentować na „Litwo!” lub na „Ojczyzno moja!”. W orkiestrze to właśnie dyrygent (jak reżyser w teatrze) mówi: tak, a tak zaakcentuj, to i to wydobądź. Ale w szerszym wymiarze trzymamy się uparcie tego, co napisał kompozytor. Walczymy o artykulację, dynamikę, odpowiednie frazowanie, pracujemy nad intonacją i dźwiękiem orkiestry.

To co może zmienić dyrygent?

Zmienić można nieco tempo, energię, czy atmosferę wykonania. Ale przede wszystkim orkiestra musi grać razem, być zespołem: zbiorowym, ale spójnym ciałem. Zdarzają się też wyjątkowe ingerencje wynikające ze zmian czy rozwoju muzyki. Na przykład kwestie techniczne, instrumentarium. Kiedy komponował Brahms, nie było pięciostrunowych kontrabasów. Jak brakowało mu dolnej oktawy, to „łamał frazę” i przenosił ją wyżej. Dziś już nie trzeba robić takich zabiegów, bo kontrabas ma wystarczającą skalę.

Powrócę jeszcze do morskich terminów: muzyka to dla Pani też żywioł?

Muzyka była ze mną od zawsze. To najważniejszy dla mnie żywioł. Morze było później. Ale inaczej się czułam jako pianistka grająca solo, a inaczej jako dyrygentka z grupą artystów podczas wspólnej pracy. Dziś wiem, że najważniejszy jest żywioł tworzenia i pracy z zespołem muzyków.

To pytanie i tak by padło, więc miejmy to już za sobą: kobieta – dyrygent? Dlaczego to wciąż taka rzadkość?

W świadomości wielu osób to faktycznie „męska profesja”, ale ten stan rzeczy powoli się zmienia. Jest coraz więcej kobiet wykonujących ten zawód. Jestem przekonana, że za kilka lat już nikt nie zada takiego pytania. Proszę spojrzeć na młodych studentów dyrygentury – bardzo wiele jest wśród nich kobiet. Coraz więcej dyrygentek odnosi też sukcesy, mimo że wymaga się od nas więcej i spotykamy się z ostrzejszą krytyką niż nasi koledzy po fachu.

Dyrygent kojarzy się z silnym facetem, który potrafi tupnąć nogą, a nawet krzyknąć. Czy uważa Pani, że płeć ma znaczenie w odbiorze Pani przez orkiestrę?

Jest taki dowcip w muzycznym środowisku – sto muzyków z orkiestry i jeden dyrygent… ale za to z jakim ego! (śmiech). Tak poważnie, dyrygent to przede wszystkim człowiek odpowiedzialny, musi mieć charyzmę i energię, którą zarazi całą orkiestrę. Moją pracę z muzykami opieram na współpracy: tworzymy razem jedno dzieło. A krzyku osobiście nie toleruję. Krzyk to wyraz słabości i złych manier. Zawsze powtarzam za jednym z moich profesorów: powinniśmy być kulturalni, bo pracujemy w kulturze.

Ewa Strusińska, pierwsza dyrygent i kierownik muzyczny Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Szczecińskiej. Finalistka i laureatka prestiżowego II Międzynarodowego Konkursu Dyrygenckiego im. Gustawa Mahlera w Bambergu. W 2008 roku została wybrana przez London Symphony Orchestra jako jeden z trzech uczestników kursu mistrzowskiego prowadzonego przez Valerego Gergieva, a w 2010 roku współpracowała z Royal Ballet w Covent Garden. W latach 2008 – 2010 dyrygent asystent Hallé Orchestra w Manchesterze. Pierwsza kobieta w historii Wielkiej Brytanii piastująca takie stanowisko. W trakcie swojej kariery występowała z wieloma czołowymi orkiestrami na świecie i w Polsce. 

Jakie zatem cechy charakteru powinien mieć dyrygent?

Trzeba być i psychologiem, i dyplomatą. Dyrygent zarządza przecież złożonym zespołem ludzkim, a z tym wiążą się określone wymagania i obowiązki. Sądzę, że najistotniejsze jest to, by mądrze prowadzić zespół.

A jakie są Pani muzyczne fascynacje?

Ludwig van Beethoven to mój przyjaciel z lat młodości (śmiech). Jak miałam kilkanaście lat to oczywiście przeżywałam moment buntu, a Beethoven był dla mnie wzorem buntownika. Uwielbiam też Brahmsa, Czajkowskiego, no i oczywiście operę, która jest kolejną moją muzyczną miłością. I cieszę się, że w szczecińskiej filharmonii gramy też fragmenty oper. Publiczność je uwielbia, a dla muzyków to ciekawe doświadczenie. Ale oczywiście jesteśmy symfonikami, więc na co dzień zostajemy przy naszym repertuarze.

A muzyka współczesna?

Cieszę się, że ona ewoluuje, że się zmienia. Dzisiejsze kompozycje to już nie te awangardowe brzmienia, których publiczność często się obawiała, ale fantastyczne eksperymenty. Na przykład orkiestra może brzmieć jak nie – orkiestra, a nowe zaskakujące techniki wydobywania dźwięku przyciągają coraz większą publiczność. Współczesne utwory to ciekawa dyskusja między muzykami, kompozytorami, dyrygentami i wreszcie publicznością. To duże wyzwanie, ale warte podjęcia.

Wahała się Pani przed objęciem stanowiska pierwszego dyrygenta w Szczecinie?

Nie. Dużo dobrego słyszałam o Filharmonii Szczecińskiej. W ubiegłym sezonie dyrygowałam szczecińską orkiestrą, graliśmy między innymi kompozycje Witolda Lutosławskiego i od początku znaleźliśmy nić porozumienia.

A samo miasto, jak się Pani czuje w Szczecinie? Znalazła już tu Pani swoje miejsca?

Bardzo lubię Szczecin ze względu na jego przyrodę, zieleń otaczającą filharmonię, na przykład Jasne Błonia z platanami czy też Wały Chrobrego. Lubię też okolice placu Grunwaldzkiego, które w ostatnich tygodniach przemierzam dość często [śmiech]. Jak wielu szczecinian nie mogę się doczekać otwarcia gmachu nowej filharmonii. Mam nadzieję, że stanie się on nie tylko nowym architektonicznym symbolem miasta, ale prawdziwym centrum życia kulturalnego.

Dziękuję za rozmowę

fot. Jarosław Gaszyński

 

 
Prestiż magazyn szczeciński
8( 66)
Grudzień'13