Katarzyna Bujakiewicz „Nasza dziewczyna” z Poznania

Wiele osób wykłóca się, że to „nasza dziewczyna ze Szczecina”! Co na to aktorka Katarzyna Bujakiewicz? Uśmiecha się i nie zaprzecza, bo bardzo zżyła się z naszym miastem. Prestiż zaprosił ją na spacer wspomnień po Szczecinie i sprawdził, co dzieje się u Kasi obecnie.

Autor

Daria Prochenka

galeria

Wiele osób ze Szczecina gdy słyszy o Katarzynie Bujakiewicz mówi: "Ooo to nasza szczecinianka" - wiedziała pani o tym?

Można powiedzieć, że jestem ze Szczecina, bo zrosłam się z tym miastem. Wylądowałam tu, gdy miałam 24 lata, ponieważ mój ówczesny chłopak był stąd. Wspominam te czasy, jako najfajniejszy okres w moim życiu. Miałam przepiękny widok z garderoby na Wały Chrobrego, gdy grałam w Teatrze Współczesnym. Cały czas mam też znajomych i przyjaciół w Szczecinie, poza tym brat mojej babci Franciszek Jamroży, był wiceprezydentem miasta za czasów prezydentury Piotra Zaremby. Czyli jestem niemal szczecinianką.

Dla młodej dziewczyny był to chyba bardzo rozrywkowy czas?

Bardzo! Poza tym w Szczecinie dużo się działo. Ze znajomymi z innych miast specjalnie przyjeżdżałam tu na imprezy. To były czasy rozkwitu Imperium, więc po spektaklu szłam tam na imprezę albo do Quo Vadis. Potem około 4 rano obowiązkowo zaliczałam "trasę hańby", czyli szłam po imprezie na szaszłyk przy Turzynie (śmiech). Nie wiem jak jest teraz, ale wtedy to był najlepszy szaszłyk w mieście. Dopiero potem jechałam do domu spać. To były naprawdę super czasy. Do tej pory wspominam jak z Sylwią Majdan „szlajałyśmy się” po imprezach w mieście. Miałam też świetnych ludzi w teatrze. Szczególnie młodzieżowo było w obsadzie "Młodej śmierci" i wtedy też dużo podróżowaliśmy po Polsce. Pamiętam, że od razu po przyjeździe wypadaliśmy z autokaru ze śmiechem na ustach i pierwsze co robiliśmy, to z Arkiem Buszko szukaliśmy dyskoteki. Ania Augustynowicz wspomina, że gdy ona była w zaawansowanej ciąży i ledwo powłóczyła nogami, potrafiłam zapukać do drzwi około godziny 23 i pytać się, czy idzie z nami na dyskotekę. Wesoło było. 

Rozumiem, że z naszym miastem łączą się tylko dobre wspomnienia?

Oczywiście, choć były to dla mnie dość burzliwe czasy pod względem emocjonalnym, bo albo schodziłam się albo rozchodziłam z moim ówczesnym chłopakiem. Któregoś razu, po kolejnym rozstaniu wylądowałam w kawalerce przy ulicy Mazurskiej. To było takie tymczasowe teatralne mieszkanie i wszyscy łapali się za głowę, jak ja tam będę mieszała? Pierwotnie to było przerażające miejsce z komunistycznymi meblami. Wszyscy się dziwili jak ja sama dam sobie radę na tej wieży. Ja, moja jedna walizka i wielka szafa na 20 metrach kwadratowych. Ale zrobiłam remont, miałam materac i to była przestrzeń, która dawała mi poczucie bezpieczeństwa. A gdy się nudziłam to szłam do Quo Vadis, które miałam po drugiej stronie ulicy. Odskocznią był jeszcze Rezonans i śniadania w Cafe Praga.  

A jak wspomina Pani te czasy pod względem artystycznym?

Nie ma drugiego takiego miejsca na ziemi, jakim jest Teatr Współczesny. Bardzo chciałabym wrócić do tych czasów. Myślę, że nie tylko ja. Gdy patrzę na kolegów, którzy wywędrowali do Warszawy widzę, że cały czas starają się wracać i grać coś gościnnie. Trzy lata temu wznowiliśmy sztukę "Moja wątroba jest bez sensu albo zagłada ludu" - jakie to było przyjemne uczucie zagrać to jeszcze raz. Niestety teraz nie jest mi po drodze do Szczecina, ponieważ mam rodzinę w Poznaniu, a pracę w Warszawie. Ale zawsze mówię, że jak tylko wychowam córkę, to na pewno będę chciała zagrać coś gościnnie, bo bardzo tęsknię. Miałam namiastkę tej energii jak Ania Augustynowicz przyjechała do Poznania i robiliśmy "Norę". Uwielbiam z nią pracować. Na tym się wychowałam. Po szkole byłam „kaczęciem”, które nic nie wiedziało o zawodzie, a Ania dała mi niejedną szansę. Gdybym nie trafiła do Współczesnego, pewnie nie miałabym szansy zagrać Julii w "Romeo i Julia". Albo, który reżyser byłby tak wariacki, żeby dać mi szansę i zagrać Goplanę w Balladynie? Trzeba mieć wyobraźnię Augustynowicz, aby Anię Januszewską w którą wpatrywałam się zawsze jak w obrazek zastąpić Bujakiewicz. Augustynowicz tak właśnie zrobiła i zaproponowała mi kiedyś zastępstwo. Naprawdę wszystkie moje najfajniejsze role i monologi, które mam cały czas w głowie pochodzą ze Współczesnego. 

Myślała Pani, żeby na stałe wrócić do teatru, czy praca w serialu jest na tyle czasochłonna, że nie daje takiej możliwości?

Jestem w ekipie Teatru Polskiego w Poznaniu, ale tam nie ma takiej energii, którą miałam w Szczecinie. Jeśli ktoś mnie pyta, kto mnie inspirował, zawsze mówię, że była to Augustynowicz. Ona i cały tamten zespół dawał mi siłę. Zawsze znalazł się ktoś, kto pomógł mi w trudnym momencie życia albo mnie wspierał w zawodowych historiach. Pamiętam jaki szok przeżyłam, gdy przyjechałam do Szczecina z Teatru Nowego w Poznaniu. Byłam lekko przestraszona przyjeżdżając do nowego zespołu, a po pierwszej próbie podeszła do mnie Madzia Myszkiewicz i powiedziała "Jakbyś potrzebowała pomocy, jesteśmy tutaj dla ciebie i możemy zostać po próbie do twojej dyspozycji". Myślałam, że ona mnie wkręca i chce mi zrobić jakąś złośliwość. Ale nie… oni są dobrzy po prostu. Poza tym na każdej próbie były szalone wygłupy. Dla innych to było niepojęte. Pamiętam, że którąś z prób generalnych chcieli nagrać dziennikarze, ale nie było takiej możliwości, ponieważ Ania dawała nam wtedy wolność. Nie musieliśmy grać na takiej próbie na sto procent. Mieliśmy zrobić próbę na tekst, na dykcję, na rozluźnienie i robiliśmy wtedy największe głupoty świata. Naprawdę wiele razy płakałam ze śmiechu, kiedy koledzy w kulisach robili różne śmieszne rzeczy. Na przykład na "Wątrobie…" ciężko było nam nauczyć się być poważnym, a musieliśmy być przodem do widowni. Pewnego razu, gdy nie byliśmy w stanie wytrzymać i "gotowaliśmy się" jak to mówi się w żargonie aktorskim, rozśmieszyliśmy wszystkich z publicznością włącznie.

A może to pani z wiekiem się zmieniła?

Nie, to oni ukształtowali mój charakter. To jaka jestem na pewno po części zawdzięczam rodzicom, ale i środowisku, w którym przebywałam. Wtedy wydawało mi się, że jestem najmądrzejsza na świecie, a tak na prawdę nic nie wiedziałam o życiu. To był czas, gdy podczas tych wszystkich zerwań i powrotów do chłopaka, oni zawsze byli obok mnie. Mówili mi: "Spokojnie, wszystko przed Tobą", uczyli mnie dystansu do świata i tego zawodu. Pokazali, że nie jesteśmy pępkiem świata. Po latach, gdy się spotykamy zachowujemy się dokładnie tak samo - witamy z okrzykiem, radością i przytupem. 

Jaka była zatem dwudziestoletnia Kasia, a jaka jest czterdziestoletnia Katarzyna?

Młody człowiek do trzydziestego roku życia permanentnie walczy albo ze sobą, albo z miłością albo z pracą. Ciągle się zastanawia: robić karierę czy pracować tu czy tam i ma miliony rzeczy na głowie. W międzyczasie byłam jeszcze przedstawicielem handlowym. W Szczecinie najbardziej chyba mnie znają właśnie z tego, że byłam "dziewczyną Shella". Dorabiałam sobie sprzedażą olejów, gdy grałam "Romeo i Julię"! Miałam świetną sprzedaż, wszystkie stacje benzynowe i punkty motoryzacyjne były moje. Znałam wszystkich chłopaków z branży i mój narzeczony dostawał szału. Na początku udawałam, że mam prawo jazdy i zanim je rzeczywiście zrobiłam, on mnie woził i był wykończony nerwowo. Nie dość, że mu się całowałam na scenie, to jeszcze biegałam po stacjach! Gdy człowiek dojrzewa ma większy dystans do siebie i do świata. Teraz zdecydowanie osiągnęłam constans. 

A czy są jakieś granice, których nie przekroczy Pani na scenie?

 Teraz nie podjęłabym się wielu rzeczy, ale jak się jest młodym wszystko przyjmuje się inaczej. Choć z drugiej strony… strasznie wstydziłam się rozebrać. Kilka razy to zrobiłam, ale dla największych, czyli Augustynowicz, Hoffmana i Kuca. Pamiętam jak mnie namawiali, że mam przejść z zasłonką na scenie, a dla mnie to było nie do przejścia. W filmie wiem, że robię to raz i mam z głowy, ale w teatrze to abstrakcja. To było coś potwornie trudnego. Aktualnie moje role wymagają różnych rzeczy, czasem muszę też udawać zbliżenia i jestem w stanie to zagrać. Teraz do kin wchodzi film "Nimfomanka" (reż. Lars Von Trier - przy. red.), myślę, że na tego typu sceny bym się nie zgodziła.

Czy wśród aktorów jest ktoś, kto panią inspiruje, kogo pani podziwia?

Nie patrzę na aktorów pod takim kątem, nie wzoruję się na nikim. Lubię oglądać filmy z Meryl Streep, czy Krystyną Jandą. Jestem wielką fanką Ani Januszewskiej, którą zawsze z podziwem obserwowałam. Podoba mi się sposób pracy aktorów szczecińskich np. Asi Matuszak, Arka Buszko, Konrada Pawickiego. Są to osoby nieodkryte dla polskiego kina, siedzą w Szczecinie robią swoje i są szczęśliwi, bo mają tam mnóstwo pracy. Ja jednak zdecydowałam ruszyć dalej, ponieważ od dziecka pracowałam w telewizji i ciągnęło mnie do kamery. 

O czym jeszcze marzy Pani zawodowo?

Żeby cały czas móc pracować. Czasy są takie, że nigdy nie wiadomo co się wydarzy. Dopóki mam pracę, jestem szczęśliwa. Chcę robić, to co lubię i aby było to na jakimś poziomie. Ale pracę zawsze się zorganizuje, mogę nawet wrócić do przedstawiciela handlowego (śmiech), bo to też fajna robota była!

Po naszej rozmowie, wydaje mi się, że odnalazłaby się Pani w niejednym zawodzie.

Ja też czuję, że zawsze sobie coś znajdę. Gdybym z jakiegoś powodu nie mogła grać, może zaangażowałabym się w charytatywność? Pewnie kiepsko byłoby wtedy z zarobkiem, ale chyba dobrze czułabym się w fundacji pomagającej ludziom.

A prywatne marzenia Kasi Bujakiewicz?

Chcę wychować córkę na fajnego człowieka. Marzę, o tym, żeby ona trafiła na ten swój "Współczesny" w swoim życiu.

Wydaje mi się Pani aktywna i otwarta na ludzi, a jak Pani sama by się opisała?

Jestem prostą dziewczyną z Poznania, nieskomplikowaną i niestety poukładaną. Mówię niestety, ponieważ czasem to przeszkadza w artystycznym życiu. Zawsze próbuje zaplanować tydzień, chociaż nie jest łatwo. Zazwyczaj jestem uśmiechnięta, chyba, że ktoś mnie bardzo zdenerwuje. Wtedy nakrzyczę, ale raczej jestem pozytywną osobą i nie szukam na siłę problemów. Gdy zaczynam być nieprzyjemna dla otoczenia, biegam. A jeśli uważam, że mam problem w życiu, idę na oddział onkologii dziecięcej i wszystko się wyrównuje. Zawsze proponuję ludziom, którzy mają problemy, aby poszli ze mną na oddział. Problemy natychmiast znikają. 

Wiele z aktorów celowo kreuje swój jakiś wizerunek. Ma pani także jakąś strategię?

Może inni mają potrzebę kreowania wizerunku, ja tego nie potrafię. Zdarza się, że gdy jestem zapraszana do programów śniadaniowych mówię to, co myślę, a potem ponoszę nieprzyjemne konsekwencje. Pojawiają się na przykład komentarze "musiałaś się odezwać? Mieliśmy mówić tylko o Lekarzach". Ja zawsze zbaczam z toru rozmowy i muszę zahaczyć jeszcze o jakiś tam problem. Nie umiem się powstrzymać. Czasem jest to niewygodne dla innych, ale staram się zwracać uwagę na krzywdę ludzką. Uważam, że skoro jestem znana, to powinnam takie rzeczy wykorzystywać. 

Jakie wartości chce Pani przekazać córce?

Jak najlepsze! Trudno powiedzieć co z niej wyrośnie, bo człowiek sam się kształtuje. Uczę ją empatii do ludzi i wrażliwości, ale to 3-latka, która jest ciągle na "nie". Wszystko jest "jej". Przechodzi etap "moja mama", "moje zabawki", "mój plac zabaw", "mój tata". Pewnie przejdzie jej za jakiś czas. 

Ma Pani normalne, stabilne życie, nie pokazuję się na pokazach mody i w kronikach towarzyskich. Nie ma obawy, że brak obecności spowoduje, że nie będą sypać się kolejne propozycje?

Liczę na to, że dobrzy aktorzy przetrwają nawet, jeśli nie będą pojawiali się na rautach i bankietach. Chcę być aktorką, ale nie za wszelką cenę. Nigdy nie miałam czasu w którym nie pracowałam, alternatywą zawsze jest teatr. Choć poza Warszawą aktorzy dostają głodowe stawki, to można za nie przeżyć. Nie muszę być na pierwszych stronach gazet. Zawsze pracowałam spokojnie i chodziłam tylko na premiery filmowe. Po "Magdzie M." zrobiłam sobie dużą przerwę, pojawiałam się tylko sporadycznie na planie "Na dobre i na złe". Teraz są "Lekarze", ale nie chcę uczestniczyć w bankietowym życiu, bo to mnie nie interesuje. Być może kiedyś będę chciała iść na pokaz mody dla samej przyjemności, bez stresów, że jestem znowu w pracy. Niestety aktualnie każde takie wyjście wiąże się z tym, że od razu w gazetach pojawia się analiza wszystkiego, począwszy od małego palca u nogi. Trzeba stać pół godziny, fotografować się i słuchać potem komentarzy "przyszła, bo nie ma pracy". Kiedyś takie imprezy były dla nas szansą, żeby się spotkać w fajnym gronie. Teraz to średnia przyjemność, bo najczęściej później fotografowie śledzą nas do samego domu i szukają sensacji.

Bycie rozpoznawalnym nie wydaje się być przyjemne...

Nie, naprawdę nie jest. Może inni ludzie tylko udają, że się świetnie odnajdują, a może faktycznie jest ktoś taki, kto to lubi? Jeśli młode osoby, chcą zaistnieć i starają się robić to tylko na pokaz to według mnie albo nie mają nic innego do zaoferowania albo ktoś im powiedział, że tylko w ten sposób zrobią karierę. Jak miałam 20 lat i mieszkałam w Szczecinie też spotkałam się z tłumaczeniem, że obrałam zły kierunek na rozpoczęcie kariery. Podobno wyjazd z Poznania do Szczecina miał być dla mnie zabójstwem zawodowym. Nie zniknęłam zawodowo, chociaż obrałam mało popularną drogę - poza Warszawą. Całe szczęście po mnie pojawiła się kolejna dojeżdżająca aktorka Kinga Preis i Ania Przybylska, która na plan filmowy dojeżdżała aż z Turcji. Okazało się, że tak można i jest ok. Przecież nie możemy wszystkie mieszkać w Warszawie.

Chodzi Pani chociaż na jedną imprezę w miesiącu żeby nie wpaść w niebyt? 

Nie. Trudno, najwyżej wpadnę w ten niebyt. Być może coś tracę, nie wiem. Ale się nie dowiem. Moją przyjemnością jest powrót do domu i bieganie po lesie. Ostatnio, gdy rozstawaliśmy się z nianią, ona zaproponowała nam, że jeśli będziemy mieli ochotę z Piotrem (Maruszewskim, partnerem Katarzyny Bujakiewicz - dop. red.) gdzieś wyjść, to ona będzie dostępna. Ale my nie chcemy nigdzie wychodzić. Jesteśmy nudnymi domatorami, najlepiej nam w kapciach, na kanapie. Nawet wyjście do kina jest mało przyjemne, bo w galeriach potrafią przyczaić się panowie z aparatami i robić zdjęcia.

Fajnie jest być kobietą?

Super! Mamy cięższe życie i większą odpowiedzialność, bo gdy pojawia się dziecko facetowi nic się nie zmieni, a nam buzują hormony - ale to jest fajne. Umiemy pomyśleć o stu rzeczach na raz. Prawą ręką bawić się z dzieckiem, lewą malować się i rozmawiać jednocześnie przez telefon. Nie chciałabym być facetem. Poza tym mam taką super bandę kobiet wokół siebie. Współczułam facetom, gdy przez moment byłyśmy singielkami. Faceci byli przy nas malutcy, nie było szansy żeby się ktoś przebił. Uprawiałyśmy sporty, rano trzeba było iść na spinning, potem na siłownię i pojeździć na rowerze. Potrafiłyśmy do samochodu spakować rowery i pojechać do Finlandii. Baby są fajne! Oczywiście zdarzają się wredne, ale generalnie kobiety mają więcej empatii i wrażliwości. Powinny rządzić światem, bo nie są tak zajadłe jak mężczyźni i nie ma w nich aż takiej rywalizacji. Nie muszą nikomu nic udowadniać i zmieniać Porsche z czerwonego na żółte.

Ale kobiety też potrafią rywalizować i kupować na pokaz co rusz to nowe torebki.

Fakt, ale ja nie trafiłam na takie osoby. Jesteśmy tacy jakie mamy towarzystwo. 

Dziękuję za rozmowę

fot. Grzegorz Nelec

 
Prestiż magazyn szczeciński
8( 66)
Grudzień'13
gajda