Maksyma zwycięstwa

Autor

Krzysztof Bobala

Za nami pierwsza „lewa” tenisowego Wielkiego Szlema 2014. Tegoroczny Australian Open to jeden z najdziwniejszych turniejów wielkoszlemowych jakie obserwowałem w ostatnich latach. Korty w Melbourne były świadkami niezwykłej ilości niespodzianek i wyższości psychiki nad techniką czy umiejętnościami. Przegrywają faworyzowane Carolina Woźniacki i Maria Szarapowa. Odpada Serena Williams po meczu z coraz piękniejszą Aną Ivanovic. Piękna Serbka, w kolejnej rundzie zupełnie nie wiadomo, dlaczego (a właściwie wiadomo – psychika) przegrywa z ciągle jeszcze mało znaną Kanadyjką Bouchard. Agnieszka Radwańska pokonuje swoje koszmary i po wielu wcześniejszych porażkach wreszcie zwycięża Białorusinkę Viktorię Azarenkę. W stylu absolutnie doskonałym, dostarczającym minimum kilkanaście zagrań do tytułu „The point of the tournament”. I co? Isia jeszcze podczas wywiadu z Matsem Wilanderem w popularnym programie Eurosportu „Gem Set & Mats” uśmiechnięta, brylowała swadą i erudycją w konwersacji, aby kilka godzin później wyjść ze spętanymi nogami i polec w meczu o awans do finału z Cibulkovą. I nie o przegraną tu chodzi, ale o styl gry. Z Azarenką walczyła jak lew, dochodziła do piłek, do których inni nie zdecydowaliby się nawet wystartować. Grała ambitnie, pięknie i skutecznie. W spotkaniu ze Słowaczką nie podjęła walki. Dlaczego? Wytłumaczyć to można tylko zmienną kobiecą psychiką i brakiem własnej maksymy zwycięstwa. A przecież było tak blisko. Szkoda. Ale i tak cieszyć się trzeba, że po 36 latach mieliśmy swój zwycięski, polski akcent na Rod Laver Arena. To nasi „starzy” znajomi ze Szczecina: Łukasz Kubot i Szwed Robert Lindstedt. Para, która dobrała się tak zupełnie ad hoc tuż przed zawodami, była absolutną rewelacją turnieju deblowego Australian Open. Wygrywali mecz po meczu, a z każdą rundą stawali się coraz mocniejsi. W finale zagrali doskonale (Kubot na pomeczowej konferencji stwierdził, że zagrał najlepszy mecz deblowy w życiu), ale tylko tak grając osiąga się najwyższe cele. Kubot ma już jednak swoją maksymę mistrza. „Dopóki walczymy jesteśmy zwycięzcami” – tak zawsze powtarza. Od lat. Także w Szczecinie, kiedy dostawał kolejne „dzikie karty” do udziału w naszym turnieju Pekao Szczecin Open, bo ranking go do tego nie uprawniał. Zawsze powtarzałem, także na łamach Prestiżu, że Łukasz to jeden z moich ulubionych sportowców. Zawsze tak nieprawdopodobnie nastawiony na zwycięstwo. Ambitny do bólu. Walczący do upadłego. Taką postawę powinno się stawiać za wzór sportowej młodzieży. Ja jestem dumny, że Mistrz Australian Open, trzeci polski zwycięzca turnieju Wielkiego Szlema, właśnie Szczecin wymienił jako jedno z czterech miast, którym zawdzięcza najwięcej w swojej karierze. Teraz już karierze MISTRZA. Oby ciągle walczył i zwyciężał.

I wreszcie niedzielny finał mężczyzn. Niestety bez Polaka, ale za to z tenisistą, którego dobrze pamiętamy z występów w Pekao Szczecin Open. Szwajcar Stanislas Wawrinka to zawodnik, którego karierę można w skrócie określić w jednym zdaniu – doskonała technika i słaba psychika. Pamiętamy porażki w teoretycznie wygranych spotkaniach, rzucanie czy nawet łamanie rakiet. To nie przysparzało Szwajcarowi fanów. W mojej rodzinie był wręcz znienawidzony przez kobiety po tym jak zapowiedział, że porzuca żonę i dziecko dla tenisowej kariery, bo rodzina go rozprasza. Ostatecznie zrezygnował z tego pomysłu ale sympatii pań już nie odzyskał. Ostatnio jednak grać zaczął zupełnie inaczej. Lepiej, spokojniej. Wygrana po drodze z Djokovicem i Berdychem to ogromny sukces. W finale naprzeciw stanął jednak rycerz niezwyciężony, pogromca takich jak Szwajcar kandydatów do sukcesu – Rafael Nadal. Dziwny to był mecz. Doskonały pierwszy set Szwajcara, kontuzja pleców Hiszpana, zagrania z poziomu galaktyki mieszały się z tenisem prawie amatorskim. I wreszcie triumf Wawrinki. Kibicowałem właśnie jemu. Operator kamery często przybliżał przedramię Szwajcara gdzie ma on wytatuowaną swoją maksymę zwycięstwa. Cytat z prozy Samuela Becketta: „Próbujesz. Przegrywasz. Trudno. Próbujesz jeszcze raz. Przegrywasz jeszcze raz. Przegrywasz lepiej”. Polecam ten cytat wszystkim sportowcom. A może nie tylko sportowcom …

 

Krzysztof Bobala

 
Prestiż magazyn szczeciński
2( 68)
luty'14
gajda