Podróżowanie jest jak studiowanie filozofii

Rozmowa z Przemkiem Lewandowskim - dyrektorem Gryfińskiego Festiwalu Miejsc i Podróży oraz Ińskiego Lata Filmowego. Spotkanie z człowiekiem, do którego w sposób wyjątkowy pasuje odmieniane na wszelkie sposoby określenie - eksploracja. Przemek szuka i odnajduje (!) w kulturze, filmie, muzyce, w ludziach, w swoim mieście i regionie to, czego inni nie zauważają. 

Autor

Daniel Źródlewski

galeria

Co w podróży jest najważniejsze: cel czy droga?

Wydaje mi się, że cel jest w ogóle iluzją. To, co robimy w życiu jest do końca nieprzewidywalne
i nieskończone, więc nawet, jeśli mamy upatrzone jakieś cele, na pewnym etapie mogą okazać się tylko punktami na naszej drodze. 

Obserwując od lat „Włóczykija” odnoszę wrażenie, że celem jest nie miejsce docelowe podróży, ale podzielnie się wrażeniami.

Każdy ma swoją motywację do podróżowania i pojawiania się na festiwalach. Jedni to robią zawodowo, dla innych jest to forma przekraczania swoich ograniczeń czy próba tworzenia sztuki. 

Mówią, że szewc bez butów chodzi, ale Ty jako organizator Festiwalu Podróżniczego, na tyłku w biurze nie siedzisz, też podróżujesz?

Tak. To trochę jak nałóg. Ale to nie muszą być dalekie egzotyczne podróże. Zadawalają mnie zarówno nasze pomorskie bagna, jak  i wyludnione niemieckie miejscowości widmo. 

Skąd wzięła się Twoja pasja do podróży, podróżowania, podróżników…? 

Podróżowanie jest jak studiowanie filozofii. Jeżdżąc i spotykając się z tym, co jest inne, zadajemy sobie po prostu pytania, które w jakiś sposób nas kształtują, poszerzają nasze horyzonty. Z drugiej strony dają nam ogromnego kopa zmysłowego. To takie pełniejsze przeżywanie świata. 

Najważniejsze Twoje podróże, wyjazdy, ekspedycje?

Nie przepadam za rankingami. Ważne są zarówno te wyprawy na północ Rosji na przykład na Wyspy Sołowieckie i półwysep Kolski, jak i na południe do Syrii czy Kurdystanu, ale też te w naszym regionie. Mam wrażenie jakby żadna z moich podróży się jeszcze nie skończyła. Przygotowania pojawiają się zanim wyrusza się w drogę i trwają długo po. Ja cały czas jestem w drodze. Zarówno jak leżę w łóżku i czytam czy przeglądam jakieś zadupia na Google Earth. 

Masz na swoim koncie przygody niezwykłe? 

Niekiedy pozornie śmieszne sytuacje potrafią być dramatyczne. Kiedyś pod granicą z Irakiem w miejscowości Dayr Az Zawr nad Eufratem do wody wskoczyło za mną około 20 dzieciaków. Tak byli zaaferowani tym, że spotkali przybysza z innej kultury, że zaczęli mnie łapać na dość znacznej głębokości za ręce i nogi. Ledwo się z tego wydostałem. Nałykałem się wody. No i jak wyszedłem już na brzeg ze sto osób zaczęło mi bić brawo, że udało mi się odeprzeć taki atak. 

Festiwalem, ale także innymi działaniami udowadniasz, że podróżnikiem można być także w domu… nie liczą się kilometry, ale…

Nie przepadam za słowem podróżnik. To takie określenie worek, a do tego bardzo mocno związane z kastą tzw. travelbrytów, a więc z ludźmi, którzy z podróżowania zrobili sobie biznes i sposób na promocję siebie. Podróżować faktycznie można na wiele sposobów nie ruszając się zbyt daleko od domu. Przykładem może być chociażby nasz Kajak Absurd Expeditions, dość nietypowa ekipa kajakarzy. Są to wyjazdy, że przez cały dzień potrafimy przepłynąć z dwa kilometry. Pływamy rzekami, które czasami przypominają strugi. Taka absurdalna perspektywa odkrywa przed nami ciekawe światy. 

Jaką rolę ma w festiwalu widz? Chcesz, żeby się inspirowali, poznawali, bawili… Ja pamiętam, że zawsze wychodziłem ze spotkań z poczuciem zazdrości…

Jedni zazdroszczą, inni dziękują, że mogli poczuć zew przygody, bo wiedzą, że nigdy się na takie ekspedycje nie wybiorą. Ilu widzów tyle roli. Dla mnie te spotkania mają jeszcze jedną istotną rolę. Bardzo mocno integrują miejscową społeczność. Od starszych po maluchów. Ludzie przynoszą nam ciasta, rozmawiają z wolontariuszami…

Obserwując wiele programów TV, błyskawiczny rozwój rynku książkowego, ale też wysyp podobnych festiwali można stwierdzić, że podróżowanie jest dziś cool. Skąd ta moda na bycie podróżnikiem?

Świat jest po prostu ciekawy. Wydaje mi się, że to co robi Robert Makłowicz przybliżając nam tradycje kulinarne czy Przemek Kossakowski jeżdżący tropem medycyny niekonwencjonalnej jest interesujące. A z literaturą podróżniczą jest chyba tak jak w ogóle z książkami. Wystarczy mieć troszkę pieniędzy i można wydać cokolwiek. Wiele pozycji się ukazuje, ale niekoniecznie sprzedaje. A podróżujemy coraz bardziej masowo, bo świat się troszkę skurczył. Stało się to prostsze.
Gryfiński Włóczykij choć odbywa się dopiero od ośmiu lat, jest jedną z najważniejszych imprez tego typu. Jak to się stało, że akurat Gryfino… małe miasto gdzieś na końcu (my wiemy, że na początku) Polski. Z dala od wielkiego świata, wielkich mediów… 

Myślę, że to kwestia atmosfery i tego, że jest to festiwal robiony na luzie. Nie ma tak zwanej spiny.

Nie ma też bariery między naszymi gośćmi, organizatorami i widzami. Wspólnie biesiadujemy…Czynnik ludzki jest najważniejszy i ciekawe pomysły.

Czym zaskoczysz podczas 8. edycji Włóczykija? 

Przez te kilka lat robienia festiwalu nauczyłem się, żeby odpuścić sobie medialne nazwiska i nie bawić się w tzw. hity. Bardzo często rozpoznawalni i wykreowani przez media tzw. podróżnicy nie mają wiele do zaoferowania poza sobą i swoim ekshibicjonizmem. Również w sekcji muzycznej staramy się pokazywać nową, często młodą scenę alternatywną, która ma bardzo dużo do zaoferowania. Na pewno wydarzeniem na festiwalu będzie spotkanie z Adamem Bieleckim, obecnie jednym z najważniejszych himalaistów świata, pierwszym zimowym zdobywcą Broad Peak. Wiele osób bardzo się cieszy z przyjazdu Przemka Kossakowskiego, poszukiwacza i praktykanta niekonwencjonalnych metod leczenia duszy i ciała. Gościem festiwalu będzie również Arek Jakubik, którego mogliśmy ostatnio oglądać w filmie „Pod Mocnym Aniołem” Wojciecha Smarzowskiego. A tak w ogóle to największymi hitami najczęściej okazują się skromne i niepozorne zjawiska. W ubiegłym roku Przemek Cywnar, człowiek który przepłynął na drzwiach od toalety z Rzeszowa do Bałtyku, rozbawił ludzi do łez. 

Obok Włóczykija prowadzisz także Ińskie Lato Filmowe. Te dwie funkcje gdzieś się spotykają? 

Włóczykij w ogóle narodził się dzięki temu, że dostałem propozycję prowadzenia kina w Gryfinie. Pomyślałem sobie, że regularne wyświetlanie filmów to jedno, ale fajnie byłoby stworzyć coś więcej. Zawsze interesowały mnie egzotyczne kinematografie, które wprowadzały dużo świeżego oddechu do światowego kina. Takie kino irańskie, które gościło na pierwszej edycji Włóczykija to potęga. Z drugiej strony myślałem o jakimś szerokim pojęciu, wokół którego będzie można tworzyć coś oryginalnego. I choć w haśle Włóczykija są podróże, to sednem imprezy jest stosunek ludzi do różnych miejsc, ich pasje i eksploracja kultury, natury, przestrzeni. Ińskie Lato Filmowe, pomimo że opiera się przede wszystkim na filmie, posiada wiele wspólnego z Włóczykijem. Prowincja, otwarci na dyskusje i wspólne spędzanie czasu na łonie przyrody ludzie… 

Jako dyrektor festiwalu podróżniczego jak masz urlop to odpoczywasz w podróży, a jako dyrektor festiwalu filmowego przed ekranem na dobrym filmie?

Jestem szczęśliwym człowiekiem i nawet jak ciężko pracuję to mam z tego ogromną satysfakcję, bo zajmuję się przede wszystkim „kosmicznymi” tematami. Wiele osób uważa, że to problem, ja traktuję to jako dar, że nie dostrzegam różnicy między pracą a czasem wolnym. W czasie wolnym często myślę o tym, co chciałbym zorganizować, pracując ładuję energię od tych wszystkich wspaniałych ludzi, którzy związani są z kinem, tworzeniem muzyki i eksplorowaniem świata. 

Dziękuję za rozmowę

Prestiż magazyn szczeciński
2( 68)
luty'14
gajda