Przewodnik: to brzmi dumnie!

Przekraczał granice tysiące razy, nawet wtedy kiedy nie każdy mógł je przekraczać. Władza Go nie tykała, bo… wracał. Dziś kiedy granice stoją otworem, On przekracza je jeszcze chętniej. Na tyłku nie usiedzi. O pasji, pracy, pieniądzach i przede wszystkim przygodach z jedynego słusznego okresu opowiada Maciej Dobromilski - przewodnik, pilot wycieczek, współwłaściciel szczecińskiego Biura Podróży Fair Play. W zawodzie od ponad 30 lat.

Autor

Daniel żródlewski

galeria

Podróżowanie to dla Pana…

Miłość życia, bez której nie da się żyć… To wielka pasja, którą uwielbiam się dzielić.  

Czyli na tyłku długo Pan nie usiedzi… 

Tylko jak chory jestem (śmiech). A poważnie, to faktycznie zimą jest mniej wyjazdów, wtedy jestem na miejscu w domu, a poza tym, to średnio ok. 240 dni w roku jestem w podróży. 

Pamięta Pan swoją podróż, po której stwierdził, że chce zostać przewodnikiem?

To była Rumunia, byłem jeszcze na studiach…

Niech zgadnę: turystyka?

Gdzieżby. Akademia Rolnicza (śmiech). Miłość do podróży raczej wyssałem z mlekiem rodziców (śmiech). Ojciec – Włodzimierz Dobromilski, reżyser i wieloletni dyrektor Teatru Lalek Pleciuga, zabierał mnie na wszystkie wyjazdy, dużo reżyserował za granicą. Mama też podróżowała, więc już za dzieciaka zwiedziłem kawałek świata.

A wracając do tej Rumuni, co się tam takiego wydarzyło?

Proszę pamiętać, że mówimy o czasach, kiedy nie było Internetu, nie było wyspecjalizowanych przewodników. Jechało się praktycznie w ciemno, człowiek nie znał języków, dogadywało się na migi, rękoma. Dziś nazywałoby się to trampingiem albo z angielskiego backpaking. Lecieliśmy do tej Rumunii samolotem. Pech od początku – na lotnisku skradziono mi paszport, ale na szczęście szybkie działanie odpowiednich służb, obstawienie terminalu dało efekty i dokument odzyskałem. Ale potem było tylko gorzej. Na przykład w hotelu, mimo umówionej ceny musieliśmy zapłacić trzy razy więcej… I wtedy wiedziałem, co chcę robić w życiu.

Mnie by to raczej zniechęciło…

A ja wtedy dowiedziałem się jakich błędów nie powtarzać i czego unikać (śmiech).

Podstawowa umiejętność przewodnika – trzeba mieć gadane…

Odziedziczyłem to chyba po ojcu. Życie w teatrze nie poszło na marne (śmiech), ale szlifowałem też talent, bo podjąłem pracę jako nauczyciel akademicki i studentom trzeba było co nieco poopowiadać. 

Lata ’70 i ’80. Trudny czas. Podróżował Pan tylko do demoludów czy do krajów kapitalistycznych też?

Miałem dużo szczęścia, bo niemal od początku związany byłem z jedynym słusznym wówczas biurem podróży Orbis, więc jeździło się także za "żelazną kurtynę". 

Ustaliliśmy, że Internetu nie ma, rynek wydawniczy jeszcze martwy, skąd czerpał Pan wiedzę o miejscach, do których jeździł, szczególnie tych na Zachodzie?

Mogliśmy bez wiz podróżować do Berlina Zachodniego, zresztą Orbis organizował te wyjazdy bardzo często. Tam zaopatrywałem się w niemieckojęzyczne przewodniki, foldery, wydawnictwa, książki. A potem, podczas wyjazdów uzupełniało się wiedzę na bieżąco. 

Normalnie praca naukowa…

I widzi Pan, tu się przydało doświadczenie nauczyciela akademickiego (śmiech).

A co na Pana częste wyjazdy i to jeszcze na Zachód mówiła władza…

Władza mnie nie tykała, bo… wracałem.

???

Były takie wyjazdy kiedy wracałem tylko z kierowcą i pięcioma, sześcioma uczestnikami… podróżni uciekali, zostawali czy to w Berlinie Zachodnim czy w Skandynawii podczas tak zwanych promówek (Ystad, Malmö, Kopenhaga). Po powrocie byłem wzywany na Małopolską… Trzeba było opowiedzieć jak to było… Ale największa afera miała miejsce jak działacze jednej z socjalistycznych organizacji młodzieżowych, po przyjeździe do Hamburga wysiedli z autokaru, pięknie się ze mną pożegnali i powiedzieli, że do kraju nie wracają. A władza im tak ufała… a przyznać trzeba, ucieczkę z kraju zaplanowali i zorganizowali profesjonalnie (śmiech). 

A Pana nie korciło, żeby zostać na Zachodzie?

Ja dzięki temu, że mogłem legalnie podróżować, nie czułem za bardzo istnienia "żelaznej kurtyny"… a poza tym w tamtych czasach to się po prostu opłacało! Wtedy pilot to był ktoś! Pilot budził społeczne zaufanie, no i w tamtych czasach się handlowało!

Słowem przyjemne z pożytecznym…

Turystyka 30 lat temu wyglądała zupełnie inaczej. Średni czas wyjazdu to 3-4 tygodnie. Nie spało się w hotelach, ale na polach namiotowych. Każdy musiał mieć swój namiot i śpiwór. Nie jadało się w restauracjach, bo było po prostu za drogo dla nas. Proszę sobie wyobrazić, że jedzenie zabierało się ze sobą, podkreślam: jedzenie dla 30-40 osób na kilkadziesiąt dni. Kolejnym problemem były waluty… Nie było przecież wspólnego euro, nie było przelewów, bankomatów, kart płatniczych. Jadąc na przykład do Portugalii trzeba było mieć sześć walut - marki wschodnioniemieckie, marki zachodnioniemieckie, franki francuskie, franki belgijskie, pesety hiszpańskie, escudo portugalskie. Pilot wyjeżdżał z wielką walizką pieniędzy! Jaka to była wielka odpowiedzialność! 

A jak to z tym handlowaniem było? Od razu mam skojarzenie Budapesztu i kryształów…

To też, ale z Węgrami kojarzy mi się inna historia. Aby nawet przejechać tranzytem przez niektóre kraje socjalistyczne trzeba było posiadać określoną kwotę w walucie danego kraju. Nie wiem dlaczego, ale w przypadku Węgier to była bardzo wysoka kwota. Nie było jak tego wydać, a co gorsza nie można było tego ani wymienić, ani przywieźć do kraju. Sposoby były dwa, albo wydawaliśmy wszystko w możliwie najlepszych i najdroższych restauracjach, albo nielegalnie zbaczaliśmy do Austrii, gdzie nie było dla Polaków wiz, prosiło się celników, żeby nie wbijali pieczątek do paszportów i wymieniało się na dolary.

Ciekawe… dalej proszę…

Proszę bardzo (śmiech). Proszę sobie wyobrazić jakież było moje zdziwienie kiedy zobaczyłem w Ystad uczestników mojej wycieczki promowej, którzy po zejściu ze statku wyciągali polską wódkę, ale nie sprzedawali jej na butelki tylko… na kieliszki wraz z przywiezioną z Polski zagrychą – ogórki, kiełbasy… Szwedzi doskonale wiedzieli kiedy przypływa prom i na co mogą liczyć… Dla naszych przebitka była pięciokrotna.

Polak potrafi… dalej proszę…

Berlin Zachodni. Po przyjedzie do centrum, w pobliżu Ku’dammu Polacy z naszych wycieczek tworzyli prowizoryczne jarmarki. Wyciągali sery, jajka, kiełbasy i oczywiście papierosy. Towar schodził w kilkadziesiąt minut, a za zarobione pieniądze kupowano sprzęt elektroniczny. 

Były jakieś dramatyczne przygody związane z biznesową żyłką rodaków?

Turcja i Bułgaria. Tutaj przy pomocy łapówek można było załatwić wszystko – od przewozu kilku ton zakupionej odzieży jako bagaż rejestrowany, a nie cargo, po ochronę towaru w pociągu. Pamiętam jak kiedyś pewni polscy nuworysze nie chcieli dać kolejarzom łapówki, to nas odłączyli od składu. By zdążyć na samolot musieliśmy dać kilka razy więcej, ale za to byliśmy szybciej, bo nasz wagon podłączono do pociągu towarowego, który nie zatrzymywał się na żadnych stacjach (śmiech). Pamiętam też podróż, kiedy załoga samolotu zachwycona wysokością łapówki podjęła nas słynnym brandy - Słoneczny Brzeg. Po kilku butelkach okazało się, że cała załoga samolotu jest pijana, a na pytanie kto prowadzi usłyszeliśmy: spokojnie, automatyczny pilot. Na szczęście wylądowaliśmy w Warszawie bez problemów. Dziś to by nie przeszło (śmiech)

Porzucamy przeszłość, wracamy do teraźniejszości, ale zostajemy przy kasie. Da się dziś żyć z turystyki?

Nie narzekam, ale przyznaję, że nie zarabia się takich kokosów jak kilkanaście lat temu. Dziś biura podróży muszą się profilować, to coraz trudniejszy rynek. Coraz mniej młodzieży jeździ – wolą samemu szukać w Internecie połączeń czy hoteli. My chcemy iść w kierunku obsługi klienta wymagającego, obsługi grup biznesowych czy firm. 

Gdzie pan był najdalej?

Ameryka Południowa - Peru, Afryka - Kenia i Tanzania. A w Europie… nie byłem tylko na Islandii.

A miejsce, gdzie Pan nie był i wcale tego nie żałuje?

Stany Zjednoczone Ameryki. Co to za kraj, w którym najstarszy budynek ma 200 lat. Poza tym chyba nie pociąga mnie amerykańska kultura. 

A jest jakieś miejsce na świecie, gdzie Pan nie był, a chce?

O tak! Australia i Nowa Zelandia.

To czekam na relację z tych miejsc i dziękuję za rozmowę.. 

Prestiż magazyn szczeciński
2( 68)
luty'14