W poszukiwaniu idealnego brzmienia

W Paryżu grały kiedyś dwie orkiestry, jak któraś zagrała równo i nie improwizowała to ówcześni melomani porównali ją do sfory dobrze wytresowanych psów. Dzisiaj w filharmonii nie wolno improwizować i ma być równo - mówi Paweł Osuchowski, dyrygent i szef Szczecińskiego Festiwalu Muzyki Dawnej.

Autor

Michał Stankiewicz

Propaguje Pan muzykę dawną. Co się kryje pod tym pojęciem? Muzyka klasyczna nie jest tożsama z dawną? 

- I tak, i nie. Mamy tendencję do szufladkowania muzyki. A muzyka dawna to po prostu coś, co było kiedy nas nie było. Bo nie jest prawdą, że muzyka jest ponadczasowa. 

- Rozumiem, że chodzi o to, że w każdej epoce kompozytorzy tworzyli ją dla współczesnych, w tamtych określonych warunkach, na określonych instrumentach. I to jest niepowtarzalne.

-  Tak, to jest klucz do muzyki dawnej. Gramy dzisiaj na skrzypcach i myślimy, że skrzypce od 300 lat nie uległy zmianie, jak Stradivari je zbudował. Ale od 100 lat je przerabiano, dodawano pewne elementy konstrukcyjne, by grywać w dużych salach koncertowych na wiele tysięcy miejsc. Zyskały nośność, ale straciły delikatność i wrażliwość. Zatem grając na oryginalnych XVIII - wiecznych instrumentach dopiero wtedy sięgamy do pierwowzoru estetycznego. My gramy na trąbkach bezwentylowych, nie używamy fortepianów, ale pianoforte z przełomu oświecenia i romantyzmu. Gramy na klawesynach, na których grywał Bach i skrzypcach, których używał Vivaldi. On nie miał takich skrzypiec jakie dzisiaj są w filharmonii. To jest subtelna różnica, ale jest. Inna barwa, inny kolor, temperatura.

- Różnica pomiędzy muzyką klasyczną, a dawną polega zatem nie tylko na repertuarze, ale wykonawstwie. 

- Tak, unikamy anachronizmów, np. kiedy instrument zbudowano w końcu XIX wieku to nie mógł na nim grać ani Bach, ani Chopin. Bo Chopin grał na Pleyelu, więc sięgamy do muzeum w Lipsku i przywozimy ten fortepian. Po to, aby usłyszeć jak rzeczywiście tamta muzyka brzmiała na oryginalnych instrumentach. 

- Współczesna filharmonia nie gra muzyki, którą tworzył Beethoven czy Bach? 

- Wszystko co znamy z filharmonii to styl postromantyczny z końca XIX wieku, wychowaliśmy się na Czajkowskim, Brahmsie, Wagnerze i Mahlerze. I nawet gdy słychać w niej twórców znacznie wcześniejszych - Bacha, Beethovena, Mozarta, to słuchamy ich już uszami tych pierwszych z wymienionych. 

- Chodzi tylko o zbyt współczesne brzmienie instrumentów?

- Nie tylko. Orkiestra w kształcie filharmonicznym to 100 - osobowy moloch, ciężko sprawny i bardzo drogi. Nie jest w stanie wykonać z taką maestrią kompozycji pisanych na 20 czy 30 osób. I ciekawa rzecz – w czasach Beethovena muzycy do koncertu mieli jeden dzień próby. Ale ich było tylko 20, to byli wirtuozi. Siadali i grali. Dzisiaj filharmonia ćwiczy przez tydzień, bo jest ich trzy razy za dużo, a dyrygent ma więcej wyzwań i pożarów do ugaszenia.

- Czyli wystarczy zmienić instrumenty i dopasować wielkość zespołu do utworu?

- Teoretycznie tak. Ale wtedy dyrygent będzie mieć kłopot, bo go związki zawodowe nacisną, by jednak wszyscy grali. No i Mozarta i tak zagra te 70 osób (śmiech). 

- Chodzi Pan do filharmonii?

- Tak, oczywiście, że chodzę i to od dziecka. Tylko teraz, czuję się jak ksiądz pytany o to czy gdy do konfesjonału przychodzi piękna dziewczyna nie ma jakiś pokus. On mówi, że właśnie wtedy utwierdza się w powołaniu. Tak i ja idę do filharmonii i słyszę, że to nie o to chodzi, że to nie ten utwór, że błądzą. Ale błądzą, bo są wyprowadzeni na manowce. Grają, bo im płacą. Czasem mają pewne wątpliwości, ale dyrygent ich nie ma. Przyjechał zarobić pieniądze. Wtedy utwierdzam się. 

- Utwierdza się Pan... w powołaniu do poszukiwania idealnego brzmienia?

- Oczywiście nie dowiemy się w 100 procentach jak brzmiał Bach, ale wciąż poszukujemy. To wieloletnie prace badawcze m.in. muzykologów. Tłumaczą listy, wypowiedzi, a czasem nawet pozwy sądowe. Skrzypek poszedł do sądu, bo grał w drugim pulpicie, a nie pierwszym. I potem z takich źródeł dowiadujemy się np. czemu w partyturze nie wszystko jest zapisane. Cały XVIII wiek to mnóstwo improwizowania, tak jak dzisiaj w jazzie. W Paryżu grały dwie orkiestry i jak któraś grała równo i nie improwizowała to ówcześni melomani porównali ją do sfory dobrze wytresowanych psów. Dzisiaj w filharmonii nie wolno improwizować, ma być równo.

- Wychodzi na to, że filharmonia wypacza sens muzyki dawnej?

- Filharmonia już dzisiaj nie sięga po muzykę dawną, okopała się w późniejszym repertuarze. I jeżeli sięga po XVIII wiek to wypacza, siłą rzeczy. Można filharmonię porównać do kombajnu, który wszystko mieli tak samo, Bacha, Brahmsa, czy Vivaldiego – tak samo.

- To w takim razie programy typu Malicki i Laskowik w ogóle nie powinny istnieć?

- Powinny, jako kabaret. Nie można mieć pretensji do ludzi, że się przy tym bawią. Nie chcę nikogo obrażać, ale to nie jest muzyka, tylko kabaret.

- Być może właśnie dzięki takim programom przysłowiowy Kowalski w ogóle dowie się, że jest Chopin, Mozart, Beethoven. Bo  pewnie w formie klasycznej nigdy, by po nich nie sięgnął.

- A musi? Mówimy o sztuce elitarnej, o pewnym luksusie, Tak samo jak Kowalski nie wiesza na ścianie Rembranta ani Rubensa, tylko coś innego. 

- Nie wiesza, ale fajnie gdyby mógł.

- Byłem nie tylko obserwatorem, ale i uczestnikiem zmian, jak Kraków w ciągu ostatnich 15 lat chciał zwalczyć plagę angielskich turystów weekendowych. Jednym z pomysłów prezydenta było to, by orbitować Kraków jako miasto festiwali. I zrobiono festiwale, muzyczne, filmowe. I tym zaczęto sprzedawać Kraków, już nie jako turystyczne i historyczne miasto dla wszystkich, ale miasto kultury i sztuki. Zamiast tysięcy młodych Anglików zaczęli przyjeżdżać turyści z Japonii, czy Niemiec. 

- To pomysł dla Szczecina?

- Też mógłby mieć taką ofertę. Po naszych 12 - letnich staraniach, by było miejsce dla naszej muzyki, widzimy efekty – rosnące grono odbiorców. Na początku było to 20, 30 osób, a dzisiaj pełny kościół, pełne sale, gdzie organizujemy koncerty. Ludzie na takie koncerty potrafią naprawdę przyjechać z daleka.

- Czyli bez kompromisu jak Malicki i Laskowik?

- Może być kompromis, ale tylko z nazwy. Tak jak Nigel Kennedy, gdy przyjechał do Szczecina i wszyscy myśleli, że on zagra na elektrycznych skrzypcach etno folk. A on powiedział coś takiego: ludzie trzymajcie kciuki, bo najpierw zagram coś very fuck trudnego, trzymajcie, bo nie wiem czy potem wypiję choć jedno piwo. I 45 minut grał Bacha solo. Ludzie na początku bili brawo, potem gwizdali, a potem byli urzeczeni. Kompromis był. Tak i my staramy się. Nasze ostatnie regaty barokowe to był nie tylko koncert, ale podróż w czasie do Londynu Króla Jerzego. Nie tylko dla melomanów, ale ludzi ciekawych przeżyć zarówno muzycznych, jak i historycznych.

Prestiż  
Kwiecień 2014