Autor

Szymon Kaczmarek

Pierwszy maja, godziny poranne w centrum Szczecina. Przełom lat 60/70 ubiegłego wieku. Przed szarym produktem Starachowickiej Fabryki Samochodów Ciężarowych ustawia się nie mniej szara kolejka podekscytowanych obywateli. Zmęczone głowy zaprząta jedna myśl „ Co rzucą w tym roku? Zwyczajną, kaszankę, a może nawet parówki?”

Dla człowieka w wieku dojrzałym to nie taka odległa przeszłość. Dobrze pamiętam te „świąteczne fast – foody” czasów słusznie minionych. Dziś w naszym prężnie rozwijającym się Kraju, równie prężnie rozwija się oferta sprzedaży jedzenia z barów na czterech kółkach. W Łodzi, Warszawie i Poznaniu organizuje się nawet zjazdy tych odważnych, którzy zainwestowali w smaczne karmienie przechodniów w miejscach niejednokrotnie zaskakujących. Powstało już kilka solidnych firm oferujących oryginalne zestawy przekąskowe podawane szybko, co jednak nie wpływa negatywnie na ich jakość. Właściciele mobilnych restauracji prześcigają się w wymyślaniu różnorodnego menu, oraz w sposobach na atrakcyjne jego podanie. Najczęściej spotyka się oczywiście burgery, ale nie mają one nic wspólnego z dziedzictwem po peerelu. Przeważają wołowe, znakomicie doprawione, podawane w specjalnym pieczywie z różnorodnymi dodatkami. Tym foodtrackowym o wiele bliżej do prawdziwego, amerykańskiego przysmaku, niż do Baru Ekstra. Ale w menu znajdziemy także przysmaki meksykańskie, włoskie, tureckie, wszystkie barwy i smaki kuchni światowej. Dotychczasowe kurczaki z rożna, zapiekanki i hot - dogi ustępują miejsca rozmaitym tacos, makaronom wszelkiej maści, a nawet interesującym zestawom wegetariańskim. 

Przyszłość ulicznego jedzenia w Polsce nie rysuje się jednak tak różowo jak wnętrze średnio wysmażonego burgera. A to za sprawą nonsensownych przepisów, jeszcze bardziej nonsensownych urzędników i tradycyjnej, polskiej niemocy w załatwianiu spraw prostych najprostszymi sposobami. Głośno było o niechęci i kłodach rzucanych pod nogi, a w zasadzie koła szczecińskiego street fooda, czyli Cafe Rower. Jarek Malejewski przebrnął przez barykady przepisów i stosy papierów, ale czy nie lepiej dla nas, konsumentów byłoby gdyby ten czas i energię spożytkował na udoskonalanie swojej smacznej oferty?

Ciekawym wydaje się fakt, że znakomita większość personelu opisywanych tu przybytków kulinarnych rozkoszy, to ludzie kompetentni, życzliwi, z wyraźnym śladem kuchennego szaleństwa na uśmiechniętych twarzach. Często inspiracje dla swojego interesu przywieźli z podróży po świecie. W samym Nowym Jorku jest ponad dwadzieścia tysięcy barów na kółkach. Jest w czym wybierać. Pozytywne szaleństwo właścicieli truckfoodów odbija się na oferowanych przez nich produktach. Są przemyślane, dopieszczone, zachęcające do konsumpcji i stanowią poważną konkurencję dla restauracji przyklejonych do stałego adresu. 

Przyznam szczerze, że od jakiegoś czasu pociąga mnie wizja pracy w takiej ulicznej kuchni. Sądzę, że oferta tradycyjnych polskich przysmaków mogłaby znaleźć swoich zwolenników po obu stronach Odry. Tak, nie mylicie się: po obu stronach Odry, bowiem za zachodnią granicą niezbędne formalności załatwię i szybciej i taniej, oszczędzając stargane wiekiem nerwy na utarczki w rodzimym urzędzie. Marzy mi się niewielkie auto z urządzeniami kuchennymi pozwalającymi na grillowanie na węglu, smażenie i wędzenie…. A w menu między innymi:

– pieczeń rzymska z obowiązkowym jajem i chrzanem

– forszmak (rodzaj pasztetu ze śledzia i warzyw)

– kotlet schabowy panierowany na razowym chlebie

– kotlet rybny dobrze doprawiony czosnkiem, podawany na ciepłej bułce

– wędzony twaróg w przyprawach z żurawiną

– grube plastry wędzonej szynki z tłuszczykiem na palec podawane z ćwikłą

– rosół na gęsich podróbkach i kwaśny, gęsty żur na wędzonce

– wódka czysta zmrożona, lub schłodzony cydr obowiązkowo…

Wpadniecie przechodząc ulicą?

 

P.S. Na przełomie lat 80/90 na ul. Jagiellońskiej niedaleko Archiwum stanęła jajowata przyczepka kempingowa. Jej przesympatyczny właściciel sprzedawał proste hamburgery w zwykłej bułce. Musztardę też miał zwyczajną, a ceny przystępne. Nie używaliśmy wtedy skomplikowanych słów typu: „street food”, ale smak tamtej – staroświeckiej buły pamiętam do dziś…

 

 
Prestiż magazyn szczeciński
5( 71)
Maj'14
gajda