Caryca bez fortepianu

Jurorzy i widzowie wydali zgoła odmienne wyroki - ci pierwsi docenili kontrowersyjną, ociekającą nagością i seksem „Carycę Katarzynę”, a widzowie spektakl „Chopin bez fortepianu”, w którym słowa zastępują partię fortepianu(!). Ot kontrapunkt - w formie, treści, ale przede wszystkim… subtelności. Tegoroczne skrajne punkty festiwalu to właśnie subtelność i dosłowność. Oba w większości oświetlone biało - czerwonym światłem reflektorów.   

Autor

Daniel żródlewski

galeria

O bie zwycięskie propozycje, pomijając warstwę formalną, bezlitośnie dotykały Polski

i Polaków. W obu spektaklach twórcy rozprawiali się z polskim mitem, wbijali nam współczesnym strzykawkę z igłą zamoczoną w historii i martyrologii. Ale to nie było lekarstwo, tylko taka teatralna szczepionka, co pozostawia znamię, taka próba diagnozy narodowego charakteru (charakterku?). Niektórym ślad nie pozostaje, a innym… Podobnie było w kolejnych konkursowych propozycjach – ukazującym prowincjonalność
i koniunkturalizm „Kazimierzu i Karolinie” Wojtka Klemma, trafnym i bezkompromisowo bezpośrednim spektaklu Remigiusza Brzyka „Był sobie Polak, Polak, Polak i diabeł” (znakomity tekst Pawła Demirskiego), narodowe przywary dało się wyczuć nawet
w napisanym na nowo „Skąpcu” Moliera Eweliny Marciniak. Od narodowej nuty uwolnione były za to zagraniczne propozycje festiwalu, choć nie do końca… 

Tu też…

Niderlandzkie propozycje – „P Project” Ivo Dimcheva oraz „Exit” A Two Dogs Company trudno właściwie nazwać spektaklami, to raczej społeczne eksperymenty o zgoła różnych charakterach. Pierwsza prezentacja nosiła znamiona skandalu – niemoralna propozycja symulowania stosunku seksualnego, za pieniądze – 2000 zł dla pary została odrzucona, pozostało otwarte pytanie czy jesteśmy tak pruderyjni czy drodzy? Druga z propozycji,
w której artystka nie tyle uśpiła co zahipnotyzowała publiczność, była subtelnym eksperymentem, o którym myśląc robi się błogo… Czy to kierunek nowej teatralnej rewolucji, w której nie liczy się opowieść i postać, a pierwszoplanowe stają się prawdziwe emocje publiczności, sprowadzając tym samym aktora do roli moderatora czy animatora? Tylko gdzie ta strzelba, i kiedy wystrzeli? Proszę bardzo! Kiedy podczas pierwszego z omawianych spektakli ujawniły się nietolerancyjne zachowania jednego z uczestników eksperymentu, część widzów wyszła, część została z wyraźnym zniesmaczeniem, a artysta pytał czy Polska leży w Europie, a potem pod nosem mruczał „discrimination”… Ciekawy eksperyment, prawda? A to Polska właśnie… 

Na finał… o Polsce!

Finałowy spektakl wałbrzyskiego Teatru im. J. Szaniawskiego „Na Boga!” w reżyserii doskonale znanego w Szczecinie Marcina Libera („ID”, „Makbet” oraz „Utwór o Matce i Ojczyźnie” na deskach Teatru Współczesnego) stanowił swoiste zwierciadło całego festiwalu – było politycznie, odważnie, soczyście, była nuta polsko - polskiego rozliczenia, była też interakcja. Smutne jednak, że wielu widzów nie poddało się, zaproponowanej przez Libera
i autora tekstu Jarosława Murawskiego, terapii i opuściło teatr. A rzecz była o tym: władze po Chrystusie przejmuje Judasz Iskariota, do głosu dochodzą diabły i lewacy, Bóg umiera, a pogrzeb odbywa się oczywiście w najbardziej umęczonym kraju świata, pośród narodu wybranego. Ale czy Bóg może umrzeć? Nie! Do tego przemawia. I to dosadnie! 

Tu jest Teatr!

Żadna z kilkudziesięciu propozycji KONTRAPUNKTU nie pozostawiała widza obojętnym. Jeśli nawet było to nieznaczne zniesmaczenie, to jednak nie obojętność (!). Mało tego siła, także formalna, polskich przedstawień mocno przyćmiła propozycje nie tylko gości z zagranicy, ale też pokazywane w Berlinie niemieckie produkcje. Na scenach nie oglądaliśmy wielkich gwiazd znanych z kinowego ekranu czy serialowych sag, mieliśmy do czynienia z misternie dobranymi produkcjami, za którymi stoją najlepsi reżyserzy młodego pokolenia. Festiwal pokazał ważną, społeczną rolę teatru, w którym czuć odpowiedzialność za słowo i tym samym za widza. 

Prestiż magazyn szczeciński
5( 71)
Maj'14
gajda