Serce na stół

Znana w całej Polsce, uważana za kultowy lokal, indyjska restauracja Bombay od blisko 20 lat rozpieszcza nasze podniebienia. Sprawczynią tego kulinarnego zamieszania jest właścicielka restauracji, była miss Indii, Anita Agnihotri.

Autor

Aneta Dolega

galeria

Z kolorowych Indii wylądowała w szarej Polsce. Z uporem, krok po kroku stworzyła miejsce, które w każdym elemencie wystroju, w każdym słowie, w każdej potrawie czuć miłość do Indii, do jego kultury i religii. Restaurację Anita Agnihotri otworzyła niejako z… przymusu, ale to nie pieniądze były czynnikiem decydującym.

– W Indiach w każdym średniozamożnym domu jest służba. To zupełnie normalna rzecz związana z tradycją i systemem kastowym jaki tam panuje. Kiedy przyleciałam do Polski sama gotowałam dla mojej rodziny. Zdarzało się, że przygotowywałam kolacje dla kilkudziesięciu osób, do czego nie byłam przyzwyczajona. Pewnego razu, podczas takiej wizyty, mój ojciec widząc moje spracowane dłonie zapytał „dlaczego nie masz u siebie służby?” – opowiada Anita Agnihotri.

Kucharz na własność

Posiadanie służby w Polsce, a szczególnie w czasach komunizmu było rzeczą niemożliwą, a o sprowadzeniu kucharza i gosposi z Indii do domu, przyszła restauratorka musiała zapomnieć. Na ratunek przyszła jedna z urzędniczek biura paszportowego, która podpowiedziała pani Anicie jak może spełnić swoje małe marzenie.

– Usłyszałam: „niech otworzy pani restaurację” – wyznaje z uśmiechem szefowa Bombayu. – Pomyślałam, że to całkiem dobry pomysł i jako młoda oraz jeszcze naiwna osoba stwierdziłam, że to żaden problem. Tylko jak się okazało w praktyce, nie miałam pojęcia o tym biznesie.

Marzenie smakosza

Od kursu z „małej gastronomii”, przez gotowanie w restauracji Jachtowa przez pierwszy lokal na ulicy Jagiellońskiej, który pani Anita dostała od przedsiębiorstwa Pomerania, po stratę pieniędzy i rozpoczęcie wszystkiego od nowa.

– Z rokiem 89 zmienił się ustrój polityczny. Pomerania splajtowała i musiała oddać miastu budynek. Miasto wystawiło nieruchomość do przetargu, w którym co prawda wzięłam udział razem z mężem ale nie mieliśmy siły przebicia i w ten sposób straciłam całkiem sporo pieniędzy.

Początkująca restauratorka nie poddała się. Z pomocą przyszedł mąż pani Anity, który wówczas był jednym z właścicieli legendarnych Mic Mac’ów, pierwszych szczecińskich „fast foodów”. Do jej rąk trafił lokal przy ulicy Partyzantów.

– Zawsze lubiłam dobrze zjeść. Nauczył mnie tego mój ojciec, który był wielkim smakoszem – wspomina pani Anita. – W latach 70’, kiedy trafiłam do Polski na sklepowych półkach królowała pustka. Własna restauracja miała mi wynagrodzić te lata. Chciałam by w moim lokalu były te rzeczy, które lubiłam i pamiętałam z dzieciństwa.

Małe Indie

Bombay swoje podwoje otworzył w 1995 roku, czyli w okresie, kiedy kapitalizm w Polsce jeszcze raczkował, nie wszystko było wtedy łatwe do zdobycia, nie było tez specjalnie dużego wyboru.

– Na początku w Bombayu były do wyboru trzy wina oraz jeden rosyjski szampan i to nie najwyższych lotów – śmieje się pani Anita. – Oryginalne indyjskie przyprawy były niedostępne. Przywoziła mi je z Indii rodzina, razem z dekoracjami do wystroju restauracji. Za każdym razem, gdy byłam w Indiach na wakacjach, zwiedzałam najlepsze restauracje i podpatrywałam pracę tamtejszych mistrzów. Pytałam ich o rady i przenosiłam je na szczeciński grunt.

Pierwsi goście lokalu przeżyli szok. Indyjska kuchnia, uważana za jedną z najlepszych na świecie, oszołomiła ich wielością smaków i przypraw. Nieprzyzwyczajeni, nie zawsze wracali do restauracji.

– Dziś słyszę od pierwszych klientów, że im moja kuchnia nie smakowała. A tak naprawdę, nie byli przyzwyczajeni do takiego jedzenia, bowiem my od blisko 20 lat podajemy to samo. Kiedy ludzie zaczęli podróżować ich gusta kulinarne, zaczęły się zmieniać.

Sekretem kuchni indyjskiej są przyprawy. Ich aromat i smak powoduje, że każde danie jest inne. W Bombayu do przygotowywanego menu wykorzystuje się oryginalne i świeże produkty. Nie brakuje dań wegetariańskich, z których też słynie kuchnia indyjska. Są potrawy tradycyjne, które dostaniemy w każdej restauracji w Indiach i dania będące ich wariacją.

– Moim ulubionym daniem jest tzw. „danie nic”, czyli jogurt z mąką cieciorkową. Jem je w każdą niedzielę, od wielu lat.

Pasja, czyli sukces

Trudno znaleźć niezadowolonych klientów wychodzących z Bombayu. Ci, którzy kiedyś nie mogli się przekonać do egzotycznej kuchni, teraz wracają. Można śmiało mówić o sukcesie.

– Wszystko w życiu należy robić z pasją – tłumaczy pani Anita. – Byłam samotną hinduską w Szczecinie, pochodzącą z kraju o wielu kolorach, smakach, zapachach i równie bogatą historią, której celem było podzielenie się tym z innymi ludźmi. Myślę, że mi się to udało.

Prestiż magazyn szczeciński
6( 72)
Czerwiec'14