Pioseny Wiesława

Nieżyjący już rysownik, Arkadiusz Gacparski powiedział o nim: „Robiłem mu portret 3 razy - nie wychodziło, a twarz charakterystyczna. Za czwartym razem też wychodził Wałęsa...".

Autor

Aneta Dolega

galeria

Wiesław Łągiewka to aktor, który od 40 lat związany jest ze szczecińskimi teatrami. Zaczynał w Muzycznym, później w Polskim. Występuje też na scenie kabaretowej Czarnego Kota Rudego. Bardzo lubi śpiewać. Niedawno wydał podwójny album „Piosenki ze scenki. Pioseny ze sceny”. Na jednej z płyt do słuchania zaprasza dzieci, druga przeznaczona jest dla ich rodziców. Obie pięknie zilustrował Leszek Żebrowski.

Jak pracowało się Panu nad częścią płyty skierowaną do najmłodszych słuchaczy?

Jestem również z wykształcenia pedagogiem, przez wiele lat pracowałem z Pogotowiem Teatralnym, którego odbiorcami były dzieci, także mam doświadczenie i potrafię się z nimi porozumieć. Poza tym urodziły mi się niedawno wnuki, także jestem „skazany” na ich towarzystwo (śmiech). Piosenki, które znalazły się na płycie zbierałem z różnych miejsc, ale interesowało mnie przed wszystkim środowisko autorów związanych ze Szczecinem. Zależało mi na wydaniu płyty rodzinnej, która zbliży do siebie najmłodszych i dorosłych. Żyjemy w ciągłym ruchu, mamy coraz mniej czasu dla siebie. Jest szansa, że ten album, który ma formę zabawy, będzie całkiem miłą odskocznią od codzienności…, że nagle znajdziemy czas, by spędzić go z naszymi pociechami.

W książeczce dołączonej do płyty znajduje się coś w rodzaju instrukcji obsługi każdej z piosenek.

Utwory mają formę zabawy. Na przykład „Czarodziejski kufer” złożony jest z fragmentów różnych dobranocek. Słuchając go zgadujemy tytuły. Podobnie w „Smerfnym świecie” imiona bohaterów słynnej bajki. Natomiast piosenka „Podróże” uczy dzieci rymowania. Opisy piosenek są równie ważne co same kompozycje. Przed użyciem zalecam zapoznanie się z nimi (śmiech).

W części dla dorosłych udało się Panu zebrać oszałamiającą listę nazwisk. Wiesław Dymny, Julian Tuwim, Zbigniew Zamachowski, Jan Kanty Pawluśkiewicz, Ryszard Leoszewski – to robi wrażenie.

„Pioseny ze sceny” są związane z moim życiem teatralnym i ze Szczecinem, w którym mieszkam już blisko 40 lat. To już trzecia moja płyta, która preferuje do „blisko szczecińskich”. Wychodzę z założenia, że „cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie”. Nie wszystkie utwory wyszły spod rąk stricte szczecińskich autorów, ale nawiązują do tego miasta.

Ciekawym przykładem jest utwór „Barbara”, który nagrał Pan aż w 1966 roku.

Ta piosenka jest o jednej z moich młodzieńczych miłości. Musiałem wyśpiewać moją fascynację tytułową Barbarą! Kawałek ten przetrwał dzięki temu, że nagrałem go w Polskim Radiu Opole z zespołem Aojdowie 20. Od niej też wziął się cały pomysł nagrania „Piosen”.

Wśród „nie szczecińskich” nazwisk na albumie znalazło się nazwisko Zbigniewa Zamachowskiego, który tu wstępuje w roli kompozytora.

Zbyszka poznałem na planie filmu „Wiedźmin”. Drugi raz spotkaliśmy się już w Szczecinie w studiu radiowym, kiedy to Adam Opatowicz reżyserował „Osiołka Porfiriona” Gałczyńskiego ze Zbyszkiem w roli tytułowej. Okazało się, w trakcie jednej z naszych rozmów, że Zbyszek komponuje muzykę i od słowa do słowa nawiązaliśmy współpracę. Co prawda na gotowy materiał czekałem raptem dwa lata (śmiech), ale dostałem go. Tekst do „Czy to sen? Czy to wiersz?” napisała Agnieszka Mazurek, cudowna dziewczyna, niestety już nieżyjąca, której jestem wielkim fanem.

Ta część dla dorosłych poświęcona jest artystycznemu Szczecinowi, osobom, które stanęły na Pana drodze, miejscom które Pan odwiedził. Jaki jest ten artystyczny Szczecin widziany oczami Wiesława Łągiewki?

Trafiłem do Szczecina w 1975 roku i zostałem bardzo miło przyjęty w Teatrze Muzycznym na Potulickiej. W tym czasie środowisko teatralne było rozproszone, każdy działał osobno, a mi brakowało miejsca, które by nas zintegrowało. Dopiero zamkowa Piwnica przy Krypcie stała się takim miejscem. Za czasów Adama Opatowicza udało się zgromadzić aktorów i ze Współczesnego i z Polskiego. Ja byłem wówczas jedynym przedstawicielem Teatru Muzycznego. Wcześniej przez chwilę takim miejscem było 13 Muz, gdzie spotykali się nie tylko artyści, ale też dziennikarze. Piwnica Przy Krypcie to była odskocznia od mojej codziennej pracy, ważny rozdział w moim życiu. Teraz w pewnym sensie takim miejscem jest Czarny Kot Rudy w Teatrze Polskim.

Pracuje już Pan w zawodzie ponad 40 lat. Czy coś się zmieniło w teatralnej przestrzeni przez te lata?

Powraca moda na teatr. Teraz wypada chodzić do teatru. Widać to po frekwencji chociażby na dużej scenie Polskiego czy w Czarnym Kocie Rudym. Są takie spektakle, które nie schodzą z afisza od lat. Żywy aktor stojący na scenie stał się atrakcją. Jest autentyczny, żywy, można go wręcz dotknąć.

Będąc częścią artystycznego Szczecina przez tyle lat nie pokusiłby się Pan o spisanie swoich wspomnień? To mógłby być całkiem niezły materiał na książkę.

Nie mam chyba do tego predyspozycji. Zresztą kto by to wydał? (śmiech)

Dziękuję za rozmowę.

 
Prestiż magazyn szczeciński
6( 72)
Czerwiec'14