Muzyczna ofensywa

Magda Wilento i Szymon Orłowski nagrali pierwszą płytę, Jona Ardyn wypuściła kolejny teledysk, a muzycy z nieistniejącej już kapeli Big Fat Mama powołali do życia zespół MA. Będzie o nich głośno!

Autor

Andrzej Kus

galeria

Jona Ardyn śpiewa od 3 roku życia. Jako dziecko nagrywała chórki dla Krystyny Giżowskiej. Pseudonim stworzyła na potrzeby występów zagranicznych. 

- Obcokrajowcom ciężko jest wymówić „Joanna Maksymowicz”. Musiałam coś wymyślić – przyznaje Jona. – Pseudonim to skrót od imienia. Z hebrajskiego oznacza gołębia, znak pokoju. Co ważne nawiązuje też to mojego rodzinnego miasta Łodzi. Natomiast Ardyn to imię mojej bratniej duszy, którą miałam przyjemność poznać podczas studiów w Stanach Zjednoczonych. To wyjątkowa postać, bardzo mi bliska. Do dzisiaj mamy kontakt. 

Jona jest przede wszystkim altowiolistką. Na co dzień gra w niemieckiej orkiestrze kameralnej w Prenzlau. Studiowała na wydziale instrumentalnym w Łodzi.

- Wymykałam się każdego dnia, by pojechać do Warszawy na próby do Teatru Buffo. Dostałam się do „Metra” już na pierwszym roku, ale musiałam trzymać to w tajemnicy. Po paru miesiącach zrezygnowałam z ciągłych dojazdów. Czekała na mnie przygoda ze Stanami. Na początku dostałam stypendium na wyjazd do Instytutu Henryego Manciniego w Los Angeles. Tam grałam z Dianą Krall, Jamesem Newtonem Howardem czy Johnem Corigliano. Poznałam Quincy Jonesa, Gunthera Schullera czy Billiego Childesa. Uczyłam się od nich improwizacji, zasad pracy w show biznesie, nagrywałam w studiach Warner Bros i Universal. Wreszcie nagrałam pierwszą autorską piosenkę, pod okiem Jacka Smalleya i Roberta Lewandowskiego, który stworzył do niej niesamowitą aranżację.  

LA urzekło ją na tyle, że przy kolejnej okazji wyjechała tam na studia. Dostała pełne stypendium i robiąc równocześnie dyplom „Bachelor of Music” na wydziale instrumentalnym w Oklahoma City University brała lekcje wokalu musicalowego, śpiewała w chórze gospel, a nawet nagrywała dzwonki na komórkę. Po powrocie do kraju wystąpiła w Serbii w konkursie Eurowizji. Towarzyszyła w chórku Isis Gee, była tam również altowiolistką. Dzięki temu poznała Tomera Birana. Stworzył jej utwór „Anythinggoes”. Efekt został doceniony przez jury na 46. Międzynarodowym Sopot Festiwalu 2009. Piosenka była w ćwierćfinale konkursu o nagrodę Bursztynowego Słowika. Później wzięła udział w serii koncertów w Chinach i Mongolii. Po powrocie zamieszkała w Szczecinie i rozpoczęła pracę w Preussisches Kammer Orchester. 

- Muzyka, którą piszę i śpiewam jest mozaiką moich wszystkich inspiracji i fascynacji. Nie mogę określić jej jednym słowem – mówi. 

Przyznaje też, że nie lubi być szufladkowana. Przez lata słuchała i obracała się w różnych gatunkach: począwszy od Krzysztofa Antkowiaka, poprzez legendarny zespół The Beatles, aż po Nirvanę. 

– Moje piosenki to Jono-Americana-soul-pop-funk-folk-sweet-jazzy-Ardyn-Rocket style – żartuje. 

Jest otwarta na współpracę z różnymi ludźmi i także z różnymi występuje: to ze znajomymi ze szkoły, a nawet z „muzykami z polecenia”. Na płytę jednak będziemy musieli jeszcze poczekać. 

- Rok temu wydawało mi się, że w 2014 będę miała już solową pytę. Czas zweryfikował plany. Nie jest wcale tak łatwo ją nagrać, jeszcze trudniej wydać czy sprzedać. Poza tym stanęłam przed dość istotnym pytaniem - „jaki teraz jest tego sens”? Przede wszystkim chciałam w końcu stworzyć swój materiał. 

I to się udało. Przez ostatnie miesiące bardzo intensywnie pracowała nad autorskim repertuarem. Pisała teksty i jednocześnie muzykę, wybrała 13 najlepszych piosenek i 4. kwietnia w Radiu Szczecin w studiu S1 zaprezentowała je podczas IV Międzynarodowego Festiwalu Jazzowego Me. Ba.

- Bałam się jak publiczność odbierze moją twórczość. Efekt przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Widownia przyjęła ją wyjątkowo entuzjastycznie, co bardzo mnie cieszy i mobilizuje. W następnej kolejności myślę, że dobrze byłoby zacząć grać częściej koncerty z własnymi utworami, z ulubionymi muzykami i w miejscach, gdzie ludzie mogliby nas posłuchać. Myślę, że jeżeli będę miała szczęście i będę wytrwała to przez najbliższe miesiące okaże się czy ludzie rzeczywiście chcą bym była na scenie, czy podoba im się materiał i czy warto będzie tę płytę wydać. 

Joasia przyznaje też, że woli śpiewać w języku angielskim. Robi to dlatego, bo… dobrze się w nim czuje. 

- Bardzo łatwo jest napisać piosenkę zahaczając o grafomanię. Tekst jest bardzo ważny w utworze i nie miałabym odwagi stanąć przed ludźmi śpiewając wypocone przeze mnie tanie rymy częstochowskie. Z drugiej strony śpiewanie piosenek z obcym tekstem, napisanym przez kogoś innego, jest jak noszenie nie swojej bielizny. Ostatnio udało mi się poprosić znajomego Pawła Pieńkowskiego o przetłumaczenie jednego z moich tekstów. Nie przetłumaczył, ale na podstawie moich myśli i uczuć stworzył coś, co jest mi bliskie. Na początku bardzo powoli przyzwyczajałam się do słów. W końcu udało się zaśpiewać całą piosenkę na koncercie i chyba był to strzał w dziesiątkę. Myślę, że na ewentualnej płycie znajdzie się wiele utworów po angielsku. Jeżeli Paweł będzie chciał nadal pisać dla mnie słowa to może nagram parę utworów w naszym pięknym ojczystym języku. 

Przed kilkoma tygodniami zaprezentowała swój kolejny teledysk. Wyreżyserował go Maciej Mizgalski. Wartościowszy jest o tyle, że nie została wydana na niego żadna złotówka. Nie wyklucza następnych o ile Maciek zdecyduje się na dalszą współpracę.

 

Magda Wilento i Szymon Orłowski: klasa światowa

- Od dawna chcieliśmy nagrać w duecie. Zdecydowaliśmy się na wspólny projekt dopiero w ubiegłym roku. Teraz możemy pochwalić się naszą pierwszą płytą „Jedyny” – opowiadają Magda Wilento oraz Szymon Orłowski, którzy 31 marca w radiowym Studiu S1 zaprezentowali oficjalnie swój pierwszy krążek. – Nasza muzyka oparta jest wyłącznie na wokalu i basie. Prosiliśmy wiele osób o to, by pomogli nam ją sklasyfikować. Nie potrafili. My nazywamy to ambitnym popem. 

Muzycy występowali w wielu projektach. Magda między innymi w spektaklach „Dobranoc Mr Blues” oraz „Jutro będzie dobry dzień” do których muzykę opracował Szymon. On natomiast od 2004 roku na stale współpracuje z zespołem Sklep z Ptasimi Piórami, z którym nagrał cztery albumy i koncertuje w kraju i za granicą.

W listopadzie 2011 roku wraz z zespołem Sylwestra Ostrowskiego pojechali na festiwal Kultur w Kantonie – w Chinach. Oglądalności mogą im pozazdrościć największe gwiazdy estrady. Występy transmitowane były w chińskiej telewizji. Obejrzało je aż 100 milionów osób. W maju 2013 roku wraz z Marcinem Jahrem zakwalifikowali się do półfinału festiwalu Superdebiuty Opole 2013. Szczególnie dobrze wspominają też występ w programie telewizyjnym Must Be the Music

- Mieliśmy jechać całym zespołem, jednak pozostali z różnych powodów w ostatniej chwili zrezygnowali. Zaryzykowaliśmy i wystąpiliśmy tylko we dwoje – mówi Magda. – Byliśmy przeszczęśliwi. Jury spodobało się nasze wykonanie i otrzymaliśmy 4 x Tak. Dali nam do zrozumienia, że powinniśmy występować w takim zestawieniu, w jakim do nich przyjechaliśmy. Miesiąc później otrzymaliśmy jeszcze wyróżnienie na Festiwalu Młodych Talentów w Szczecinie.

Przyznają, że swoje kariery zaczynali od dźwięków soulowych, później były również jazzowe. Wszystkie doświadczenia mają wpływ na brzmienie ich debiutanckiego albumu.

- Najwięcej pomysłów rodzi się przy nagrywaniu w studiu. Tam wiele się również zmienia. Próbujemy mnóstwo rzeczy, część kasujemy, część zostaje. Efekt końcowy może być zaskakujący również dla nas. Jesteśmy jednak bardzo zadowoleni z tego, co udało nam się wyprodukować – przyznaje Szymon. 

Płyta ukazała się w nakładzie 500 sztuk. Muzycy przyznają, że traktują to jako nakład promocyjny. Nie zamierzają na tym poprzestawać. Już teraz trwają rozmowy z wydawnictwami, które są chętne na wypuszczenie większej ilości krążków. 

- Z okazji narodzin córeczki czeka mnie teraz kilka miesięcy przerwy. Planujemy już za to jesień oraz przyszły sezon. Skupiamy się też na działaniach promocyjnych. Chcemy koncertować, głównie po polskich klubach. Jeśli zdarzy się okazja gdzieś dalej, to czemu nie. Mamy sporo pomysłów i nie widzimy przeszkód, by nie spróbować ich realizować – zdradza Magda.

MA już zapowiada płytę

Jeszcze w lutym zespół Big Fat Mama hucznie obchodził 10-lecie istnienia. Zapowiadali nową płytę. Kilka tygodni później usłyszeliśmy zaskakującą wiadomość. BFM… przestaje istnieć. Jednocześnie część starego składu powołała do życia nową kapelę – MA.

- Nie wiem dlaczego tak się stało, może to przez dojrzewanie. Wiele osób zmienia swoje życiowe nastawienie, niektórzy zaczynają przykładać większą wagę do zarobków, inni szukają sobie czegoś odmiennego, nowego zajęcia. Ja nadal chcę tworzyć niekonwencjonalną muzykę, bo czuję, że to jest najlepsze co mógłbym w życiu robić, no i mam też przeświadczenie, że wychodzi mi to całkiem nieźle – przyznaje wokalista Mateusz Samolong, założyciel i lider BFM.  – To była w sumie nasza wspólna decyzja. Co do zmiany marki - uznałem, że tak będzie uczciwie wobec fanów BFM, ale też i wobec moich nowych towarzyszy rockandrollowej przygody. Mimo że MA w znacznym stopniu jest kontynuacją mojej pracy jako kompozytora i autora tekstów, to jednak teraz, z całą pewnością mogę stwierdzić, że będzie to zupełnie inna jakość. A to za sprawą mistrzowskiego składu jaki mamy. Ze składu BFM, po rozpadzie zostaliśmy ja i znany ze swojej bogatej scenicznej osobowości Olek. W istocie to Aleksander namówił mnie do kontynuacji misji powierzonej niegdyś przez dr Funkensteina. Powiedział, że on nie wytrzyma bez estrady i że muszę skrzyknąć nową ekipę... nie trzeba było mnie długo namawiać. 

Kompletowanie składu przebiegło dosyć sprawnie.

- Materiał, który trafił niegdyś na pierwszą płytę BFM, nagrywaliśmy we współpracy z kolegami z zespołu Fractal Tree, w którym to, klawiszami i elektroniką zajmował się niejaki Jakub Maciejewski. Od dawna nosiłem się z zamiarem zaproponowania współpracy temu facetowi. Trudno znaleźć osoby obdarzone ciekawym, czystym głosem, a nasza muzyka ma być oparta na śpiewie. Przypomniałem sobie wokalistkę z zespołu Charlie Monroe, która w przeszłości kilka razy występowała z BFM. Tak się złożyło, że Kuba też wcześniej miał do czynienia z Martyną Szczepaniak i był przekonany, że ona da radę. Teraz odnosimy wrażenie, że rzeczywistość przerosła nasze oczekiwania. Martynka przyprowadziła do MA ostatnie spajające ogniwo, czyli swojego brata. Dominik pełni funkcję perkusisty, ale też, a może nawet bardziej wokalisty. Ich głosy świetnie ze sobą współbrzmią i oba mają piękną barwę. To zrozumiałe ze względu na to, że są rodzeństwem i śpiewają od bardzo dawna - zaczynali w Arce Noego. Dominik znany jest również jako dj techno i house, ta jego pasja również pobrzmiewa w naszej twórczości – opowiada Mateusz.

Zespół MA to połączenie psychodelii, electro, funka i rock'n'rolla. Coś zupełnie innego. Nie wiedzą, do czego zaprowadzi ich taka mieszanka. Nie boją się eksperymentować. Zakładają, że jesienią powstanie ich pierwsza płyta.  Materiał nagrywają w studiu Kuby Maciejewskiego, klawiszowca. Zespół jest przekonany, że część nagrań trafi na listy przebojów. Już teraz otrzymują propozycje remiksów. 

W planach jest intensywna koncertowa jesień. Będzie też klip - kontynuacja tajemniczego zwiastuna, który pojawił się niedawno w sieci. 

- Tym zajmiemy się jeszcze tej wiosny. Pod względem wizualnym mamy bardzo silne zaplecze w postaci Wytwórni Rabbit Hole, która zajmuje się produkcją profesjonalnych wideoklipów. Jest tego dużo jak widać i nie są to same przechwałki. Nie ma wyboru, jeśli się chce być na czasie trzeba nas sprawdzić, wirtualnie i na koncertach – podsumowują muzycy.

Prestiż magazyn szczeciński
7( 73)
Lipiec'14
gajda