Wszystko jest możliwe

Dwie restauracje, trzecią prowadzi wspólnie z matką i jeszcze salon tajskiego masażu. Kuchnia tajska, japońska i hinduska. Nie przez przypadek jedzenie azjatyckie, bo w połowie jest Hindusem a w drugiej Polakiem. Do tego luz, uśmiech i profesjonalizm. Mariusz Łuszczewski, pomimo młodego wieku, całkiem sporo osiągnął. 

Autor

Aneta Dolega

Ojciec Mariusza Łuszczewskiego jest jednym z założycieli pierwszych szczecińskich fast foodów, legendarnych „Mic Maców”, matka, była miss Indii, właścicielką najlepszej w Polsce restauracji Bombay. W takim domu trudno myśleć o zawodzie lekarza…

Pierwsza praca?

Gdy byłem w szkole podstawowej z kolegą założyliśmy firmę myjącą okna i samochody w okolicy. Nazwaliśmy ją „Kobra Błysk”. Wszystko się działo na Pogodnie. Moja mama zrobiła nam nawet wizytówki.

Jak wam szło?

Na tyle dobrze, że po roku zatrudnialiśmy już pierwszoklasistów. Ja niespecjalnie przykładałem się do pracy więc zatrudnienie pracowników miało sens (śmiech).

W Indiach pana rodzice otworzyli amerykański fast food o nazwie „Hot Millions”. Później pana ojciec był jednym z założycieli „Mic Maców”, jednego z najważniejszych miejsc wypadowych szczecinian w latach 90-tych (aktualnie KFC na Bramie Portowej). 

To była moja miłość. Interesowało mnie wszystko, począwszy od tego co działo się na kuchni, za barem po klientów. Pamiętam jak z tatą jeździłem o czwartej rano po bułki. Drugie miejsce, które lubiłem w dzieciństwie to hotel Radisson, który otworzył nasz przyjaciel Alex Kloszewski. Często tam przesiadywałem i obserwowałem jak to miejsce działa. Przyglądając się powiedziałem, że też kiedyś będę dyrektorem hotelu.

A zdradzi pan tajemnicę tego różowego sosu, który był dodawany do hamburgerów w Mic Macu?

Nie mogę (śmiech). Przepis na sos przebywa zamknięty w sejfie.

W wieku 18 lat wyjechał pan do Wrocławia, by zacząć pracować dla sieci hoteli Holiday Inn.

Dostałem pracę w biurze, które przygotowywało otwarcie hotelu. Robiłem praktycznie wszystko: od mycia samochodu, po robienie analiz marketingowych. Mój dyrektor, Marek Przeorski, z racji tego, że byłem najmłodszy w ekipie, w delegacje, na szkolenia wysyłał mnie. Wiele się nauczyłem.

Kolejny krok to wyjazd do Stanów Zjednoczonych. Założył się pan z ojcem, że sobie pan poradzi za Oceanem..

Wyszedłem z założenia, że skoro USA to kraj możliwości to, dlaczego mi nie miałoby się nie udać? Kiedy jednak wylądowałem na miejscu zorientowałem się, że nie mam pozwolenia na pracę. Byłem zdziwiony, że takie w ogóle jest potrzebne (śmiech). Pracowałem najpierw na recepcji w hotelu co było cofnięciem się o kilka kroków do tyłu w mojej karierze. Cel miałem jasny, chciałem zostać dyrektorem hotelu. 

I jak się to potoczyło?

Po kilku miesiącach okazało się, że hotel, w którym zacząłem pracować został sprzedany pod apartamentowiec. Moja szefowa wyjechała, poszedłem do dyrektora hotelu i powiedziałem, że powinien dać mi stanowisko front office managera. Zorganizowano targi pracownicze, na których pojawił się Joe Jorgensen, właściciel 37 hoteli. Podszedłem do niego i powiedziałem, że chcę dla niego pracować, że będę lojalny jak syn i że zarobię dla niego masę pieniędzy. Dostałem pracę jako vice dyrektor. Po zmianie biura przez dyrektora regionalnego, zostałem sam. Właściciel firmy, przyjeżdżał raz w tygodniu, zabierał mnie na lunch i sprawdzał raporty. Zapytałem go, że skoro zarządzam sam hotelem, czy istnieje możliwość abym dostał stanowisko dyrektora głównego. Zgodził się i w wieku 25 lat dostałem do poprowadzenia swój pierwszy hotel. 

Wrócił pan do Polski z myślą by otworzyć coś własnego?

Cel był taki by stworzyć jakąś ilość lokali i pakietowo ją sprzedać. Padło na sieć Subway.

A co z wygranym zakładem? 

Zupełnie o tym zapomniałem. Chyba będę się musiał upomnieć o pieniądze (śmiech).

Prowadzi pan aktualnie dwie restauracje: Buddhę i Tokyo i pomaga mamie przy Bombayu. Czas chyba na wymarzony hotel.

Cały czas o nim myślę. Nawet znalazłem dla niego miejsce. To grecka wyspa Korfu. Tam mógłbym spokojnie przejść na wcześniejszą emeryturę

Oprócz bycia restauratorem doradza pan jeszcze innym jak prowadzić biznes. Pana przepis na sukces?

Nigdy nie myślę, że coś może się nie udać. Druga rzecz to, żeby być dobrym biznesmenem trzeba choć raz sięgnąć dna. Niedobrze, gdy za szybko przychodzą wielkie pieniądze. Trzecia rzecz to ciężka praca. Ja swoją kocham. 

Prestiż magazyn szczeciński
8( 74)
Wrzesień'14