Anna Guzik Jestem jak tornado

Za miłością wyjechała do Bielska Białej, gdzie gra w teatrze. Rzadko bywa na warszawskich salonach, choć mogłaby przebierać w zaproszeniach. Chętnie za to korzysta z okazji, by zagrać w tenisa, tak jak podczas nadchodzącego turnieju Pekao Szczecin Open. Anna Guzik, znana aktorka filmowa i serialowa - opowiedziała Darii Prochence o swoim aktorstwie, sporcie i… jedzeniu.

Autor

Daria Prochenka

Skończyła Pani właśnie 38 lat, czy pojawił się stres przed 40?

Poprzez takie pytania właśnie się zaczyna… (śmiech). Ten stres nie dotyczy samej magicznej liczby, choć pewnie po części też, ale raczej „drugiej części życia” w którą będę wkraczać. I po części, powiedzmy sobie szczerze, mniej atrakcyjnej pod względem zdrowotnym, zawodowym czy wizerunkowym…

Czasy się zmieniły i kobiety po 30. wyglądają teraz o wiele młodziej niż ich rówieśniczki przed dekadą.

Faktycznie mam wrażenie, że dzisiejsze trzydziestolatki wyglądają młodziej aniżeli ich babcie w podobnym wieku. Ogromny wpływ ma styl życia, który prowadzą - aktywny zawodowo, fizycznie, intelektualnie. Poza tym, w przeciwieństwie do pokolenia swoich babć, kobiety nie myślą wyłącznie o potrzebach mężów i dzieci, ale doszły do etapu, w którym dbają o siebie i swoje zdrowie, mając świadomość, że muszą być w formie, żeby cieszyć się z życia, męża i dzieci właśnie. Bardzo się cieszę, że nasza świadomość poszła w tym kierunku. Marzę o tym, żeby usłyszeć od polskich emerytów to, co usłyszałam od pewnej starszej Amerykanki - „wolę wydać pieniądze na trzymiesięczny pobyt na Florydzie niż na bieganie po lekarzach”. Daleko nam do tego etapu, ale ludzie uprawiający sport po sześćdziesiątce nie są już zaskakującym widokiem i to mnie cieszy i daje nadzieję na przyszłość.

Media głośno komentowały Pani metamorfozę. Aktorskie środowisko jest chyba dość wymagające, uroda często jest oceniana.

Kiedy pada pytanie dotyczące urody cieszę się, że jestem aktorką i mam na to papiery. Nie jestem modelką, której zadaniem jest „wyglądać”. Ja zajmuje się inną działką - tworzeniem postaci. A do tego potrzebny jest talent, uroda jest sprawą drugorzędną - nie gram przecież w kasowych hollywoodzkich produkcjach.

Kobiety potrafią na jednym wdechu wymienić swoje wady i widzą najczęściej w sobie tylko to, co jest ich kompleksem. Zapytam na przekór - co Pani lubi u siebie najbardziej?

Na pewno nie jestem osobą małostkową, ani interesowną. Drobne wady ludzi, ich przekonania polityczne, religijne czy orientacja seksualna nie mają dla mnie znaczenia pod warunkiem, że mam do czynienia z osobą wartościową i dobrą. Nie mam za to litości dla głupoty, chamstwa, braku empatii - takie osoby wykluczam z mojego towarzystwa. Konsekwencją takiej postawy jest otaczanie się ludźmi, którzy dobrze mi życzą i od których nie oczekuję niczego innego poza lojalnością i przyjaźnią. Cieszę się, że w młodości uprawiałam sport, bo patrzę na wzloty i upadki w moim zawodzie z lekkim przymrużeniem oka. Albo raczej świadomością, że raz się wygrywa, raz się przegrywa i jest to naturalna kolej rzeczy. Poza tym jestem pozytywnie nastawiona do ludzi, a taka postawa owocuje dobrymi kontaktami z otoczeniem.

Widzimy Panią zazwyczaj poprzez kreacje aktorskie, czy obiektywnie potrafi Pani ocenić jaką kobietą jest Pani na co dzień? 

Chaotyczną niestety… Staram się trzymać w ryzach moje życie zawodowe, ale nie można być we wszystkim poukładanym. Zapominam więc o wielu prywatnych sprawach - datach, prezentach, podlewaniu kwiatków, papierach, których termin złożenia dawno minął... W życiu prywatnym jestem jak tornado… Ale za to niegroźne! (śmiech)

Tornado = adrenalina. Wspomniała Pani w jednym z wywiadów, że jest Pani od niej uzależniona. Jak to się objawia? Uprawia Pani jakieś sporty ekstremalne?

Zawód aktora jest sportem ekstremalnym. Od sukcesów po dotkliwe porażki. Raz jestem na scenie królową, innym razem daję się zjeść tremie. Wciąż opanowuję nowe teksty, sztuki, umiejętności. Nie potrzebuję jeszcze więcej adrenaliny- przeciwnie, wciąż szukam sposobu jak się jej pozbyć.

Osoby nadpobudliwe często nie potrafią odpoczywać, a kobiety multizadaniowe w szczególności potrafią oglądać film, jedną ręką zmywać naczynia, a drugą jeszcze mieszać zupę w garnku. A Pani umie odpoczywać?

Jestem typowym zadaniowcem, ale nie mam żadnych problemów z przestawieniem się na odpoczynek. Uwielbiam nie robić nic, choć zdarza mi się to niezwykle rzadko.

Odstresowuję się przez sport, ruch i kontakt z przyrodą, choć kanapą i dobrym filmem również nie pogardzę.

Program „Zdrowie na widelcu” to zbiór porad jak zmienić swój tok myślenia i wprowadzić zmiany w gotowaniu. Czy ma Pani jakąś ogólną radę na to jak poprawić nie tylko figurę ale też samopoczucie?

Wykluczyć ze swojego menu fastfoody i jeść regularnie! To podstawowy grzech ludzi, którzy ciężko pracują - cały dzień nic, a wieczorem bachanalia. I fakt faktem mogą zjeść w ciągu dnia zaledwie 1500 kcal, problem w tym, że większość przed snem… Zmiana przyzwyczajeń wymaga wysiłku, szczególnie na początku, ale potem już jest tylko lepiej. 

Wierzy Pani w przeznaczenie czy bierze Pani los w swoje ręce?

Odpowiem przewrotnie - wierzę, że możemy ukuć swój los na tyle na ile nam zostanie pozwolone.

Gdzie jest Pani „miejsce na Ziemi”, gdzie czuje się Pani dobrze, spokojnie, bezpiecznie i z przyjemnością tam wraca? To jakiś odległy kraj, miasto w Polsce, a może kanapa w domu?

Swoje miejsce na ziemi stworzyliśmy wraz z mężem w Bielsku - Białej, gdzie mamy dom. Staram się układać moje życie zawodowe w taki sposób, aby móc spędzać czas właśnie tam. 

Czy odległość od Warszawy nie jest zabójcza dla kariery?

Na pewno jest sporym utrudnieniem. Z wielu propozycji musiałam zrezygnować decydując się na zamieszkanie w Bielsku-Białej. Czas pokaże, czy miałam rację czy też się myliłam walcząc o swoją niezależność.

Załóżmy, że znudzi się Pani kursowanie pociągami do Warszawy i czy jest jakiś inny zawód w którym by się Pani odnalazła? 

Aktorzy bez sceny zazwyczaj czują się jak ryby bez wody, więc nawet nie będę próbować. Kocham mój zawód, choć do najłatwiejszych nie należy. Może mogłabym zostać felietonistką albo piosenkarką, a najchętniej gwiazdą tenisa! Ale na to już troszkę za późno…(śmiech)

Odwiedza Pani Szczecin właśnie po to, aby zagrać w tenisowym turnieju. Była Pani już wcześniej w Szczecinie? 

Tak. Mam wrażenie, że pod względem nierówności terenu Szczecin bardzo przypomina Bielsko-Białą. Cały czas spaceruje się góra - dół. Uwielbiam morze i Szczecin był zawsze przystankiem na trasie do Świnoujścia, a od kilku lat jest również portem pośrednim w drodze do Pogorzelicy, gdzie odbywa się Tenisowy Turniej Artystów Baltic Cup.

Z sukcesami grała Pani w piłkę ręczną, a teraz w tenisa - jak czuje się Pani na boisku z rakietą w ręku?

Szczerze żałuję, że odkryłam tenisa tak późno… Myślę, że gdybym rozpoczęła treningi jako dziecko miałabym szanse na jakieś sukcesy. Teraz tenis jest jedynie hobby, które sprawia mi ogromną przyjemność i jest świetną okazją do spotkań towarzyskich.

Głośno o Pani było także w związku z "Tańcem z gwiazdami". Czy regularnie uprawiany sport pomagał podczas takich zmagać ze względu na wyrobioną kondycję, czy może wręcz przeciwnie sport hamował swobodę i frywolność potrzebną w tańcu?

Układy choreograficzne w programie były jak partytura muzyczna i wymagały ogromnej pamięci ruchowej. Sporty zespołowe to zagrywki, które szkolą pamięć pod tym kątem, więc mogę powiedzieć, że sport bardzo mi pomógł. Dzięki niemu zakwasy i ból również nie były czymś nowym i nie wpędzały mnie w stres. I oczywiście nastawienie o którym wspomniałam wcześniej - trzeba wykonać wiele treningów, zagrać wiele sparingów, żeby móc wygrać mecz, a i to nie zawsze się udaje. 

Wiele aktorek narzeka, że po 30 nie ma dla nich ról, nie zagrają już młodych dziewczyn, są jeszcze za młode na dojrzałe kobiety jak Pani uważa, czy faktycznie aktorka po 30 ma „gorzej”?

W czerwcu tego roku miała miejsce premiera „Ifigenii” w reż. Pawła Wodzińskiego w Teatrze Polskim Bielsku-Białej. Grałam w tej sztuce Klitajmestrę, czyli matkę Ifigenii i nie zamieniłabym tej roli na żadną inną. Granie postaci dojrzałych jest ogromnym wyzwaniem zarówno dla mnie jak i reżyserów, którzy muszą zmienić sposób postrzegania mojej osoby. Ról dla dojrzałych kobiet jest rzeczywiście mniej, ale jeśli już się trafią są zdecydowanie ciekawsze aniżeli role podlotków.

A którą ze swoich ról szczególnie Pani lubi?

Jest wiele ról bliskich mojemu sercu, ale chyba największym sentymentem darzę Maureen z „Królowej piękności z Leenane”. To postać o jakiej marzy każda aktorka - niejednoznaczna, piękna i brzydka zarazem, pogodzona z losem i walcząca o szczęście, tragiczna do bólu. Granie jej to była prawdziwa przyjemność i podróż w głąb swojej ciemnej strony. Życzyłabym sobie więcej takich ról.

Nie zawsze trafiają się te wymarzone kreacje, zatem musi w tym zawodzie być coś więcej. Co jest takiego magicznego, co lubi Pani najbardziej w swojej pracy?

Bardzo szybko się nudzę, a ten zawód nie pozwala mi na stagnację. Wciąż muszę się uczyć nowych umiejętności, tekstów, poznawać siebie od innej strony. Pracuję z ludźmi i często spotykam na swojej drodze ludzi wartościowych, a czasem niezwykłych. Uwielbiam rozpracowywać nowe postaci - tworzyć je od początku, zmieniać to, co ustalone, zadawać pytania. Myślę, że jestem we właściwym miejscu.

Granie, a bywanie to chyba dla współczesnego artysty problem bardzo na czasie. Czy można być popularnym aktorem bez bywania i lansowania się na salonach?

Wciąż się nad tym zastanawiam. Mam wrażenie, że czasy wielkich aktorów w wielkich filmach się skończyły. Teraz popularność dają seriale i Internet. Oczywiście popularność za którą niekoniecznie muszą iść umiejętności. Liczy się uroda, figura, dobry ciuch… Nastały nowe czasy, a ja bacznie się przyglądam w jakim kierunku to wszystko zmierza.

 

Dziękuję za rozmowę.

Prestiż  
Wrzesień 2014