W przepięknej przypowieści o prawie i honorze zatytułowanej "Ojciec chrzestny" jest taka scena, w której Don Vito Corleone wskazuje palcem owoce na straganie, a usłużny handlowiec z przestraszonym uśmiechem pakuje je do papierowej torby. Nie wiedzieć czemu, niewiele we mnie cech mafijnego Dona, a na zakupach jestem jak niewierny Tomasz: nie dotknę, nie kupię. Ten fakt dotyczy warzyw, owoców i jarzyn, ale z chęcią stosowałbym tę zasadę także i na stoisku z mięsem, gdyby nie Sanepid. Moja chęć dotykania towaru nie wynika z charakteru, lecz z doświadczenia. Otóż, tyle razy byłem naciągany przez nieuczciwych sprzedawców na zakup podłej jakości ziemniaków, czy marchewki, że dziś śmiało brudzę swoje delikatne dłonie wybierając każdego buraczka, pieczarkę, albo inne warzywne stworzonko. Na wystawie leży to to lśniące i kolorowe, wabi oczy i portfel. Przynosisz do domu, dotykasz, a tu zamiast rumianej papryki jakaś pomarszczona, zziębnięta staruszka. Ile to razy wielka, czerwona rzodkiewka okazywała się sparciała, a piękna cebula kryła w swoim wnętrzu coś co wzdragam się opisać. Doszło kiedyś do tak skandalicznej sytuacji, że mnie starego wróbla i grzybiarza naciągnięto na wysuszone i zleżałe rydze! Były na jednym ze szczecińskich ryneczków błyszczące i rumiane (spryskane przemyślnie wodą) a ja zaskoczony przyjazną ceną, nie sprawdzając organoleptycznie, zaufałem wyraźnie ucieszonej sprzedawczyni. Dopiero w domu, gdy wziąłem ów susz w ręce zapłakałem rozczarowany. Oczywiście własną głupotą, nie chytrością handlarki. Nazwy ryneczku przez litość nie wymienię. Wciąż obserwuję tam kuglarskie sztuczki jakie stosują handlarze, by przywiędłemu towarowi nadać atrakcyjny wygląd. Obserwuję, ale już u nich nie kupuję. Taki cwany ze mnie seler.

Coraz chłodniejsze noce i ranki sprzyjają przemarzaniu warzyw, więc i coraz częściej będziemy mieli okazję naciąć się na zlodowaciałą marchew i zmrożone pomidory. Jak mawia klasyk: sorry taki klimat. Sięgajmy zatem śmiało i jak mówi jedno z haseł wyborczych, bierzmy nasze warzywa we własne ręce. Nic to, że towar macany należy do macającego. To przesąd czasów słusznie minionych.

Na wszystkich egzotycznych targach po których miałem szczęście łazić, sprzedawcy sami wciskali w moje dłonie guajawy, papaje, daktyle a nawet i dojrzałe duriany, których zapach przyprawia o niekłamany zawrót głowy. Wszystko po to bym własnoręcznie przekonał się o świeżości i doskonałej jakości oferowanego produktu. Ileż radości po obu stronach straganu sprawiało przekomarzanie się i targi, okraszone pokazywaniem plamki na skórce arbuza, albo zręcznym ukrywaniem warzywnej niedoskonałości. Dotykanie, kosztowanie, grymaszenie są sednem zwiedzania targowisk. Na bliskości polega prawdziwe handlowanie. Na bliskości produktu, ale także handlujących. Burkliwe panie zza lady wciąż jeszcze mają się u nas dobrze, dlatego namawiam na robienie zakupów na ryneczkach i w niewielkich sklepach. Wystarczy przecież parę razy zwyczajnie pogadać, potargować się z uśmiechem, a sprzedawca z pewnością zapamięta nas i… no właśnie: polubi?

Klient dotykający każdego buraczka? To musi być maruda. Otóż, nieprawda, nie musi i nie jest. Może wymagający, może dociekliwy, ale z pewnością nie marudny. Za godziwą cenę chcę najlepszego z możliwych produktów. Jeśli wybiorę własnoręcznie, to w przypadku pomyłki pretensje mogę mieć wyłącznie do siebie. To przecież ja wiem po co mi potrzebne ziemniaki. Inne wybiorę na placki ziemniaczane, inne do zupy. A wybierając z pewnością odrzucę te nieforemne i nadgniłe.

I na koniec jeszcze słowo o sprzedawcach. Jeśli patrzą krzywo na nasze dotykanie – zmieńmy sklep. To my jesteśmy właścicielami ich towarów. Oczywiście po uiszczeniu zapłaty. Jeśli czują się tym dotknięci, macajmy buraczki w sklepie obok.

 

Szymon Kaczmarek

Prestiż  
Listopad 2014