Droga wojownika

Upór osła i krótka pamięć. Ale tak naprawę odwaga i spokój. Marcin Tomaszewski jest wyjątkowym alpinistą. Nie interesuje go sam szczyt zdobywanej góry, tylko droga, która na niego prowadzi… a ta zawsze jest najtrudniejsza.

Autor

Aneta Dolega

Dlaczego góry? Skąd ten pomysł?

Wspinaczka była dla mnie naturalną kontynuacją mierzenia się z własnymi słabościami. Od dziecka walczyłem z chorobą, później przyszedł czas na judo i walkę z rzeczywistymi przeciwnikami. W którymś momencie zrozumiałem, że za każdym razem mierzę się tak naprawdę z samym sobą. Góry są doskonałym poligonem by poszukać siebie w sobie. Obcowanie z nimi powoduje, że wyciągają słabości, zmuszają do rozwoju, wewnętrznego wyciszenia i refleksji. Dzięki wspinaczce mogłem rozwijać swoje dobre cechy.

W takim razie, jakie trzeba mieć cechy w tym sporcie?

Upór osła i krótką pamięć (śmiech). Niejednokrotnie wspinając się na trudny, wymagający szczyt przeżywamy rozterki. Często towarzyszy nam niepewność, zmęczenie, trudne warunki atmosferyczne. Zmaganie się z nimi powoduje odporność na wszelkie niebezpieczeństwa, a myśl o tym, że po złej pogodzie pojawi się słońce jest krzepiąca. Góry z pewnością mają ze mnie niejednokrotnie ubaw. Podstawiają pod nos smakowity kąsek by później unieść go wysoko ponad zasięgiem moich rąk. Nie walczę z nimi. Z czasem i one odpuszczają. Tak też spotykamy się od czasu do czasu w cichym dialogu. 

A w czym pomaga krótka pamięć?

Szybko przechodzę do kolejnego etapu po trudnych przejściach, co jest bardzo istotną cechą u alpinisty. Gdybym po każdej wyprawie rozpamiętywał napotkane trudności, perspektywa podejścia do kolejnego szczytu z pewnością by się znacznie oddaliła.

Wybrał pan specyficzny rodzaj wspinaczki. Nie interesuje pana sam szczyt, tylko droga, która na niego prowadzi. Im trudniejsza tym lepsza… 

Mnie przede wszystkim interesuje zmaganie się z własnymi słabościami, a w momencie kiedy rozpocząłem przygodę ze wspinaczką miałem lęk wysokości. W zderzeniu z niemożliwym mój charakter powoduje, że pochylam się nad tym. Tak było ze wspinaniem. Najpierw lęk wysokości, później podziw w oglądanych albumach dla pięknych górskich ścian nie do zdobycia i decyzja. Spakowałem plecak i poszedłem w góry. Oczywiście był to długi proces. 

Wspina się pan samotnie, ale także z kolegą, z którym współtworzy pan projekt „Cztery żywioły”.

 Nie ukrywam, że jestem wymagającym partnerem górskim zarówno dla siebie jak i dla kolegów - zupełnie innym niż w życiu prywatnym, gdzie daję fory najbliższym (śmiech). Projekt Cztery Żywioły odnosi się do wspinaczki na najbardziej wymagających ścianach świata w towarzystwie czterech żywiołów: Wiatr - Patagonia, Zimno - Alaska, Woda - Ziemia Baffina, Tropik - Wenezuela. Ideą projektu jest wytyczenie czterech ekstremalnie trudnych dróg we wspomnianych rejonach górskich. Wraz z projektem prowadzone są testy sprzętu oraz odzieży wspinaczkowej pod kątem technologii sprawującej się w różnych warunkach atmosferycznych. Stąd też pomysł powstania internetowego Sklepu 4 Żywioły, który w swojej ofercie posiada tego rodzaju wyposażenie.

Samotna wspinaczka nie jest chyba dla każdego.

W przypadku solowej wyprawy wszystko zależy ode mnie, biorę odpowiedzialność wyłącznie za siebie. I to jest coś, co daje poczucie lekkości, wolności.

A otarł się pan o śmierć? Znalazł w szczególnie niebezpiecznej sytuacji?

Dwa razy. W Alpach Szwajcarskich wspinałem się samotnie na północnej ścianie Eigeru. Będąc tysiąc metrów nad ziemią odpadłem od ściany ok. 25 metrów do momentu, aż zatrzymała mnie lina. Niestety lecące kamienie połamały mi żebra. W ciągu kolejnych dziesięciu godzin zjechałem ze ściany, kilka razy mdlejąc. Dotarłem jednak w końcu do szpitala ku zdziwieniu lekarzy (śmiech). W zaśnieżonych, lodowcowych górach wspinanie solo jest bardzo niebezpieczne ze względu na liczne szczeliny śnieżne. Wspinając się na ścianie Mt. Johnson na Alasce, którą zdobyłem w 2009 roku, odpadłem z serakiem (od red. - wielotonowa bryła lodu tworząca się w wyniku pękania lodowca) na grani szczytowej. Duet wspinający się taką granią związany jest ze sobą liną. Kiedy jedna z osób spada na jedną stronę grani, druga skacze w drugą, równoważąc i asekurując. Solista nie ma takiej możliwości. Znalazłem się po tej części seraka, który leciał w dół. W ostatniej chwili udało mi sie rzucić na krawędź śniegu i czekanami zaczepić o lód. Miałem bardzo dużo szczęścia, pode mną była tysiącmetrowa ściana.

Zawsze mnie zastanawiało to, jak alpiniści, będąc wysoko w górach i mając do dyspozycji kawałek skalnej półki, funkcjonują, kiedy się nie wspinają? Co jedzą, jak wygląda wasza codzienna higiena i wszystkie tzw. zwyczajne czynności?

Nie ma tam miejsca na romantyzm. Wstajemy bardzo wcześnie. Pijemy kawę, jemy śniadanie, wspinamy się, pokonujemy nowe odcinki ściany, zjeżdżamy. Suszymy rzeczy albo w wiszącym namiocie albo na skalnej półce. Jemy kolację, regenerujemy się, spisujemy dzień w naszych notatnikach. Co do czynności fizjologicznych to załatwiamy je tradycyjnie (śmiech). Najważniejsze jest to, żeby cały czas być przypiętym do liny. Wszystko, począwszy od łyżki, którą jemy aż do nas samych musi być przywiązane. Najdłużej spędziłem w ścianie 25 dni. Kiedy zjechałem na dół poczułem się nieswojo. Chodząc już po miejskich chodnikach potykałem się (śmiech). 

Jak z pana pasją, zawodem, który jest tak niebezpieczny, radzą sobie pana bliscy?

Wspinam się od piętnastego roku życia, nikt, więc nie zna Marcina, który nie jest alpinistą. Każda osoba z moich bliskich zna mnie jako człowieka, który jeździ na wyprawy, który szuka wyzwań. Każda osoba, która ze mną obcuje godzi się na to. Pozbywając mnie alpinizmu, zabrano by mi spory kawałek mnie.

W górach jest pan twardym człowiekiem, ale w życiu niekoniecznie...

Staram się być przede wszystkim dobrym człowiekiem. Góry nauczyły mnie, że należy dbać o partnera i jakby siła partnerstwa, zespołu jest mierzona siłą tego najsłabszego.

Czego jeszcze góry pana nauczyły?

Potrafię się zorganizować i kiedy sytuacja tego wymaga podjąć szybką decyzję.

Jest pan ojcem, ma pan rodzinę. Ma to wpływ na to, kim pan jest i czym się pan zajmuje?

Moja życiowa partnerka szanuje moją pasję, bo sama kocha swoją. I dlatego mnie rozumie. Doskonale się różnimy (śmiech). Czuję ogromne wsparcie ze strony rodziny. Mogę pozwolić sobie na bycie sobą. Moim dzieciom chcę przekazać, że warto realizować swoje marzenia w dobrym stylu pokonując wszelkie góry.

No właśnie, wspomniał pan o swojej narzeczonej aktorce Sylwii Różyckiej. Bywa pan w teatrze?

Lubię teatr i tam właśnie poznałem Sylwię. Od kiedy jesteśmy razem bywam tam częściej. Jednak to w górach czuje się najlepiej (śmiech).

 

Marcin Tomaszewski, pseudonim Yeti, polski wspinacz, alpinista, instruktor. Wspina się od 22 lat. Znany jest z bardzo trudnych przejść wielkościanowych. Wytyczna nowe drogi w najbardziej niedostępnych i pionowych ścianach świata. W 2009 roku rozpoczął realizacje projektu 4 Żywioły obejmujący wspinaczkę w czterech charakterystycznych rejonach górskich (Patagonia, Alaska, Ziemia Baffina, Wenezuela). W 2012 roku wytyczył (wraz z Markiem Raganowiczem) linię Superbalance na Ziemi Baffina, oraz stanął na szczycie Cerro Torre. Rok później wytyczył drogę Bushido na Great Trango Tower w Pakistanie. Jest członkiem Kadry Narodowej w Alpinizmie, prowadzi własną szkołę wspinania. Na koncie ma wiele nagród, m.in. „Kolosa” i „Travelera”. Prywatnie jest związany z aktorką Sylwią Różycką. Warto zajrzeć: www.marcintomaszewski.pl.

Prestiż  
Listopad 2014