Adam Dzieciniak Żeby już nie było lepiej. Bo jest dobrze!

Adam Dzieciniak - aktor Teatru Polskiego w Szczecinie. Od 35 lat na scenie. Bawi, wzrusza, intryguje już kilka pokoleń teatralnych widzów. Uwielbiany. Szanowany. Pożądany. Zawodowo oczywiście… bo ma żonę, syna, wnuka, samochód, psa i w ogóle jest szczęśliwy. 

Autor

Daniel Źródlewski

Jak spodobał się pomysł na sesję fotograficzną do wywiadu?

Pomysł mnie zelektryzował… Na początku bałem się, podczas tych „mejkapów” jak mumia siedziałem, jak manekin… ale wokół tyle profesjonalistów, że poczułem się bezpiecznie i przestałem się bać… Pierwszy raz z takim zawodowstwem się spotkałem, normalnie mistrzostwo świata. Po sesji żałowałem, że ważę tyle ile ważę, bo jakby było z 50 kg mniej było to bez wahania zostałbym modelką (śmiech). Od teraz jak będą castingi na takie sesje to pójdę! 

Która z tych filmowych postaci okazała Ci się najbliższa?

Nie wiedziałem, że Marlon Brando jest tak blisko mnie… z twarzy w sensie. To aktor, którego naprawdę uwielbiam i cenię. Jeśli udało się jakieś podobieństwo stworzyć to jestem w pełni usatysfakcjonowany. 

No dobrze… wszystko, co teraz powiesz, będzie wykorzystane przeciwko Tobie. Włączyłem nagrywanie. 

To ja też będę nagrywać! Zawsze jak dzwonią do mnie konsultanci z jakiś firm i mówią: „Dzień dobry, proszę Pana rozmowa będzie nagrywana”, to im mówię, że też nagrywam. Zawsze się peszą (śmiech). 

Spróbuję się nie speszyć. Zacznę tak: Adamie, mam 35 lat, już kilka razy zdążyłem zmienić pracę, momentami bardzo diametralnie, a Ty jesteś tych moich rzeczonych 35 lat na scenie. Nie znudziło się?

Jakoś mi się nie zmieniło. Ja to po prostu lubię. To jest szajba jakaś (śmiech). Uwierz mi, jak robi się coś, co się kocha to nie ma na to siły. Niektórzy koledzy z teatru mówią tak: „Bo ja nic innego bym nie potrafił robić”. Może to jest trochę wyświechtane, ale ja naprawdę już sobie nie wyobrażam, że mógłbym robić coś innego i chyba naprawdę też nic innego nie potrafię. 

A jak to się zaczęło?

Gdzieś tam w moim mieście rodzinnym, w Lęborku, koledzy na dyskotece powiedzieli, że chcą założyć kabaret, to się zapisałem… I tak zostało! Potem konkurs recytatorski w Słupsku. O! Z Jackiem Zawadzkim, dziś znanym w Szczecinie aktorem, startowałem. Dostaliśmy równorzędne nagrody. Nie, czekaj! Jeszcze wcześniej. Mam zdjęcie takie stare, z dzieciństwa. Ja w drugiej klasie szkoły podstawowej robiłem za… bałwanka (śmiech). 

Z wykształcenia jesteś aktorem-lalkarzem. Ten bałwanek się jakoś wpisuje… (śmiech). A tak poważnie, jakim byłeś studentem?

Dobrym. Z wyróżnieniem, średnia wysoka, stypendium. To był wydział lalkarski we Wrocławiu. Ale szkoła nas przygotowywała do obu kierunków – lalkarskiego i dramatycznego. Nie da się tego oddzielić. 

Dostałeś się za pierwszym razem?

No tak! Nie miałem zielonego pojęcia o co tam chodzi, ale nauczyłem się tekstu, poszedłem, powiedziałem i wzięli (śmiech).

Pamiętasz co mówiłeś?

W życiu… ale pamiętam, że piosenkę ludową śpiewałem. Ktoś mi powiedział: „Adam nie umiesz śpiewać, bierz ludowszczyznę to jakoś pójdzie”. No i poszło. Czekaj! Mam! Pamiętam tekst! Owidiusza mówiłem „Nie dręcz włosów…” (tu, ku uciesze pozostałych gości restauracji, w której rozmawiamy, następuje pełna recytacja).

A kto jest Twoim mistrzem w teatrze?

W czasach młodzieńczych uwielbiałem Bogumiła Kobielę. Uwielbiałem go oglądać, to do tej pory mój mistrz. Ja go kocham. Byłem i jestem nim zafascynowany. Genialny aktor. Największy artycha dla mnie. I jeszcze Roman Wilhelmi. O taaak! A z ludzi, których spotkałem, bo Kobieli czy Wilhelmiego nie miałem szansy poznać, to moi profesorowie we Wrocławiu – Krzesisława Dubiel i Andrzej Chrydzewicz. Zrobiłem z nimi dyplom. Graliśmy „Sen nocy letniej”, byłem jednym z murarzy… A później, to oczywiście Stanisław Tym. Spotkaliśmy się u niego w Teatrze w Elblągu, był dyrektorem tej sceny. Nasza przyjaźń trwa do dziś, nawet świadkował mi na ślubie. Tam u niego uczyłem się od świetnych aktorów - Jan Turek, Jacek Braciak, Zofia Merle. Zresztą potem spotkaliśmy się w podobnym składzie na planie „Rysia”. Staszek reżyserował. Bez castingu się dostałem! Tym powiedział: Masz, graj! Bo jak byłby casting to bym przegrał (śmiech).

Googlowanie Dzieciniaka kończy się i zaczyna na określeniu „aktor komediowy”. Obchodzi Cię ta łatka jakoś?

W życiu… nawet pierwszy raz to od Ciebie słyszę. Bo ja nie mam komputera…, ale przestań gdzie ja komediowy… zagrałem tyle ról dramatycznych przecież. Ale niech będzie. Komedia to niezwykle trudny gatunek. 

Mówią do Ciebie na ulicy John? (przyp. red. John Smith, bohater „Mayday”)

Nie, nie mówią…

A lubisz, tę postać?

Bardzo. 

Nie sposób rozmawiać o twojej karierze, pomijając ten spektakl.

Mam wrażenie, że nie ma mieszkańca Szczecina, który by „Mayday” nie widział. Zagraliśmy go siedemset razy, a dwójkę – „Mayday 2” – z dwieście, ale to na dużej scenie, czyli dwa razy więcej widzów… I wiesz, to się nie nudzi. Skład jest fajny, a to jest bardzo ważne. Współpraca koleżeńska, to połowa sukcesu. Jak grają ludzie, którzy się lubią, to jest to. Wtedy się nieustannie chce! I my chcemy. Widzowie też (śmiech).

Ale przez tyle lat to musiało to jakoś ewoluować? John się zmienił? Bo Dzieciniak na pewno! (śmiech)

Poza tekstami, które sobie dokładamy czasem, bo jest fajnie, tak przypadkowo, to nie ma zmian. Naprawdę. Wiemy, na co możemy sobie pozwolić. Mamy szacunek i zaufanie do reżysera, nawet teraz, kiedy minęło kilkanaście lat… Nie ma tak, że reżyser wyjedzie, a my gramy inaczej. Zdajemy sobie sprawę z koleżankami i kolegami z zespołu, że się troszeczkę posunęliśmy, ale w postaciach to nie przeszkadza… My fizycznie się czujemy dobrze, więc do przodu.

Masz jeszcze tremę przed wejściem na scenę?

Zawsze. I to nie ma znaczenia czy to bajka w przedszkolu czy spektakl w teatrze o 19.00. Chyba taką konstrukcję mam. Zawsze mam tremę… a premiera… Ło matko, łeb boli, serce bije, kibel kilka razy zaliczony, łapy się trzęsą … 

Jak zwalczasz?

Muszę się przeżegnać i wchodzę na scenę. Nie ma wyjścia. Ale taki wewnętrzny paraliż odpuszcza dopiero jak zacznę (śmiech). Kiedyś Krzysiek Materna mi powiedział, że Wodecki, powiedział mu coś niezłego w tym temacie… a zaczęło się to od Adama Hanuszkiewicza, który miał powiedzieć, że aktor, który nie ma tremy, to aktor bez wyobraźni. I siedzę z tym Materną za kulisami, on łazi tam i z powrotem i przypomina sobie tekst, ja łażę tam i z powrotem robiąc to samo, a Materna pyta czy mam tremę. No ta ja mu o tym Hanuszkiewiczu, a on o Wodeckim, który podobno denerwuje się przed występem jedynie tak: zapłacą od razu czy przelewem po… (śmiech). 

A jak jest z tym Twoim śpiewaniem? Mówiłeś, że zdając do szkoły nie potrafiłeś, a dziś jesteś lokomotywą rozśpiewanego Czarnego Kota Rudego.

Szkoła mnie chyba nauczyła. To były jednak cztery intensywne lata… Nie miałem zielonego pojęcia, że mam słuch. Jakoś tak na zasadzie prób i błędów, a głównie prób to się udało (śmiech). Okazało się, że jest tam coś w środku. Ja znam nawet nutki. Melodia zostaje w głowie i jadę. Ale nikomu to nie przeszkadza, nikt nas przecież nie rozlicza czy z nut czy nie z nut śpiewamy. 

A poczucie humoru? 

Żona nie jest ze mnie zadowolona… to znaczy w temacie poczucia humoru (śmiech). Ja chyba wszystko na scenie zostawiam. Tak w życiu, to staram się… ale wcale nie jestem wesołek. Nie lubię jak ktoś mnie zmusza do opowiedzenia dowcipu czy czegoś śmiesznego na siłę.

Wykorzystujesz jakoś swoje aktorskie umiejętności w prywatności?

Chyba nie… ale czekaj, kiedyś się udało. Wracaliśmy z jakiegoś grania. Policja pod Myśliborzem nas zatrzymała za przekroczenie prędkości. I spróbowałem pograć. Z 200 zł na stargowałem na 50. Sukces. Policjanci zauważyli chyba jednak kostium policjanta na 

Lubię. To miłe, nawet jak ktoś mi tam dupę obrobi… To naprawdę fajne. Ludzie podchodzą, mówią, że byli na spektaklu, że ubawili się, że odreagowali, że przeżyli fajny czas… i to dzięki mnie. To chyba sens tego zawodu. Zresztą ja zawsze jadę z widownią! Współpracujemy. 

35 lat na scenie to wielkie sukcesy, ale pewnie też… wpadki?

Nieeeeee… nic mi nie przychodzi do głowy. Mam nawet czystą książeczkę lekarską. W życiu na żadnym zwolnieniu nie byłem. Przejadę na tabletkach z gorączką.

Nic? Nie wierzę…

We śnie tylko. Co drugi dzień… albo co drugą noc śnię o teatrze. To zboczenie zawodowe. I w tym śnie zawsze mam czarną dziurę, jestem spóźniony na spektakl, albo nie znam tekstu. Wszyscy stoją i mówią, a ja nie… ale w realu to się nie zdarza! Naprawdę! 

Według fachowego wortalu e-teatr.pl masz blisko setkę spektakli na koncie. Są wśród nich takie, których nie lubisz?

Pewnie. Nie powiem tytułu czy nazwiska reżysera, jak by niektórzy chcieli. Powiem tak: zdarzały się nietrafione propozycje, ale wiem, że to kwestia reżysera. Wiesz… biorą kaskę nie wiadomo za co, a niewiele potrafią. Ale cóż, nie ma siły, to jest praca, muszę to zrobić. Nie jest mile widziane w środowisku aktorskim by role sobie wyszukiwać, wybierać czy wybrzydzać. Było nie raz, nie dwa, że wstydziłem się grać, wstydziłem się, że wchodzę na scenę. Na szczęście to nie były główne role, tylko jakieś ogony… ale faktycznie tak czasami było. Na całe szczęście nigdy to nie trwało długo. Publiczność jest najlepszym barometrem. Nawet nie recenzenci. Ludzie sobie przekazują: idź na to, a na to nie, to dobre, a to gówno… Widownia nie chce złych sztuk i chyba się w tym temacie rozumiemy. Te niedobre spektakle schodziły z repertuaru szybko. A wracając do tych reżyserów… to z nimi jest jak z trenerem reprezentacji. Jak jest technika dobrze poukładana to wychodzi, to jest wygrana, a jak nie to… wiesz…

W swoim dorobku masz także reżyserię.

Ja lubię reżyserować. Teraz nowy spektakl naszej Sceny Poniedziałek „Słoneczni chłopcy” reżyserowałem i zagrałem główną rolę. 

Krzyczałeś na siebie?

No właśnie nie (śmiech). Łatwiej jest ustawiać innych. Siedzisz na widowni i patrzysz. A tu dupsko człowiek gdzieś posadzi i weź obserwuj… siebie samego (śmiech). To wyzwanie. Ale w reżyserii najważniejsze to dobra obsada, tak już mówili starzy mistrzowie, tak mówię ja. Obsada to połowa sukcesu, potem już tam człowiek wydłubie co trzeba, skróci, zetnie, dopisze, ustawi. Ale najważniejsza jest atmosfera i współpraca. Ta aktora z reżyserem, a później aktora z publicznością.  

Znany jesteś także, jako świetny pedagog… Skądinąd wiem, że miałeś jedną niezwykłą uczennicę… 

Jak mówiłem, cholernie lubię pracować, więc jak jakieś luzy w teatrze były to od razu wziąłem dwie półetatówki w Domu Kolejarza i w szkole dla krawcowych. Zajęcia teatralne prowadziłem. A ta uczennica… pewnie masz na myśli Katarzynę Nosowską. Przygotowywałem ją do jakiegoś przeglądu recytatorskiego, nawet wygrała. Do dziś mamy kontakt, mówi do mnie per profesorze (śmiech). Ja jej mówię żeby przestała… a ona, że tak już musi zostać (śmiech). 

Dyrektorem też bywałeś…

Jakiś czas byłem kierownikiem Piwnicy przy Krypcie w Zamku, a chyba półtora sezonu dyrektorowałem w Teatrze w Elblągu. Stanisław Tym mnie wrobił (śmiech). Ale sam się zwolniłem. To nie było to. Do tego dzieliłem życie pomiędzy Szczecinem, gdzie grałem cały czas i Elblągiem. Pamiętam jak związek zawodowy mnie namawiał bym został. To mówię im: Nazywacie się Contra, był taki zespół Pro Contra, a ja jestem Filipinki i wracam do Szczecina (śmiech). I wróciłem. 

A masz rolę - marzenie?

Eeeee… Ja już stary jestem (śmiech). Nie mam marzeń.

Nie wierzę…

Nie no poważnie, zagram wszystko, co dostanę, a jak nie dostanę to sobie sam wymyślę i zrobię na boku… Ja już się spełniłem w tym zawodzie i mogę to śmiało powiedzieć.

Co? Już?

No proszę Cię emerytura niedługo.

I mam ci uwierzyć, że pójdziesz na emeryturę?

No nieeee… Zdrowie jest, siła jest, wszystko jest w porządku. Gramy 30 spektakli w miesiącu, do tego kabaret, jakieś boki. Tak łatwo nie zrezygnuję…

Filmu liznąłeś też trochę…

Eeee tam… epizod w „Ławeczce”, w „Rysiu” u Staszka Tyma zagrałem, dawno temu w polsko-czeskiej produkcji „Pościg” zagrałem milicjanta… policjanta… nie.. wtedy milicjanta (śmiech). Ale nie widziałem tego filmu. Teatr to mój żywioł. Nie ciągnie mnie do filmu, na te castingi.  Zobacz nawet jak grałem te dwa lata w Warszawie, to mogłem wsiąknąć w film, w wielki świat. Ale nie szukałem nawet… nie przyszło mi do głowy żeby łazić do jakiś agencji i się pokazywać. No chyba, żeby ktoś przyszedł i powiedział: Ja Pana widziałem i zapraszam, ale żeby tam jakieś castingi… nie to nie dla mnie. 

Sesja fotograficzna dla „Prestiżu” ma charakter filmowy. Jakie są Twoje ulubione obrazy?

Nie oglądam dużo. Czasu nie ma. W domu nawet kino domowe stoi i masa filmów, ale nie oglądam… chyba „Sprawa Kramerów” z Dustinem Hoffmanem i Meryl Streep. Przeżyłem to bardzo mocno i kilka razy to widziałem… W ogóle chyba lubię Hoffmana, to prawdziwa gwiazda filmu, wzór… Patrz! Nawet gęba trochę podobna do mnie, też nie specjalnie ładna (śmiech). O! I „Maratończyk” też z Dustinem Hoffmanem! To jest kolejne kino, które w moim sercu siedzi. 

Jesteś szczecinianinem z wyboru, jak Tobie tu?

Tu mi dobrze. Fantastyczne miasto. Cudowni ludzie. Działeczkę mam na wyspie Puckiej. Kilka drzewek owocowych, taras mam, że jak pada to nie na mnie. Ludzie tu też mili, pozdrawiamy się wszyscy na wyspie… to znaczy na początku nie wszyscy mówili „dzień dobry”, ale ich nauczyłem… Lubię Wały Chrobrego i Jasne Błonia. Psa mam…

O! Jak się wabi?

Python.

Dobrze kojarzę… od Monthy Pythona?

Tak. To na cześć Monthy Pytona. On się pojawił jak akurat robiliśmy ten spektakl.

A jaka rasa?

Owczarek belgijski

Skoro wyciągam już takie prywatności to dalej proszę…

Mam przepiękną żonę, którą uwielbiam. Syna mam, jestem od 3 lat dziadkiem, mieszkają sobie w NRD…

?

Oj, ja tak zawsze mówię, nie umiem się oduczyć. Jak już mówiłem nie mam komputera, ale samochód mam, 115 metrów mieszkania, 100 metrów do zakładu pracy… wszystko jest jak trzeba. 

I może jeszcze na kasę nie narzekasz?

Nie. Trzeba chcieć pracować i jest dobrze.

Czyli gadam z facetem, który jest spełniony, szczęśliwy i nie narzeka. No nie zdarza się… 

Jakiś czas temu na spotkaniu sylwestrowym czy noworocznym powiedziałem tak: Życzę wszystkim Państwu żeby ten nowy rok nie był lepszy. Z widowni od razu poleciały pytania dlaczego, jak to i w ogóle… No to mówię: Bo ten był doskonały. Więcej nie potrzebuję. 

Dziękuję za rozmowę.

 

Prestiż  
Grudzień 2014