Autor

Krzysztof Bobala

Kończy się styczeń, jesteśmy już po większości wyborów tych NAJ. Najlepszy kolarz, lekkoatleta czy pływak. Odkrycie roku, światowa Złota Piłka, europejski Złoty But, a jeszcze zwycięzca plebiscytu poczytnej gazety czy stacji telewizyjnej z dużą oglądalnością. Znamy ich. Z wypiekami na twarzy zaglądamy do ich portfeli, podziwiamy ich sylwetki, muskulaturę, z zazdrością patrzymy na ich piękne partnerki czy przystojnych partnerów. Po prostu życie jak w bajce. Czy na pewno? Zaczniemy od ciała. Sport to zdrowie! Znamy ten slogan od dzieciństwa, ale w dobie wszechobecnej informacji, coraz częściej dochodzą do nas głosy, że nie zawsze. Bo kontuzje, urazy, zwyrodnienia. Bo niezbędne operacje, bo problemy z własnym ciałem po zakończeniu profesjonalnej kariery. A pamiętajmy, że nasze kibicowskie oczy zwrócone są na tych największych, najbardziej popularnych, najlepszych. Za którymi stoją potężni sponsorzy, wielkie kluby i ogromne pieniądze. Jest drobne naderwanie ścięgna – za plecami stoi sztab fizjoterapeutów, najnowszy sprzęt. Przydarzyła się poważniejsza kontuzja – już przygotowują salę operacyjną w najlepszych klinikach. Jesteś zawodnikiem FC Barcelona, Realu Madryt czy Miami Heat możesz na to liczyć. A co kiedy na razie reprezentujesz Sarmatę Dobra, Iskrę Białogard czy Kluczevię Stargard? Pewnie życie sportowca wygląda wtedy trochę inaczej. Ale rozważając na temat ciała współczesnego herosa sportu nie będziemy pisać jedynie o kontuzjach i zasobności klubowych portfeli. Pojawiają się kolejne pytania. Na przykład -co jadłeś dzisiaj na śniadanie Drogi Czytelniku lub czy będzie schabowy na obiad (a może gołąbki) i jeszcze szarlotka na deser? Prawda, że z chęcią zjesz?. Profesjonaliści już niekoniecznie, bo oni liczą nie tylko pieniądze. Liczą kalorie, indeksy, dobierają składniki. Codziennie dieta i rygor żywieniowy. Podczas jednej z moich wyjazdowych imprez poznałem Marcina Łopuckiego, absolutnego mistrza w kulturystyce i męskim fitnessie (prywatnie partnera Katarzyny Skrzyneckiej). Przez kilka dni wspólnego spożywania posiłków w nienajgorszym hotelu, wszyscy goście jedli przyrządzane dla nas frykasy, a Marcin jadł jedynie filety z piersi kurczaka. Bez przypraw, bez soli. Na śniadanie, obiad i kolacje. Do tego pił jedynie wodę i herbatę (my raczyliśmy się wyśmienitym winem). To było przerażające. Podobno był w jakimś trybie przedstartowym i tak musiał. Bo prawda jest taka, że uprawiając sport profesjonalnie godzić się musisz nie tylko na zwycięstwa, ale i na porażki. Bo zawodowy sport to nie tylko medal na szyi i najwyższy stopień podium. To hektolitry potu, morze wyrzeczeń, ogromny stres, rozłąka z najbliższymi, brak życia prywatnego i bezsilność po zakończeniu kariery. To wszystko prawda, ale sport nie jest dla mięczaków. Kiedy kochasz tę swoją dyscyplinę, szmer podziwu na trybunach, zainteresowanie mediów i uwielbienie tłumów wszystkie złe wspomnienia idą w odstawkę. Walczysz mimo trudności. Bo nic tak nie smakuje jak przełamywanie barier, jak zwycięstwo.

Krzysztof Bobala

 
Prestiż magazyn szczeciński
2( 79)
luty'15
gajda