Drzwi otwarte na oścież....

Autor

Szymon Kaczmarek

Był zwyczaj stary i powszechny w narodzie polskim, że tak w świetlicy pana jak w izbie kmiotka, na stole, nakrytym u pana białym obrusem, lub barwnym kobiercem, a u kmiecia ręcznikiem, leżał wiecznie chleb i sól, z którymi przyjmowano gości w progu obyczajem odwiecznym....

Staropolska gościnność. Drzwi otwarte na oścież, jak ramiona na widok Gościa z drogi. Co najlepsze na stół, nawet gdy niedostatek taki, że sól od sąsiada pożyczać trzeba. Uśmiech na twarzy choćby i straszliwa teściowa przybyła, lub co gorsza, kuzyn któremu zalegamy z oddaniem pożyczki. Gościnność przysłowiowa i szczodra. Uśmiechnięta szczerze i przyjacielsko. Nie potrzebne anonse i zapowiedzi, im niespodziewaniej tym serdeczniejsze powitanie. Już na stole "kurczęta, gęś, kapłony, kura w żółtej jusze, a druga słodziusieńko z piotruszką usmażona, kąsek borowej zwierzyny, torty, pasztety z kreplami, kołacze z cukrem, z rodzynkami, gorzałeczka, wino, mięso wszelkie, ryby: łosoś, lipienie, rosła szczuka (szczupak), cielęciny sztyka, bażant, sałata z ogórkami ,miski z kiełbasami, przypiekane małdrzyki, miód w domu sycony..." Albo współcześniej:  baltonowski salceson, szynka z Krakusa, nóżki w galarecie jak to bywało u schyłku ubiegłego wieku. Z cudem zdobytej kiełbasy zwyczajnej i cztery dania wyszły czarodziejsko. Tylko trzy kotlety w lodówce? Przytnę, rozklepię, przykryję surówką  i dla rodziny i dla gościa obiad będzie. A dziś? Czy wciąż jesteśmy tak serdecznie gościnni jak nasi rodzice, czy dziadkowie? Jedno jest pewne - kultowy bar "Gościnny" zniknął z mapy szczecińskich punktów gastronomicznych.

W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku mieszkałem z rodzicami w bloku naprzeciw dzisiejszego "Galaxy". Niewielkie, ale tłoczne było nasze mieszkanko. Co najmniej raz w tygodniu brydż, co najmniej dwa razy wizyta Przyjaciół. Na modnej wówczas ławie pojawiały się półmiski z kolorowymi kanapkami, talerze z pachnącą zupą, że nie wspomnę o takich wybrykach jak raki z jeziora Dąbskiego, lub ojcowe wynalazki z egzotycznych ryb przywożonych przez zaprzyjaźnionych rybaków. Jego produkcji tuńczyk w winie, podawany na zimno, przeszedł do legend sporej grupy szczecinian. Zakupy w pobliskiej garmażerce i delikatesach dawały możliwość zgrabnej gospodyni na przygotowanie naprawdę atrakcyjnego stołu. Zapobiegliwość, zdolności improwizacyjne, cudotwórstwo, to tylko niektóre z przymiotów jakimi wykazywały się panie domu w drugiej połowie dwudziestego wieku. Nie wiem jak One to robiły, ale zawsze wyglądało i smakowało przepysznie!

Mam wrażenie, że dziś z tamtej gościnności pozostały słone paluszki i kwaśne uśmiechy gospodarzy. Niech się mylę, ale w zapomnienie odchodzą prywatki, wspólne kolacyjki przyjaciół, że o brydżyku nie wspomnę. Łatwiej zaprosić gości na imieniny do knajpy, niż wśród radosnego rozgardiaszu krzątać się cały dzień po kuchni wymyślając zaskakujące przysmaki. Coraz częściej różnorodne kanapki zastępowane są kebabem, albo pizzą przywożoną na zamówienie. Mam jednak nadzieję, że nie we wszystkich domach. Co zadziwiające, to właśnie w dzisiejszych czasach obfitości, a nawet nadmiaru oferowanych produktów, wyobraźnia skurczyła się do rozmiarów krakersa. Co zastanawiające, polska gościnność zmieniła swój adres! Można się z nią spotkać w przestrzeni publicznej. Znam wiele miejsc, takich jak restauracje, sklepy, gospodarstwa agroturystyczne, gdzie gospodarze łącząc swoje pasje z zawodem potrafią  serdecznością i właśnie gościnnością sprowokować mnie do natychmiastowej chęci powrotu. W tych przysłowiowych "ramionach otwartych na widok gościa" upatrują sukces swojego przedsięwzięcia. I co najważniejsze, mają rację.

Jak pisze Maria Wichowa w pięknym artykule o sarmackiej gościnności: "Staropolska nauka o grzeczności wielkie obowiązki nakładała na przyjmującego odwiedzających. Nakazywała mu okazywać radość z przyjazdu gości, serdeczność, życzliwość, opiekuńczość. Był zwyczaj obfitego karmienia, obdarowywania, czynienia tysiąca uprzejmości. Przysłowie „gość w dom, Bóg w dom” jest kwintesencją tego zjawiska. "Nic, naprawdę nic nie stoi na przeszkodzie byśmy i my dziś kultywowali ten piękny zwyczaj. Kanapki sprawione na paryskiej bułce, zupa pożywna i aromatyczna, kilka rodzajów sera, wędlin, jakaś wędzona ryba... i telefon do Przyjaciół: wpadnijcie, pogadamy. Tak jak dawniej, nie przez telefon, ani na czacie. Przy zastawionym zakąskami stole i butelce "rozmownej wody". Pośmiejemy się, powspominamy, telewizor popsuty, zasięgu nie ma, nic nie będzie nam przeszkadzało poznać się ponownie...

 

(Cytaty z artykułu Marii Wichowej "Biesiada staropolska w literaturze")

Szymon Kaczmarek

 
Prestiż magazyn szczeciński
2( 79)
luty'15