Człowiekiem i jedynym prawdziwym chrześcijaninem, o jakim słyszałem na przestrzeni wieków od momentu Jego narodzenia. 

- Przecież Jezus jest Bogiem, a konkretnie synem Boga, a nie człowiekiem. Odezwała się młoda dziewczyna, szczerze zdziwiona wyznaniem mężczyzny starszego od niej przynajmniej trzydzieści kilka lat.

- To zależy w jakiej religii. Ja jestem agnostykiem, a konkretnie teistą agnostykiem, czyli nie zaliczam się do żadnego wyznania, ale wierzę w istnienie Boga jako siły sprawczej wszystkiego, nie uznaję jednak żadnych instytucji, które chcą pośredniczyć między mną a Stwórcą. Uważam się za syna Boga, tak jak wszyscy jesteśmy jego dziećmi, doceniam wagę wolnej woli, którą otrzymałem i dlatego biorę pełną odpowiedzialność za wszystkie moje czyny i myśli. Sam przed Bogiem się spowiadam i tłumaczę i czuję kiedy mi wybacza, a kiedy jeszcze muszę wiele naprawić. To trudne. Wymaga czasu i skupienia, ale przede wszystkim wielkiej wiary. Daje niewyobrażalną siłę i uwalnia od strachu. Jezus był człowiekiem, prawdziwą postacią, żył naprawdę i poświecił swoje życie dla dobra innych. Chciał wyrwać nas z obłudy i kłamstwa. Zawrócić człowieka znów na drogę dobra i miłości bezinteresownej, zgody z własnym sumieniem i wyborów, za które bierze się odpowiedzialność. Chciał, aby ludzie jak On, rozmawiali osobiście z Bogiem jak z największym przyjacielem - Ojcem. Był nauczycielem z powołania. Wszystko, co wiedział, co było ważne i nadal pozostaje najważniejsze chciał przekazać swoim uczniom, czyli także nam. Krytykował współczesnych sobie przywódców religijnych, którzy bardziej oddawali się polityce i skupiali na rządzie dusz niż na przywództwu duchowemu. Jezus był dla nich niewygodny, obnażał ich podwójną naturę, obłudną i chciwą, dlatego musiał umrzeć… Dziewczyna słuchała zainteresowana, ale też zaniepokojona. Starszy pan musiał to wyczuć. – Proszę się nie martwić nie zamierzam zaproponować pani, by została agnostykiem. To nie religia tylko światopogląd, do którego długo w swoim życiu dojrzewałem. To był mój wybór, kiedy sporo się już nauczyłem i zrozumiałem. Szanuję każdą religię i nikomu nie ośmielę się powiedzieć, że jego wiara jest zła czy dobra. Obojętnie czy jest pani chrześcijanką, buddystka, muzułmanką czy ateistką - to pani decyzja. Każdy z nas potrzebuje drogowskazu takiego, jak wiara albo autorytet, ale przede wszystkim akceptacji i tolerancji. Dla mnie Jezus był człowiekiem, a dla pani Bogiem i Synem Bożym. Tak też jest dobrze... Ciekawe, że ta rozmowa wzięła się od dyskusji (kilka minut wcześniej) o terroryzmie, w którym ludzie zabijają innych w imię Boga, używają formy religijnej, żeby sięgnąć po władzę i politykę. Przy okazji przypomniał mi się wywiad w jednej z gazet, z prof. Zbigniewem Mikołejko, filozofem religii, który sam siebie również określa jako agnostyka. Prof. mówi tak: (…) ”gdyby dziś pokazał się Jezus z Nazaretu, który był człowiekiem sprzeciwu wobec takiego faryzejskiego wyprzedawania religii, toby został skazany za obrazę uczuć religijnych, a może i znów ukrzyżowany. Jezus mówił przecież ludziom urzędowej religii: „Bo podobni jesteście do grobów pobielanych, które z zewnątrz wyglądają pięknie, lecz wewnątrz pełne są kości trupich i wszelkiego plugastwa. Tak i wy z zewnątrz wydajecie się ludziom sprawiedliwi, lecz wewnątrz pełni jesteście obłudy i nieprawości” (Mt 23, 27-28). Prof. Mikołejko, podobnie jak bohater tej podróży w pociągu, podkreśla, że Jezus jest mu bliski, może nawet najbliższy z wielkich ludzi historii, (…) że jest największym z przedstawicieli człowieczeństwa, ponieważ nie godzi się na nikczemność moralną, która przybiera formy uświęconej troski etycznej czy religijnej”.

 

Do zobaczenia w kolejnej podróży.

 

Przypisy: „Zwierciadło” styczeń (2015), fr. art. „Koniec laicyzacji”, B. Pawłowicz.

Prestiż  
Kwiecień 2015