Muzyczny feniks

Joanna Prykowska - piosenkarka, autorka tekstów, socjolog, anglistka. Wielką karierę zrobiła jako frontmenka pamiętanego wciąż zespołu Firebirds. Potem... znikała, by wielokrotnie powracać, by znów zaskakiwać i przede wszystkim czarować głosem o niezwyklej, charakterystycznej barwie. Bo Joanna jest osobą niezwykle barwną i wrażliwą. W rozmowie z Prestiżem opowiada o sowej wrażliwości, bez której jej muzyka nie była taką, jaką była, jest i będzie!

Autor

Daniel Źródlewski

Jesteś jak feniks co wciąż na nowo się rodzi. Zacznijmy od najnowszego, co tylko potwierdzi starsze - wydajesz płytę.

Mam nadzieję, ukaże się jeszcze przed wakacjami, trwają rozmowy z dwoma wytwórniami, ale nie podam ich nazw, bo na kogo wypadnie na tego bęc. Podam za to tytuł - to będzie „Aniela”.

Pozostajesz wierna swojej muzycznej stylistyce?

Nagraliśmy dziesięć utworów, sześć po polsku i cztery w języku angielskim. Stylistycznie jest bardzo oszczędna. Postawiliśmy na prostotę. Pozostawiliśmy mnóstwo przestrzeni, za to bardzo mocno wyeksponowany jest mój wokal. Jest chyba takie nowe określenie, które by tu pasowało - Indie pop eko rock. Na płycie słychać gitary, fortepian, saksofony jest nawet sekcja dęta. 

A „o czym” to będzie płyta?

Jest mnóstwo ładnych ballad… tym razem również w języku angielskim, ale za to z lokalnym zacięciem. Jest piosenka „Home” o moim dzieciństwie, które razem z moim bratem spędzaliśmy na niebuszewskich podwórkach. Taka moja retrospekcja, sięgam do czasów podwórkowych wojen, biegania po krzakach, po dachach... jest o mojej babci i o tym, że nie zawsze słuchaliśmy rodziców. Jest też utwór, już po polsku, bardzo wyjątkowy - opowieść o Cyppku - słynnym rzeźniku z Niebuszewa. To był pan niemieckiego pochodzenia, który po wojnie handlował mięsem na bazarze w miejscu dzisiejszego Manhattanu. Szybko okazało się, że jest to mięso… niekoniecznie zwierzęce. On rzekomo zabijał dzieci. Jak już go pojmano, to spuszczono wodę z Rusałki i tam było mnóstwo czaszek na dnie… makabra. Ale piosenka oczywiście ubrana jest w moją opowieść, sama postać jest prawdziwa, a reszta to już moja wyobraźnia. Wyszła taka ballada rodem z Nowego Orleanu - wspaniała sekcja dęta, fajne instrumenty i to naprawdę brzmi jak czarna muzyka, ale taka jest ta opowieść. 

A kim jest tytułowa Aniela? Też ma jakiś pierwowzór?

To w ogóle jedna z piosenek, która chyba będzie singlem. A jest to kobieta, która chciała uczynić świat lepszym. Każdy może się z nią identyfikować, to taka kobieta, która pomaga wszystkim w potrzebie czy to zwierzętom czy ludziom. Pomaga wbrew wszystkiemu - wbrew trudnościom, wbrew ludziom, którzy z niej szydzą… Poznałam w swoim życiu kilka osób, które mogłyby być taką Anielą. I wiesz, chyba częściej pomagali nie ludziom, ale zwierzakom właśnie. Ja nie ukrywam, że mam do zwierząt wielką słabość. Znajomi mi to często wytykają. Ale ja im mówię, że każdy ma swój taki pomocowy target. Jedni pomagają dzieciom, inni bezdomnym, a ja jestem wrażliwa na zwierzaki. Mieszkam teraz w Wielgowie, obok mieści się Ośrodek Pomocy Dzikim Zwierzętom „Ostoja”, znam osobiście pana Michała Kudawskiego, który o każdej porze dnia i nocy jedzie do rannej sarny czy potrąconego łosia. To człowiek z wielką pasją, to taka trochę Aniela właśnie. 

Skąd u Ciebie ta miłość do zwierząt, czy przyrody w ogóle?

Szczerze? Nie wiem. Ja się taka urodziłam i im jestem starsza to się jakoś nasila. Nie skamieniałam, nie zakrzyczałam tej swojej wrażliwość, tam gdzie mogę to pomagam, może nie zawsze fizycznie, ale tam gdzie mogę chociaż przekazuję pieniądze. Wiem, że nie zbawię całego świata, ale to jest takie gadanie, podoba mi się, że mogę przynajmniej stworzyć swój własny lepszy mikrokosmos i jak jest więcej takich jak ja można wiele zdziałać. 

A skąd w Tobie miłość do muzyki?  

Odpowiem przekornie - jak byłam malutką dziewczynką to miałam taki wózeczek z lalką i jak mamusia mówiła: chodź pogramy na pianinie, to brałam ten wózeczek i tak o to pianino waliłam (śmiech) i podobno krzyczałam, że nigdy w życiu żadnego pianina, nigdy w życiu! Mama mówi mi dziś, że nie nauczyła mnie grać na pianinie, bo nie chciałam. To ja jej mówię, że małe dzieci mało co chcą i trzeba je zmuszać, ale to się wie dopiero po latach… Do dziś mam żal do rodziców, że mnie nie zmusili do tego pianina. 

A śpiewanie?

Od wczesnych lat dzieciństwa wiedziałam, że chcę być piosenkarką. Stałam w łazience i śpiewałam przed lustrem albo otwierałam okno na podwórko i śpiewałam, darłam się. A publicznością byli sąsiedzi…

Nie masz muzycznego wykształcenia?

Nie robię tego zawodowo, to jest moja pasja, moje hobby… Z wykształcenia jestem socjologiem i anglistą. Chociaż anglistyka przydarzyła się ze względu na miłość do śpiewania, bo wymyśliłam sobie, że będę śpiewała po angielsku piosenki albo, że być może napiszę w tym języku książkę. Zresztą ja kocham ten język. I tu znów muzyka się pojawia - w  tym języku śpiewali przecież moi muzyczni idole - Kate Busch, Suzanne Vega, artyści z wytwórni 4AD czy Depeche Mode. Sama tłumaczyłam teksty i to był mój sposób na naukę angielskiego. Miłość do języka przez muzykę i odwrotnie. 

A socjologia?

Tutaj chyba zaważyła ciekawość człowieka i tych wszystkich zjawisk, które się w społeczeństwie zdarzają, jakieś takie opisywanie rzeczywistości. Idąc na socjologię szukałam odpowiedzi na wiele ważnych pytań, wydawało mi się, że właśnie na studiach znajdę odpowiedzi i… oczywiście nie znalazłam (śmiech), ale na pewno pogłębiłam pole swoich poszukiwań. 

Wtedy też zaczęłaś śpiewać na poważnie?

Takie nasze garażowe granie… już częściowo z ekipą późniejszego Firebirds. Miałam wtedy jakiś okres buntu, to moje śpiewanie było takim kopniakiem wymierzonym rzeczywistości. Pamiętam te pierwsze piosenki, które na szczęście nie ukazały się na żadnej płycie, że w mym pokoju ciemność, czarne ściany, nic mnie nie cieszy. Generalnie to było coś potwornego, ale o dziwo to się podobało, były nawet koncerty w domach kultury w Gryfinie czy Stargardzie.  Po prostu fajnie brzmiał mój głos i tyle. Później nagraliśmy pierwszą płytę - „Desire”.

I ta okazała się furtką do wielkiej kariery?

Tak to było nasze dzieło od początku do końca, ale nie wiedzieliśmy jeszcze, co to jest produkcja płyty, jak zaaranżować te utwory by były atrakcyjne dla słuchacza. Na jeden z koncertów we Free Bluesie przyjechał menadżer wytwórni Polygram. Potem skontaktował się z nami i powiedział, że im się podoba jak gramy i że wydadzą nam płytę. Kolejne spotkanie było już z panią Katarzyną Kanclerz, która była wtedy wielkim guru, trzęsła muzyczną sceną w Polsce. Padła propozycja, że wyprodukuje ją Edyta Bartosiewicz. Jej upór i wizja artystyczna spowodowały, że piosenki na „Kolorach” miały taki a nie inny kształt. Płyta okazała się wielkim sukcesem. 

Z dnia na dzień stałaś się muzyczna gwiazdą. Jak wspominasz ten czas?

To było kompletne szaleństwo. Teledyski, koncerty, wywiady… strasznie wtedy zachłysnęliśmy się tym wszystkim, myśleliśmy, że to będzie trwało wiecznie, że generalnie jesteśmy tak fajnym zespołem, że tak świetnie gramy…

Oho, coś gorzko się robi…

To było widać przy kolejnej płycie „Trans”, gdzie faktycznie wydawało nam się zbyt dużo. Zabrakło nam pokory, wydawało nam się, że jesteśmy w stanie sami nagrać świetną płytę, że nikogo nie potrzebujemy, nikt nam nie będzie mówił jak mamy to robić. Mieliśmy w zespole ogromne spięcia, nie mogliśmy się dogadać i… skończyło się.

Płyta „Trans” oczekiwana była z wielkimi nadziejami, a wyszło jakoś tak, że z popowego, otwartego grania zaczęliście się „zawężać”. 

„Trans” to jest bardzo ładna płyta, bardzo poważna i strasznie długa. Ile tam utworów, ile ja tam mam do powiedzenia, w każdej piosence poruszam inny problem - od zabójstw wśród nastolatków z dobrych domów po transseksualizm. Dziś myślę, że może za wcześnie było na takie tematy. To był rok 1998. To była bardzo odważna piosenka. Ja tam śpiewam „(…) mój jedyny nie ma żony dzieci mieć nie będzie też (…) Skandal, krzyczą wszyscy świat zwariował”. Patrz mamy rok 2015, ile czasu minęło, a Polska to wciąż homofobiczny kraj. Ostatnio dostałam na Facebooku wiadomość od - teraz już chłopaka - napisał do mnie pewien fan transseksualista: „Cześć! Twój trans ma teraz 31 lat i bardzo dziękuje za tę piosenkę.” Kurczę, jakie to niebywałe i fajne. 

Czy wielki sukces Firebirds przełożył się na kasę?

Kompletnie nie! Promocja „Kolorów” pochłonęła ogromne pieniądze, myśmy nie mieli wglądu w te budżety, ale generalnie na płycie samej w sobie nic nie zarobiliśmy. Płyta musiała się sprzedać, zarobić na firmę, a artyści… niekoniecznie. Zarabialiśmy na koncertach i Zaiksie, ale to nie były nie wiadomo jakie pieniądze, chociaż było całkiem nieźle. Szastałam kasą na maksa, na lewo na prawo… Świetnie się bawiłam, imprezowałam, ale żebym sobie kupiła fajne samochody czy apartamenty to nie jest ten pułap, kompletnie nie. 

Show business Cię nie wciągnął?

Nie miałam jego świadomości, nie wiedziałam, że o to trzeba tak dbać, że trzeba znać tego pana i tą panią, z tym trzeba wypić wódkę, a z tym nie. Myślałam, że sam talent wystarczy. Mnie to w ogóle nie interesowało i do tej pory nie interesuje, może dlatego ja tu cichutko w tym Szczecinie… 

Ne żałujesz?

Nie. Nic a nic. Ale i tak jestem rozpoznawalna… wiesz to jest niesamowite, że idąc do jakiegoś marketu pani w kasie mówi - „Boże, ja panią znam. Pani śpiewa w tym zespole, poznałam panią po głosie”. Ja nie wiem czy mam się cieszyć czy płakać, bo czy to znaczy, że mam tyle zmarszczek i tak się zmieniłam, że poznają mnie tylko po głosie (śmiech). Cieszę się, że ludzie pamiętają moje płyty i moją muzykę. To znak, że ta muzyka jest tak uniwersalna… mam nadzieję, że tak będzie z nowym krążkiem. 

Gdzie szukasz inspiracji do swoich tekstów? 

Teraz szukam w sobie, wcześniej gdzieś na zewnątrz. Widzę te wszystkie zakrzywienia. Dziś wydaje mi się, że piszę i śpiewam o tym, co mnie irytuje, a dużo rzeczy mnie irytuje. Jest też o tym z czym się w życiu pogodziłam, jest o rzeczach na które nie mamy wpływu, ale ja wciąż próbuję to odczarować i udowodnić, że tak nie jest. 

Po rozpadzie Firebirds zupełnie zniknęłaś, co się z Tobą wtedy działo?

W 1998 roku nagrałam z Firebirds ostatnią płytę, potem była jeszcze współpraca z zespołami Millenium i Hedone. Skończyłam Kolegium Języków Obcych i zaczęłam uczyć w szkole. Potem przydarzyła się Krypta. Dwa fantastyczne spektakle muzyczne - „Sens życia według Tiger Lillies” i „Opowieści miłosne” według piosenek Nicka Cave’a. Świetnie się w tym odnajdywałam, to były moje rejestry, to było moje śpiewanie, to było gdzieś tam moje wykrzyczenie tej niezgody na trudny świat. Wszystko się zgadzało.

Skądinąd wiem, że zmagałaś się z nową rolą - myślę o sztuce aktorskiej.

To było straszne! Ja mogę śpiewać, mogę krzyczeć do tego mikrofonu, ale jak ja miałam zrobić jakiś gest czy przytulić się do Pawickiego na scenie i udawać ze to ten jedyny to mnie taki paraliż ogarniał. Kompletne szaleństwo.

Po teatralnej przygodzie znów zniknęłaś.

No ja już tak chyba mam… Dzięki Bogu są gdzieś tam ludzie, którzy mnie pytają kąśliwie - Jak ty się rozliczysz z tych talentów zmarnowanych? Miałam chwile, że myślałam, że nie będę już śpiewać, nie będę pisać. Świat zrobił się strasznie gruboskórny i w tym zderzeniu z moją wrażliwością to nie ma sensu… Ale za chwilę przychodzą myśli, że jestem pewna, że znajdzie się choć kilka osób o podobnej wrażliwości i że warto. I ta nadzieja zaowocowała „Jaśniebajką”. To była tak naprawdę moja pierwsza płyta! Stworzona w wielkiej symbiozie ze Zbyszkiem Szmatłochem. To była płyta, która powstała z moich głębokich przemyśleń, nostalgiczna, refleksyjna, filozoficzna. U mnie balansu brakuje. Za dużo duszy, za mało cielesności (śmiech).

Płyta dobrze przyjęta, ale sukcesu „Kolorów” nie powtórzyła?

Trochę może za miękka była na te twarde, ostre czasy… Może dlatego trochę umknęła uwadze, ale nic to. Nagrałam, zrealizowałam, powiedziałam co chciałam powiedzieć. Płytę wydaliśmy niemal własnym sumptem, była to bardzo szczecińska realizacja – świetni artyści i fantastyczna pomoc Urzędu Miasta, który nas dotował. 

Dość o karierze, pogrzebmy w Twojej prywatności. Co słychać?

Nastąpiły wielkie zmiany w moim życiu.  Jestem mamą. To późne macierzyństwo. Trudna, ale piękna decyzja.

Dlaczego trudna?

Jak miałam dwadzieścia parę lat twierdziłam, że nie chce mieć dzieci, że to tylko obowiązki. Byłam pewna, że to nie dla mnie. Moja mama wciąż mi mówiła, że przecież muszę mieć dziecko, a ja jej odpowiadałam, że ja muszę śpiewać, a nie jakieś dzieci…. Lata mijały i moje myślenie zaczęło się zmieniać. Nie miałam instynktu macierzyńskiego, nie nachylałam się nad wózeczkami dzieci znajomych i nie robiłam kuci kuci. Zastanawiałam się czy będę umiała zrezygnować z tego co mam, czy nie powiem, że zafundowałam sobie trochę taki obóz… silniejsze jednak było to, że muszę spróbować. Bardzo się cieszę, że zdecydowałam się na ten krok. Jestem szczęśliwa. Widzisz kogoś, kto staje się trochę tobą, z dnia na dzień… Naśladuje twoje gesty twoje słowa. Wcale go tego nie uczysz, a to się dzieje. To jest największa nagroda za ciepło i miłość. Mało tego wychowując takiego małego człowieczka masz wpływ na przyszłość, to ty go kształtujesz..

Ach ta socjologia!

Chyba musze o tym piosenkę napisać. Wiesz, mam w domu trójkąt bermudzki - kuchenka - pralka - zmywarka.  Te ciuchy mnie przysypią (śmiech). Jest jeszcze coś co mnie przeraża. To starzenie się moich rodziców. Nie umiem tego zaakceptować. Nie mogę się pogodzić z chorobą mamy, ze starzeniem się ojca. Ale ktoś to świetnie wymyślił, że w pewnym momencie pojawiają się dzieci. One łagodzą skutki odczuwania starzenia się osób tobie bliskich. Pojawienie się dziecka w życiu odwraca nieco moją uwagę od tego…  

Myślisz w takim momencie o starości?

Nie no co ty, mnie to ominie (śmiech). 

I tym optymistycznym akcentem wiecznie młodej Joannie Prykowskiej - dziękuję za rozmowę. 

Prestiż  
Kwiecień 2015