Dziwaczna normalność

A tak z ręką na sercu, tak naprawdę, to MY stwarzamy sobie problemy. Przez lekceważące podejście do tego co i jak robimy. Na wielu frontach codziennego zmagania się z Życiem.

Autor

Szymon Kaczmarek

To bardzo dobry lekarz, z każdym pacjentem porozmawia", "Byłam w urzędzie i tam taka miła pani, uprzejma i uśmiechnięta we wszystkim mi pomogła", "Znakomity kafelkarz, ani razu nie przyszedł do pracy napity i wszystko w terminie zrobione". Znacie to? Ten zachwyt nad nadzwyczajną fachowością? Radość z odkrycia uprzejmej pani z warzywniaka, która odradza nam kupienie rzodkiewki, bo trochę zwiędła. Zdziwienie na widok łysego młodzieńca w złotych łańcuchach i niebieskich tatuażach, który ustępuje miejsca starszemu panu w tramwaju. Zachwyt nad sposobem wyrażania myśli za pomocą dawno niesłyszanych słów... Przywykliśmy do powierzchownej bylejakości. Szybko, niedbale, byle dużo i drogo. Byle „odpukać” swoje w pracy. To taka uciążliwa pozostałość po czasach słusznie minionych. "Czy się stoi, czy się leży..." to hasło wciąż się pałęta po naszej codzienności. A osoby rzetelnie wykonujące swoje zawody wciąż wzbudzają w nas zaskoczenie.

Fenomen popularności niektórych knajpek i punktów żywienia w których jest smacznie, sympatycznie i szybko, to dowód na to, że można. Tak, można smacznie i normalnie. Prawdopodobnie panowie prowadzący pysznego burgera niedaleko "Bombaju", albo mają serce do tego co robią, albo robią to uczciwie, a może nawet jedno i drugie? "Na Kuncu korytarza", "Radecki" i może ze trzy jeszcze restauracje szczecińskie z prawdziwego zdarzenia, do najtańszych nie należą, ale do najsmaczniejszych i owszem. Bo Szefowie stoją nad każdym daniem dbając o jakość, świeżość i takie tam, w wielu innych miejscach nieistotne sprawy. Robią swoje. Tak po prostu. Skoro zapraszają ludzi na obiad, to przygotowują dla nich to, co sami zjedliby ze smakiem. Lekarz odpowiadający wyczerpująco na pytania zatroskanej rodziny chorego też robi swoje. Żadnych cudów i nadzwyczajności. Po to wybrał ten zawód. Podobnie jak urzędnik przedkładający pomoc zagubionemu petentowi nad kolejną przeplotkowaną kawkę z psiapsiółką...

Wiele z naszych niepowodzeń, z maleńkich, codziennych upierdliwości kładziemy na karb boguducha winnego Kraju, rządu, polityków... A tak z ręką na sercu, tak naprawdę, to MY stwarzamy sobie problemy. Przez lekceważące podejście do tego co i jak robimy. Na wielu frontach codziennego zmagania się z Życiem. Obrzydliwą zupę za trzydzieści złotych ugotował kucharz, który nie lubi swojej pracy. Jej smak zaakceptował jego szef, który nie lubi swojej knajpy. Cała tajemnica.

Wakacyjne podróże, nawet te do tzw. krajów uboższych cywilizacyjnie, dają nam możliwość przekonania się na własnej skórze, że z usługami w Polsce nie jest różowo. Jakże słabo wypadają porównania sympatycznej i czystej sprzedawczyni owoców na plaży w Kenii, czy Sri Lance, z polskim gburem (płci dowolnej), który z ponurą i znudzoną miną rzuca na stolik coś co w menu figuruje jako "dorsz panierowany".

Nie idźmy tą drogą! Drogą gloryfikowania tego co normalne i zgodne ze standardami. Pracownik usług jest od usługiwania. Urzędnik, od urzędowania, a konsument od konsumowania.

Prestiż magazyn szczeciński
8( 85)
Wrzesień'15
gajda