Chciałbym zrobić olimpiadę Krzysztof Bobala

Od 23 lat z powodzeniem organizuje tenisowy challenger Pekao Szczecin Open, najlepszy nie tylko w Polsce, ale i wielokrotnie nagradzany na świecie. Niestrudzony propagator sportów rakietowych, ale i pływania, biegania i wszelkiej aktywności sportowej. Krzysztof Bobala, jedna z niewielu osób, którą pewnie chętnie podebrałoby każde inne miasto w Polsce. O kulisach swoich imprez, o tym co go w nich cieszy, a co i kto (!) z kolei go wkurza oraz o kolejnych wielkich planach i co z tego dla nas może wyniknąć – opowiada w wyjątkowo szczerej rozmowie z Michałem Stankiewiczem.

Autor

Michał Stankiewicz

Twoje cv zaczyna przypominać małą encyklopedię sportu. Zaczęło się od tenisa, a dzisiaj działasz już w kilku dyscyplinach. I to z coraz większym rozmachem. Zastanawiam się, czy Szczecin przypadkiem nie stanie się dla Ciebie za ciasny?

Trochę tak, parokrotnie już się zastanawiałem, czy gdzieś nie uciec, ale trzyma mnie tutaj rodzina, firma, dom. Przyznam, że były takie plany. Chciała ściągnąć mnie do Warszawy jedna z największych agencji reklamowych, proponowała mi bardzo dobrą posadę jako szefa od eventów. Ale po pierwsze z moim charakterem nie widzę się w korporacji. Po drugie wtedy akurat miałem zawirowania życiowe, no i zostałem. Nie żałuję.

Co jest Twoim priorytetem? Tenis, pływanie, badminton? 

Priorytetem zawsze będzie tenis, to nie ulega wątpliwości. To jest miłość mojego życia i robię to od wielu lat, bo zacząłem grać w tenisa jak miałem 10 lat. Trochę grałem w klubie, cały czas się tym tenisem zajmuję, jestem kolekcjonerem starych rakiet, książek, więc to wszystko jest z tym tenisem związane. Jak wiesz, kocham też badminton, ale tak naprawdę to priorytetem jest organizacja imprez, ich logistyka. To jest coś co uwielbiam, w czym się doskonale czuję. Jutro jedziemy na spotkanie rozmawiać o boksie.

Czyli miłość miłością, ale jeżeli w grę wchodzi organizacja jakiejś fajnej imprezy w innej dyscyplinie to uczucia chwilowo odkładasz na półkę?

No, tak (śmiech). Fajnie jeżeli impreza jest już markowa, jeżeli jest dużym wydarzeniem. Wtedy jestem potrzebny, bo w momencie kiedy mówimy tylko o imprezie typu turniej amatorski na Wojska Polskiego, to moja obecność tam nie jest potrzebna, chyba żeby grać. Natomiast, jeżeli to już są Mistrzostwa Polski, jakaś większa impreza, Mistrzostwa Europy, duży turniej, to wtedy myślę, że się przydam i mam z tego ogromną satysfakcję. 

Czym więc zajmuje się obecnie Krzysztof Bobala?

Imprezami w pływaniu, badmintonem, na pewno tenisem, w tym roku pomagaliśmy trochę w boksie, trochę w gimnastyce sportowej, artystycznej, walczymy o dużą imprezę w piłce ręcznej. Generalnie marketing sportowy, z tym, że nie marketing zawodników, nie interesuje mnie bycie przedstawicielem zawodników. Nie przepadam za piłką nożną o czym mówię cały czas, ale razem z Grześkiem Matlakiem robimy jeden z większych turniejów piłkarskich Minimundial. I to się sprawdza, mamy piątą rocznicę w tym roku.

Czyli piłka tak, ale tylko dla dzieci?

Tak, tylko dla dzieci.

Czyli bez tzw. kiboli.

No więc tutaj jest zupełnie inna atmosfera. A oglądanie tych jedenasto- i dwunastolatków, czy nawet mniejszych biegających za piłką, te emocje, które pamiętamy sami z podwórka, które tutaj się udzielają. I ja jako 50-letni gość przypominam sobie wtedy, kiedy sam za piłką biegałem i gdzieś się tam targaliśmy i tłukliśmy i walczyliśmy osiedle na osiedle, czy blok na blok. To są te same emocje.

Są emocje i w tym wieku jest jeszcze czysta walka, a nie ma pewnie jeszcze „aktorstwa”.

No niektórzy już to mają, uczą się od starszych graczy. To bardzo smutne. Kiedy czwarta, czy piąta klasa, bo już nie mówię o tych starszych, zaczynają symulować, począwszy od padania na murawę, krzyczenia, aż po to, że symulują poważną kontuzję. Jest tak do momentu, kiedy nie wchodzi ratownik medyczny i zaczyna próbować coś z nimi robić. Wtedy, zawodnik szybciutko ożywa. Oczywiście zdarzają się też poważniejsze kontuzje, ale często to zwykła symulacja.

Wróćmy do tenisa i to dorosłego. W tym roku Pekao Szczecin Open odbędzie się po raz 23. Powiedz szczerze, nie oceniając samego turnieju, bo jest doskonały - czy może kręcić po raz 23 robienie tej samej imprezy?

Dziwne, ale może. Powodów jest kilka. Pierwszy to taki, że staram się, aby żaden z turniejów nie był podobny do tego poprzedniego. I myślę, że to jest klucz do sukcesu każdej imprezy. Ja to kocham, więc jest mi łatwiej, do tego jestem doceniany przez kibiców, środowisko tenisowe, zawodników. Robiąc ten turniej masz świadomość, że robisz jedną z najstarszych imprez sportowych w Polsce i tylko dlatego, że jest stara to mamy ją przerwać? 

Czemu przerwać? Nie korciło Cię po prostu, by przez te wszystkie lata podnieść pulę nagród?

Jasne, że korciło. Problemem jest obiekt, strefy, które nie nadawały się żeby przyjąć zawodników.

A do jakiej puli kwalifikują się nasze korty?

Do pół miliona. Zrobiłbym imprezę za pół miliona, ale problemem są tutaj pieniądze. Obecnie robimy turniej na poziomie organizacyjnym World Series. Co z tego, że zwiększymy pulę do 250, czy 350 tys. USD i tak lista turniejowa nie będzie się znacząco różnić od obecnej. Teraz ściągam tych lepszych poprzez tzw. Invitation fee. Czasem jest to ufundowanie lotu, hotelu dla narzeczonej czy coach-a. A niekiedy jest to rzeczywiście finansowe wynagrodzenie, które muszę zapłacić. I to przy challengerze. Przy puli nagród 250 tys. USD miałbym to samo, bo zawodnicy prawie się nie różnią. 

W Pekao Szczecin Open są zawodnicy z drugiej setki rankingu.

Częściowo z pierwszej, częściowo z drugiej. Wszyscy mówią zrób 250 tysięcznik, to będą lepsi zawodnicy. Była taka edycja, gdzie było 13 zawodników z pierwszej setki, to jest blisko połowa zawodników. Najwyżej był zawodnik z pierwszej 20-ki, ze dwa razy. Oczywiście na podstawie specjalnego zaproszenia. Jednak najważniejsze to problem terminu, bo pokrywamy się z Pucharem Davisa. No i US Open. Kiedyś było tak, że po US Open był turniej w Bukareszcie, Szczecinie i Palermo. Wszystkie na cegle, jeden po drugim. Palermo ogłosiło upadłość, Bukareszt przeniósł się na koniec kwietnia. I Pekao Szczecin Open zostało jak rodzynek, kiedy wszyscy z twardej nawierzchni US Open uciekają na twardą do Azji. I tu jest ten problem, dlaczego nam ranking w ostatnich latach minimalnie spadł. Jest trudniej. Tak więc, jak już zmieniać to przede wszystkim termin, a potem pulę nagród.

Może tak jak Bukareszt, przed French Open, a po Australian Open, kiedy wszyscy przechodzą na cegłę.

Tylko wtedy turniejów jest bardzo dużo i nie możemy się spodziewać, że będą zawodnicy z przełomu pierwszej, drugiej setki, tylko musimy liczyć się z tym, że będą z drugiej i trzeciej setki. Na pewno przez ten okres trzech lat, na który mamy podpisaną umowę będą turnieje organizowane w tym samym terminie i na nawierzchni ziemnej. Potem zobaczymy. Jest przymiarka żeby startować na koniec sezonu, przed Australian Open. Wtedy to będzie turniej halowy, który jest dużo prostszy do zrobienia, ale traci swój urok. Bo ten turniej jest bardzo urokliwy, co by nie mówić. Ma ten swój mecz dnia, te światła, to czego w ogóle nie ma hala. Hala jest bezduszna. Na razie co roku wymyślam co może być lepiej. To jedna, obok Tour de Pologne impreza z największym budżetem organizacyjnym, bo milionem euro. Tour de Pologne jest oczywiście nieporównywalny, natomiast my również mamy się czym pochwalić. Bawi mnie to, że pokazujemy Polsce, że w Szczecinie, w mieście, w którym nie wszystko się udaje – dzieje się. Szczecin kocha celebrytów, wielkie imprezy, bo nie ma tego na co dzień jak np. w Warszawie. Dlatego też ten turniej nie może wyjść z miasta, bo jak pójdzie do Warszawy to skończy się. U nas jest taką wisienką na torcie. To trwa 23 lata, zobacz ile było zarządów miasta, ile zarządów banków przez ten czas. Ale i tak cały czas musisz pokazywać, że warto żeby bank dawał pieniądze, bo jak bank przestanie dawać pieniądze to ten turniej się rozjedzie.

Jaką część budżetu zapewnia Ci bank?

W procentach to jest trochę więcej niż ćwiartka i miasto to jest troszeczkę więcej niż druga ćwiartka.

A resztę dają firmy szczecińskie.

No nie, chociaż wszystko zależy jak traktować firmę Netto spod Szczecina, ale to jest jednak duński koncern. Natomiast większość tych dodatkowych pieniędzy płynie spoza Szczecina. Szczecińskie firmy nie są na tyle mocne.

Na szczęście chętnie bywają. Turniejowi bywalcy dzielą się na dwie kategorie - część, która bardzo kocha tenisa i przychodzi go oglądać, reszta, bo to jest bardzo ważna impreza towarzyska, warto się na niej pokazać, przyjść i zaistnieć.

Ale to jest nasz sukces.

Właśnie to stwierdziłem.

Biznes trochę się do tego przyzwyczaił, w dużej mierze dzięki bankowi, bo bank rozdaje dużo zaproszeń. Im zależy, bo dla nich to jest przede wszystkim impreza biznesowa. Przed laty Premier Bielecki mocno zmienił obraz turnieju. Z imprezy bardziej tenisowej, na bardziej biznesową. Obecny Prezes Luigi Lovaglio, wprowadził kilka swoich pomysłów, a wszystko po to by można było zapraszać klientów banku, którzy na co dzień nie zawsze chętnie chcą przyjeżdżać do Szczecina. Na początku było to kilkanaście osób, a teraz patrząc realnie to ponad 200 klientów z Polski. To jest bardzo ważne dla banku, ale i dla turnieju. Chociaż przyznam, że tworząc tą imprezę w bardziej biznesowy sposób, nie zdawałem sobie sprawy, że to mnie będzie tak… bolało, a boli bardzo. 

Boli ten sukces, o którym przed chwilą wspomniałeś?

Boli jako tenisowego wariata. Boli to, że na trybunach mam dużo mniej ludzi niż w strefach VIP. I to jest złe. Oczywiście nie ma problemu z finałem, bo na finale znowu jest telewizja, bo znowu trzeba się pokazać jak powiedziałeś i wyjdą z tych stref VIP-owskich, biznesowych, usiądą na trybunach, bo tam warto się pokazać. Ja bym bardzo chciał żeby to wszystko było zachowane tak… w pewnych proporcjach. Jak już przyszedłeś na korty, obejrzyj chociaż kawałek tego meczu, chociaż ten mecz dnia codziennie i wróć do tych stref, bo one po to są. U nas już jest tak, że wszyscy oglądają na telewizorach, które są rozmieszczone w strefie VIP i dają przekaz live z kortu centralnego. Już się śmialiśmy żeby zrobić tak, że nie będziemy dawali telewizorów z przekazem. To jednak nie jest dla mnie dobrze, bo przecież nie do końca po to ten turniej robimy, a z drugiej strony sponsorzy tego potrzebują.

Ten rok jest wyborczy, czyli spodziewać się można obfitości polityków.

A jakże. Wczoraj było spotkanie w mieście i powiedziałem, że w tym roku będzie znowu dużo polityków przed wyborami. Ale ja się do tego przyzwyczaiłem. Przeżyłem ileś zarządów miasta, ileś wyborów. Tak było jest i będzie. Zawsze w roku wyborczym, a tym bardziej, że turniej jest we wrześniu, a wybory w październiku czy listopadzie, więc jest to dobry czas żeby się pokazywać. Wtedy masowo interesują się tenisem (śmiech).

I wtedy musisz telefon wyłączyć.

No często tak się zdarza, chociaż kiedyś traktowałem telefon jako mojego wroga, teraz troszeczkę inaczej. Chociażby przez chorobę jaką przeszedłem. Nauczyła mnie, że trzeba trochę z siebie zrzucać na innych. Przyszedł Leo, który jest dyrektorem sportowym i przejmuje część związaną z zawodnikami. No i przede wszystkim Agnieszka, moja żona, która z każdym rokiem coraz więcej bierze na siebie. Może za 10 lat to już tylko z nią będziesz rozmawiać o kolejnym turnieju (śmiech). I ja mam ten czas, że mogę ten telefon odbierać, bo po to jestem. Niestety pracuję w usługach i każda odmowa może później jakoś skutkować.

No, ale bankiet turniejowy, jaki organizujesz, choć wielki, to nie jest z gumy. Nie ma liczby miejsc nieograniczonej.

Nie wszyscy to rozumieją. Telefony z prośbą o zaproszenia dzwonią non stop. Nagle przypominają sobie o mnie osoby, z którymi nie mam żadnego kontaktu przez cały rok. Kwestia wejścia na bankiet jest właściwie sprawą życia lub śmierci (śmiech). Ale jeszcze gorzej jest z wejściówkami do VIP Tennis Club-u. Tutaj jest dopiero batalia, aby zdobyć zaproszenia. To jest mniej więcej tak, że jak zaczyna się poniedziałek, czyli turniej główny, to rusza strefa VIP. Dokładnie o godzinie 9.00. I o dziewiątej są co roku te same osoby. Moich pracowników to czasem irytuje, bo te osoby nie do końca są związane z turniejem, nie do końca z bankiem, nie do końca z innymi sponsorami. Załatwią sobie zaproszenie, bo gdzieś wyproszą czy sobie załatwią. I są potem od rana do wieczora.

Jak w paśniku?

(śmiech) Jak w paśniku i winniku. I wściekłość wszystkich bierze. Mówimy sobie wtedy – po co my to robimy, człowiek się stara, a sama ta strefa kosztuje potężne pieniądze, jak tam dziennie jest po 300 osób, a w dniach typu piątek, sobota, niedziela 700. Jest śniadanie, lunch, kolacja, cały czas coś podawane, leje się wino, piwo, wszystko fajnie, na poziomie, staramy się, żeby goście byli dopieszczeni. Ale jest ta gromadka 15, może 20 osób. Te twarze, które pojawiają Ci się codziennie przy barze i stołach cateringowych, powodują to samo co dzieje się z politykami. Bo polityków na bankiet przyszło 20 na 1000 osób, ale Ty właśnie ich głównie zauważasz. No, ale generalnie taka jest specyfika stref VIP i bankietów. Nie tylko na naszym turnieju.

No tak, politycy, zło konieczne. A ciebie przypadkiem nie ciągnie do tej polityki? 

Absolutnie. To nie moja bajka, nie mój świat. Kilka razy nawet proponowano mi start w wyborach z list jakiejś partii, ale zawsze odmawiałem i odmawiać będę do końca życia. Dla mnie polityka jest zbyt brudna, zbyt agresywna, a ja i tak mam dostateczną ilość stresu w życiu. Więcej nie potrzebuję. Myślę, że także mój charakter nie nadaje się do polityki. 

Nie korciło Cię kiedykolwiek zrobić turniej dla Pań?

Korciło. Z Tobą nawet próbowałem trochę.

No właśnie, ale nie wyszło nam. Po 3 edycjach (autor współorganizował 3 edycje turnieju Szczecin Open dla pań z pulą nagród 25 tys. USD –dop. red.) przyznaliśmy, że to jest cholernie trudna rzecz. Zrobić turniej to jedno, ale utrzymać – to już wyższa szkoła jazdy.

Najpierw trzeba mieć finansowe zaplecze na parę lat, bo robienie imprezy na rok, nie ma najmniejszego sensu. Bez powtarzalności turnieju to jest chory pomysł i nie wiadomo po co. Takich pomysłów w Polsce, w środowisku jest multum i ileś nawet do nas dochodzi. np. żeby zorganizować dla kogoś coś we Wrocławiu czy Sopocie. Jeżeli chodzi o turniej damski, z ogromną przyjemnością, myślę o tym cały czas. Przypominam, że turniej damski robiłem jeden z pierwszych. 

Solo Cup?

To była moja pierwsza przygoda z zawodowym tenisem. Pierwszy Solo Cup był robiony na kortach w Gryfinie, bo korty w Szczecinie nie miały jeszcze wtedy trybun.  Wydawało mi się, że to będzie cudna impreza. Opowiadam Ci teraz o mojej największej porażce w 25-letniej historii agencji reklamowej. Porażka, która skutkowała tym, że rozeszliśmy się z moim kolegą, przyjacielem do dzisiaj na szczęście, z którym zakładałem Bono, czyli z Pawłem Nowakiem, bo poróżniło nas to, że on się przestraszył skutków tej imprezy. Wtedy, nie mając tego doświadczenia co dziś, wydawało nam się, że jeżeli sprowadzamy zawodników z zagranicy, jeżeli damy ludziom darmowe bilety na autobusy do Gryfina, to ci ludzie przyjadą. I nam to w tym Gryfinie kompletnie nie wyszło. Ludziom, którzy mieli robić gastronomię, miasteczko handlowe i inne rzeczy naobiecywaliśmy mnóstwo rzeczy. I nagle okazało się, że była troszeczkę gorsza pogoda. Nie zadziałało, to był absolutny krach i myślałem, że ludzie nas tam pozabijają w tym Gryfinie. Nie dość, że w Gryfinie, to jeszcze nikogo tam prawie nie było. Popłynęliśmy na tej imprezie. Na szczęście mimo porażki dostaliśmy propozycje zrobienia tego turnieju jeszcze raz, ale już w Szczecinie na kortach na Wojska Polskiego. I robiliśmy cudny turniej przez pięć lat, był to największy wtedy damski turniej w Polsce. 

I chciałbyś do tego powrócić?

Tak, na poważnie przymierzamy się do damskiego turnieju. Jeśli uda nam się obronić turniej męski na następne lata i pozostawić go na otwartych kortach to będę się starał o to, aby damski turniej był turniejem halowym, bo to jest zupełnie inny budżet, mimo większej puli nagród. Turniej w Katowicach, który ma pulę 300tys. euro, ma niższy budżet od naszego. Bo wchodzi się do hali i na hali wszystko jest, są siedzenia, toalety.

Kibicuję z całego serca. Masz jeszcze inne pomysły na imprezy sportowe?

Chciałbym zrobić olimpiadę, mówię poważnie. Brałem udział w czymś takim jak Mistrzostwa Europy w pływaniu. Ja już robiłem wcześniej ME, bo może nie wszyscy pamiętają, ale robiliśmy ME w kolarstwie torowym. I to też była duża impreza na tamtą skalę gigantyczna, to były lata 90., więc to było inaczej przygotowywane, na bardzo trudnym obiekcie. I udało się. ME w pływaniu to było duże wyzwanie, ale ja zawsze powtarzam, że jedna impreza jest podobna do drugiej. I czy mam urodziny dla znajomych, czy olimpiadę, to musisz zapewnić te same rzeczy, tylko skala jest inna.

Olimpiada to takie większe urodziny? Proszę o wyjaśnienie.

Na każdej imprezie musisz zapewnić jedzenie, toaletę, spanie, napoje, alkohol, atrakcje, gwiazdę i tak jest zawsze, wszędzie i tak samo. Najważniejsza różnica to kwestia skali. I tyle. Więc teraz coraz mniej się boję skali, bo jestem już na tyle doświadczony, że nie mam z tym problemu. ME w pływaniu były akurat w dość trudnym dla mnie osobiście okresie. Do tego to był nowy świat. Niestety nie wiem dlaczego środowiska sportowe próbują być tak hermetyczne przed takimi firmami jak moja. To jest dziwne, przecież możemy im pomóc i zrobić imprezę na dużo lepszym poziomie i pewnie taniej. My się na tym znamy, mamy doświadczenie odpowiednie zaplecze sprzętowe i ludzkie. Smętne jest także obserwowanie jak te środowiska są ze sobą skłócone. Nie inaczej było ze środowiskiem pływackim.

Chyba się nie dziwisz? Znasz środowisko sportowe, które nie jest skłócone? A samo słowo działacz już brzmi fatalnie. Co się takiego wydarzyło?

Było wsparcie w naszej ekipie, była fajna grupa z MTS i moich pracowników, ale nie czuliśmy wsparcia środowiska. Kiedy miałem wybrać dyrektora sportowego mistrzostw, który musiał znać się na pływaniu, orientować się w tym świecie to sięgnąłem po Bartka Kizierowskiego z Hiszpanii. Zawodnicy ocenili, że to bardzo dobry wybór. Ale zupełnie inne komentarze szły ze strony działaczy, którzy na siłę chcieli na to stanowisko „wsadzić” kogoś swojego. Ja w ogóle chyba jestem trochę przeciwny tym tradycyjnym działaczom sportowym i to we wszystkich dyscyplinach. Finalnie okazało się, że to był najlepszy, z możliwych wyborów. Jesteśmy z Bartkiem w kontakcie i jak będą następne ME, a mam nadzieję, że Szczecin dostanie tę imprezę znowu, będę starał się go ścignąć za wszelką cenę.

Ostatnia kwestia – w końcu doczekaliśmy się modernizacji kortów na Wojska Polskiego. Czujesz radość?

Cieszę się, że jest pomysł na tą pierwsza fazę z halą tenisową, mam nadzieję, że już gdzieś w głowach istnieje ta druga faza z przebudową kortu centralnego, który wreszcie będzie miał wyjścia dla zawodników spod trybun i tym podobne rzeczy. Bo przynajmniej takie są pierwsze wizualizację, które widziałem. No i może wreszcie będą jakieś ładne alejki, bo teraz ta trylinka i wybrzuszony asfalt mocno psują obraz tego miejsca. Ja jednak cały czas uważam, że oprócz tej części technicznej, niezwykle ważne, aby pomyśleć o tej części operacyjnej, o zarządzaniu tym obiektem. Pamiętam jak tutaj było jeszcze w latach siedemdziesiątych. A teraz. Dlaczego mamy dwa kluby? Dlaczego to nie może być jeden klub? Silny, z odpowiednim szkoleniem młodzieży, ale też z odpowiednim szkoleniem seniorów i z dbałością o weteranów. Wtedy jeden klub występuję o pieniądze. Mam nadzieję, że może w końcu nadejdą lepsze czasy dla tego pięknego miejsca. I to nie tylko podczas turnieju.

Też na to liczę. Dziękuję za rozmowę.

Prestiż magazyn szczeciński
8( 85)
Wrzesień'15