Jestem człowiekiem sukcesu

Autor

Szymon Kaczmarek

O ile miarą sukcesu jest posiadanie Przyjaciół, to jestem człowiekiem sukcesu. Nie powoduje to co prawda, pojawienia się mojego nazwiska na listach czasopism Forbes, lub Newsweek, ale jednak. Sukces, to sukces. Owszem, nie było mojego zdjęcia na okładce "Prestiżu", czego tak szczerze i po polsku zazdroszczę serdecznemu Koledze Krzysztofowi B., ale przecież nie ustaję w wysiłkach.

Błogosławioną jest świadomość, że wśród tylu istot zamieszkujących naszą planetę, jest tych kilka, u których myśl o mnie wywołuje serdeczny uśmiech na twarzy. Jeśli jednak miarą sukcesu jest posiadanie wrogów, to również nie mam powodów do narzekania. Lecz tu sprawa wygląda jeszcze weselej, bowiem każdy, najmniejszy nawet mój sukcesik, ot, choćby pokaźny zbiór prawdziwków, przysparza mi nowych wrogów, tych starych umacniając w nienawiści do mnie. Spirala się nakręca, liczba wrogów rośnie, sukces pęcznieje. Sprawy wyglądają o wiele gorzej, jeśli za miarę weźmiemy finanse. Zupełnie źle, gdy miarą oczekiwań staje się poprawność społeczna wyrażanych myśli i opinii. W tej dziedzinie jestem liderem listy "Porażka roku". Ale wróćmy do sukcesu, niech i Czytelnicy ogrzeją swoje serca w jego blasku.

Niewątpliwym sukcesem jest już sam fakt, że wciąż trwam. Fakt, najczęściej trwam w uporze, lecz trwanie ono umacnia mnie w przekonaniu, że trwać warto na przekór. Wszystkim i wszystkiemu. Najbardziej uparty jestem w kuchni. Zarówno własnej, jak i tej, która akurat ma mnie ugościć. Uparcie nie znoszę gdy robi się mnie w bambuko, a tak właśnie większość szczecińskich miejsc zbiorowego żywienia próbuje ze mną postępować. Wciąż zbyt wielu restauratorów uważa, że miarą ich sukcesu jest zarobek jak najmniejszym kosztem własnym. Prześcigają się w bylejakości, braku wyobraźni, złym smaku (co w tej dziedzinie jest wysoce naganne) i pazerności. A przecież miarą sukcesu restauracji, czy pubu jest brak wolnych miejsc i klienci smakowicie wylizujący talerze. (Wiem, wiem, to tylko taka przenośnia, choć kto tego po kryjomu w domu nie robi, niech pierwszy rzuci talerzem...)

Restauracja musi nas zachęcać do wejścia już od progu, od witryny. Słabo to wygląda, gdy na ten przykład zakład gastronomiczny specjalizujący się w przepysznej grochówce z wkładką, nosi nazwę "Cztery wiatry". Nie zachęciła mnie też nazwa "Nowy Browar". Jeszcze jeden? Na piwo to ja sobie mogę iść wszędzie... I tu niespodzianka! Z dość ponurego wnętrza Domu Kultury "Kolejarz" ludzie obdarzeni wyobraźnią wyczarowali interesująca przestrzeń przepełnioną zakamarkami wypełnionymi smakowitym aromatem pysznego jedzenia. Świetne menu, jędrne piwo, przystępne ceny i... tak! SUKCES. W tym miejscu często bywają chwile, gdy na wolne miejsce trzeba poczekać. By osiągnąć sukces wystarczyło poważnie potraktować potencjalnych gości. "Nowemu Browarowi" udało się to bezwzględnie. I żeby być sprawiedliwym, takich miejsc gdzie właściciele ciężko, ale z polotem zapracowują na sukces jest coraz więcej.

Mędrcy powiadają: "sukces przychodzi z czasem". Zupełnie nie rozumiem dlaczego tak uparcie dodają tę literkę "z"?  Przecież wiadomo, że czasem przychodzi, a czasem daremnie go oczekiwać. Gdy gotuję rosół, nie spodziewam się sukcesu po piętnastu minutach. W kuchni sukces okupiony jest wieloma godzinami doświadczeń, czasem nauki na błędach, rozpoczynaniu wszystkiego od nowa. Ale dajcie mi wiarę, zwłaszcza Panowie, sukces w kuchni przynosi prawdziwe sukcesy w innej części mieszkania.

Jesień to jedna z piękniejszych pór roku. Zwłaszcza dla kuchennych maniaków. To czas zbiorów i przetwarzania owoców, warzyw, grzybów. W tym czasie każdy prawdziweczek wystający z mchu jest dla mnie poważnym sukcesem. Każdy słoiczek z uśmiechającymi się wśród gorczycy i plasterków marchewki grzybkami, to miód na serce. Przecież w zimowy wieczór, pośród grona Przyjaciół posłuży jako zakąska przyczyniając się do... kolejnego, towarzyskiego sukcesu.

Jestem człowiekiem sukcesu. I każdy z Czytelników felietonu, który dotrwał do tego momentu, wzmacnia we mnie radość z kolejnego sukcesu... już mnie głowa boli od tych sukcesów. Kończę więc, biegnąc dalej, by osiągnąć kolejny...

 

Prestiż  
Październik 2015