Zwycięstwo najwyższego

23. edycja turnieju tenisowego Peako Szczecin Open pokazała, że "staruszek" jeśli chodzi o imprezy sportowe w naszym kraju, ma się dobrze. Z dwa lata powinien w dobrej kondycji  świętować równe ćwierć wieku. 

Autor

Jerzy Chwałek

Sportową stronę, a dokładnie silniejszą obsadę zburzyło wycofanie się Francuza, Benoit Paire i wymuszona nieobecność ubiegłorocznego triumfatora - Niemca Dustina Browna. 

Wobec tych absencji można było przypuszczać, że w końcu zostanie zdjęta hiszpańska klątwa i zwycięży rodak Nadala albo Ferrera. Dla wielu, również dla dyrektora turnieju Krzysztofa Bobali, faworytem był Nicolas Almagro, najbardziej znany i utytułowany ze startujących. 

Jednak i tym razem Hiszpan nie wygrał, a zrobił to drugi raz z rzędu tenisista z Niemiec. 

Ale, że podczas ostatniego turnieju rozgrywanego na kortach z obecną, starą infrastrukturą musiało stać się coś szczególnego, to zwycięzca Jan-Lennard Struff jest... najwyższym (198 cm) ze wszystkich dotychczasowych triumfatorów - według większości źrodeł o 2 centymetry wyższy od zwycięzcy z 1997 roku, Australijczyka Richarda Fromberga.

To ciekawostka, ale było też coś innego w zwycięstwie Niemca spod Dortmundu, pokazującego pozytywną stronę walki i ducha rywalizacji sportowej.

Struff - finalista sprzed roku - przegrał wówczas z Brownem w dwóch setach 4:6, 3:6. Po roku przyjechał ponownie, żeby wygrać imprezę i wygrał, pokonując w finale Ukraińca Artema Smirnova w stosunku identycznym, jak przegrał rok wcześniej - 6:4, 6:3. 

Gdzieś niechcący ten zbieg okoliczności pokazuje, że w sporcie nie można rezygnować ze swoich marzeń, należy ponawiać próby, i często porażkę można przekuć w sukces. 

Hiszpan Almagro nie zawiódł, bo w półfinale stoczył najlepszy pojedynek imprezy - choć przegrany - ze Struffem. Ale pokazał - nie rozkładając tenisa na czynniki pierwsze - że jego koordynacja ruchów, praca nóg i znakomity serwis, mogłyby służyć za wzór.

Polscy tenisiści spisali się słabo, ale paradoksalnie z naszym tenisem męskim jest dobrze, jak nigdy wcześniej. W latach 70-80 ubiegłego wieku mieliśmy tylko Wojciecha Fibaka, a teraz mamy drużynę, która w dniu finału szczecińskiego challengera wywalczyła pierwszy, historyczny awans do grupy światowej Pucharu Davisa.

Wracając na korty przy alei Wojska Polskiego, to imprezy towarzyszące zostały zorganizowane profesjonalnie. Dla jednych, trochę nużący jest turniej artystów i oglądanie co roku tych samych twarzy estrady, przebijających piłkę na drugą stronę. Drugim przejadł się nieco festiwal muzyczny w obecnej formie, ale dla innych możliwość śledzenia tenisa we wspólnym gronie i rozmowy o sporcie są świętem, bo to jedyna kilkudniowa impreza sportowa w mieście. Całkiem inna od meczu piłkarskiego, kiedy po 90 minutach wraca się do domu.

– Trudno wyobrazić sobie każdy rok bez tego turnieju i pracy tutaj – stwierdził kolega dziennikarz z długoletnim stażem. Inny chciał robić zdjęcia w dziennikarskim gronie, na tle starego budynku  mieszczącego biuro prasowe i szatnie dla zawodników, bo następnej okazji już nie będzie.

Dla Bolesława Oćwiei, wielkiego fana tenisa, który w przeszłości sędziował w Szczecinie mecz Pucharu Davisa to wielkie święto, i idę o zakład, że musi brać urlop, żeby śledzić turniej od rana do wieczora.

Kiedy patrzyłem na dwóch młodych adeptów dziennikarstwa, którzy starali się nie pominąć niczego, co działo się na kortach przez tydzień, to sądzę, że za 30 lat będą z pasją opowiadać o tenisie, analizować mecze, jak teraz robi to pan Bolek. Wierzę, że będzie to przy okazji szczecińskiego challengera, który wciąż świeci jasno.

Prestiż  
Październik 2015