O urokach nocy listopadowej

Autor

Szymon Kaczmarek

Na przekór, pod prąd. Wbrew utartym opiniom i powszechnemu przekonaniu. Słonecznie, jaskrawo i optymistycznie o urokach nocy listopadowej. Bo je posiada bezsprzecznie. No, bo weźmy taką ciemność zapadającą znienacka. Takie werble deszczu o parapet i skrzypienie wiekowej lipy za oknem. Gruby koc na kolanach, w ręku kubek herbaty, w radiu niezmącona wyborczymi spotami delikatna muzyka. Wszak to listopad, wszystko już jasne. Lepsze i piękniejsze. Bliżej człowieka. Jeszcze bliżej. Przedstawiciel odrodzonej służby zdrowia pochyla się nad nami przy lada kaszlnięciu, lada siąpnięciu czerwonym naszym noskiem. Nam noc listopadowa niestraszna! W lodówce ogólnodostępne, tanie i najwyższej jakości produkty spożywcze, w portfelu gruby po podwyżkach plik banknotów o najwyższym nominale. W duszy lekko i wesoło... Pisząc te słowa jeszcze nie wiem, kto za tym będzie stał, ale ktokolwiek by to nie był, obiecał. Wszyscy obiecywali. Niestraszna mi więc listopadowa szaruga. Tym bardziej, że wszak to pora konsumowania owoców naszego wcześniejszego trudu. W listopadzie właśnie otwieram pierwsze, tegoroczne słoiczki z grzybkami, kosztuję malinowego soku, przecieru z ogródkowych pomidorów lub śliwkowych powideł z zatońskich owoców. Wiem, słoiki sprawa wstydliwa, ale tylko w "Warszawce". W te pozornie ponure wieczory zasiadam przy stole, szykując do zimy jak ten niedźwiedź jaki, albo jeż. Tłusto i niezdrowo, ale jakże smacznie! Na zapas, na nadchodzące mrozy i zawieje. Mieszając mięsiwa z owocami, nalewki z kompotami. Obrastając warstwą ochronną ,dającą poczucie ciepła i siły. Wspominając ciepłą wodę jeziora w Ińsku, upały na przełomie lipca i sierpnia, patrzę przez chłostane deszczem okno w listopadową czerń wieczoru... 

Miesiąc wspomnień, pamięci, świąt narodowych i tych bliskich, naszych, ludzkich. Nie musi być ponury, lecz potrzeba na to obecności. Najprostszej obecności tej drugiej Osoby, z którą wspólne wspomnienia i plany. Wspólna herbata i spojrzenia. Czasami może być to pies lub kot. Czasami nawet lepiej. Ale najlepiej jednak, gdy jest to Osoba. Taka, z którą na pół dzielisz każdą przeczytaną książkę, każdy obejrzany film, każdą kromkę chleba z konfiturami z pigwy. W pojedynkę nawet maj może być smutny niczym jesienna szaruga. We dwoje lepiej smakuje poranna kawa i odsmażony na kolację makaron. Tak więc, listopadowy wieczór z Nią/Nim (niepotrzebnych skreślić). Ona wraca z pracy. Zmęczona, jeszcze zaabsorbowana zawodowymi sprawami. A na stole rosół. Taki z kury (broń Boże kurczaka) i kawałka wołowiny. Z przypieczoną nad gazem cebulką, białymi krążkami selera, marchewką i porem. Z wielkimi okami na żółtej powierzchni posypanej pachnącą pietruszką. Z makaronem. "Nie zapomnij o makaronie!", "A gdzie jest, Kochanie?", "No wiesz, tam gdzie zawsze... ugotuj więcej, to odsmażymy jutro na kolację".

Listopad to świetny miesiąc na wycieczkę za miasto. Byle wcześnie, raniutko, tak jak tylko zrobi się jaśniej. Mgły nad Odrą, wilgotna cisza nagich drzew, jakieś dalekie pomrukiwania samochodów. Nie tylko słoneczny poranek wprawi w zachwyt fotografa-amatora albo zwykłego podglądacza całorocznych uroków świata naszego. Wystarczy popatrzeć na fotografie znakomitej rejestratorki widoków Szczecina, Anny Niemiec. Ta Artystka jak nikt inny potrafi przekazać nam całą wrażliwość swoich oczu. Wiele spośród jej fotografii to właśnie jesienne krajobrazy. Nie siedź w domu, ruszaj. Niewielki termos z kawą, kanapka... i łaź człowieku nad brzegiem rzeki, snując swoje myśli jak dymy z kominów. Jak listopadowe mgły.

I wreszcie, listopad to miesiąc, w którym częściej niż zazwyczaj wspominamy swoich zmarłych Bliskich. Niby truizm, ale jednak siła tradycji tkwi w nas głęboko. Wiele jest kultur na świecie, gdzie zmarłych wspomina się z uśmiechem, muzyką i tańcami. Bo przecież śmierć to tylko przejście do innego, lepszego świata. Nie ma więc najmniejszego powodu do smutku. Ja w listopadowy wieczór również z uśmiechem wspomnę Tych, bez których nie byłbym dziś taki, jaki jestem. Z całym bagażem zdarzeń, licznymi wadami i jedną, jedyną zaletą, jaką jest moja skromność. Zjem za Nich i wypiję. Zakąszając, bo tak mnie cierpliwie uczyli...

Prestiż magazyn szczeciński
10( 87)
Listopad'15