Przegrane medale

Dzisiaj otrzymywałyby nagrody, kontrakty reklamowe. W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych było inaczej. Rządził działacz sportowy i trener. Zawodnik miał tylko zdobywać medale i bić rekordy. I bezwarunkowo słuchać. W przeciwnym razie – bez względu na osiągnięte sukcesy – można go było wymienić na innego, bardziej pokornego.  Właśnie ukazała się książka Rafała Podrazy pt. „Przegrane Medale. Jak działacze niszczyli sportowców”, która jest zbiorem rozmów autora z gwiazdami polskiego sportu, których kariery zniszczyli działacze.

Autor

Rafał Podraza

galeria

Jedną z bohaterek jest szczecinianka – pływaczka, Dorota Brzozowska. Pierwsza polska finalistka olimpijska, która – mimo znakomitego startu – mając zaledwie szesnaście lat, postanowiła zakończyć karierę sportową. Dlaczego tak się stało?... Magazyn „Prestiż” objął patronat nad publikacją – prezentujemy fragment wywiadu Rafała Podrazy z Dorotą Brzozowską.

Jak to możliwe, że nikt nie zareagował, kiedy pierwsza polska finalistka igrzysk olimpijskich postanowiła zaraz po igrzyskach zakończyć karierę?

Do olimpiady w Moskwie przygotowywałam się trzy lata. W tym czasie praktycznie codziennie słyszałam, że będę pierwszą, do tego najmłodszą, olimpijką w pływaniu ze Szczecina, pojadę do Moskwy i wrócę w glorii. Były to trzy lata pełne wyrzeczeń, ciężkiego treningu, ale z konkretnym celem. Kiedy w końcu go osiągnęłam, miałam nadzieję, że będę mogła wreszcie normalnie „po ludzku” odpocząć. Wyspać się, poleniuchować. Spodziewałam się też, że ktoś powie: „Dorota, super! Odwaliłaś kawał dobrej roboty…”.

A tak nie było?

Nie bardzo, chociaż nie mogę powiedzieć, po zawodach w Mielcu miałam cały tydzień wolnego, ale była to kropla w morzu potrzeb mojego organizmu. Tym bardziej, że ledwo wróciłam na pływalnię, a już trzeba było przygotowywać się do kolejnych zawodów. Trener nie zwracał uwagi na to, że jestem zmęczona, praktycznie wycieńczona, z zaleczonymi, bo na pewno niewyleczonymi kontuzjami. Dla niego nie było to ważne, miałam trenować. 

I trener, który Panią przecież dobrze znał, nie widział, że coś jest nie tak? Nie rozumiał powagi sytuacji?

Mam wrażenie, że nie chciał tego widzieć… Pewnego razu stwierdził, że jeśli tak dalej będzie, to wyrzuci mnie z klubu. Krzyczał, że do niczego się nie nadaję, że najlepiej, gdybym dała sobie spokój z pływaniem, że po igrzyskach w Moskwie uderzyła mi do głowy woda sodowa, a w końcu, że jak mi coś nie pasuje, to mam wolną drogę i mogę trenować u kogo innego. 

Może więc trzeba było zrobić sobie przerwę?

Do tego dążyłam! I zapewniam, że po trzech miesiącach odpoczynku byłabym znów gotowa do treningów, pełna zapału i chęci do pływania.

To może trzeba było zmienić trenera?

Zmieniłam, ale tutaj nie chodziło o trenera, a o odpoczynek. Mój nowy opiekun po kilku treningach również stwierdził, że nic już ze mnie nie będzie… Zniechęcona wróciłam do Szczecina, do Michała Kanteckiego. W listopadzie trener oznajmił, że przyszło dla mnie imienne zaproszenie na zawody do Stanów, ale jako że nie mam formy, nie mogę jechać. Powiedziałam, że na 200 delfinem faktycznie byłoby ciężko, ale 100 metrów – w każdej chwili. 

I jak to się skończyło?

Nijak. Trener nie chciał słuchać, wiedział swoje. Na początku grudnia poinformował telefonicznie Polski Związek Pływacki w Warszawie, że start Doroty Brzozowskiej będzie kompromitacją i on jako trener nie zgadza się na mój udział w zawodach na Florydzie. Tym samym prosi o wykreślenie mojego nazwiska z listy. Najpierw płakałam przez kilka dni, a potem się wściekłam, powiedziałam, że w takim razie kończę karierę. Bardzo mnie to zabolało. 

Ale według notatki z „Przeglądu Sportowego” z 29 grudnia 1980 roku, to Pani sama zrezygnowała z wyjazdu na Florydę. „(…) Dorota Brzozowska wcześniej zrezygnowała z zaproszenia na Florydę – zbyt długą zrobiła sobie przerwę w treningach po powrocie z Moskwy. Jak powiedziała zarządowi PZP, nie mogąc przygotować olimpijskiej formy na pierwsze dni stycznia, nie chce w mityngu w światowym gronie zajmować końcowych pozycji (…)”.

Nie komentuję, bo to jakaś totalna bzdura. Powtórzę, musiałabym mieć nie po kolei w głowie, by samej pozbawić się darmowego wyjazdu do Ameryki.

Cały czas nie mogę jednak zrozumieć, że nikt nie chciał Pani trenować. Za Panią stał niekwestionowany sukces z Moskwy, szósta lokata w światowych tabelach, tytuły mistrzyni i rekordzistki kraju!

Jak wspomniałam, pod koniec października podjęłam próbę zmiany trenera. Nowy trener jednak też stwierdził, że mój czas minął, a kolejnych chętnych nie było. 

A Polski Związek Pływacki nie mógł przydzielić szkoleniowca jednej z najlepszych pływaczek w kraju? 

Warszawę mało interesowało, co dzieje się z zawodnikami w terenie. Stroną w rozmowach ze związkiem był trener, to on wiedział, co dla podopiecznego jest najlepsze. Ja zaś – w oczach Kanteckiego – byłam jedynie pyskatą gówniarą. Poza tym Polskim Związkiem Pływackim kierował wówczas człowiek z Krakowa, który bardzo promował tamten region. 

Był jeszcze inny problem: jako zawodniczka z totalnego kosmosu, spoza środowiska, byłam problematyczna…

Jak to problematyczna?

Nie należałam do grzecznych dziewczynek. Miałam własne zdanie i głośno wygłaszałam te bardzo niepopularne, szczególnie wśród belfrów, sądy. W efekcie z krakowskiej Szkoły Mistrzostwa Sportowego wywalono mnie już po dwudziestu dniach. Zrobiono to w trybie natychmiastowym, gdyż postrzegano mnie jako osobę niebezpieczną, mogącą doprowadzić do buntu wśród uczniów.  Wezwano moich rodziców, by mnie odebrali. 

Co takiego Pani robiła? Nie wierzę, że własne zdanie mogło być odbierane jako jawne nawoływanie do buntu…

Co takiego robiłam? Nic specjalnego. Nie pozwalam się obrażać nauczycielom, kłóciłam się na treningach, potrafiłam powiedzieć „nie” i tupnąć nogą. A trenerowi Jackowi Choynowskiemu, który za mną ewidentnie nie przepadał, a ponadto chciał mnie na basenie „wychowywać” mokrym sznurkiem od gwizdka, wykrzyczałam w twarz: „Tylko spróbuj!”. Relegowano mnie w trybie natychmiastowym. Kazano mi się spakować i pociągiem odwieziono do Szczecina. 

Rozpoczęła się medialna burza. Dzienniki sportowe rozpisywały się o Pani wyrzuceniu z krakowskiej Szkoły Mistrzostwa Sportowego? Stawiano wręcz pytanie, czy SMS-y spełniają swoją rolę. Czytając te artykuły, miała Pani satysfakcję?

Rodzice nie pokazywali mi tych artykułów. Wiem tylko, że wystosowali bardzo ostry list do PZP w tej sprawie. Mnie to wszystko lekko przygniotło. Docierały do mnie tylko strzępy tej historii. Wiedziałam, że Choynowski w gazetach pluł na mnie, ile tylko mógł. Nazywał „hrabiną”, „buntowniczką”, „pyskatym leniuchem”, „zarozumialcem”. Bolało mnie to, bo nie była to prawda.

Nigdy nie pożałowała Pani odejścia ze sportu w wieku szesnastu lat?

Tylko raz… Kiedy dopiero w1983 roku, na zawodach w Tokio, Agnieszka Czopek pobiła mój rekord Polski. Zdałam sobie wówczas sprawę, że gdybym nie przerwała kariery, mogłabym bardziej wyśrubować rekord kraju. Wtedy dopiero uświadomiłam sobie, że faktycznie byłam dobra w te klocki. Wyniki, które osiągałam w 1980 roku, musiały na pobicie czekać kilka lat! W delfinie byłam nie do pokonania.

 
Prestiż magazyn szczeciński
10( 87)
Listopad'15