Peszek wiecznie żywy

Jan Peszek jest od zawsze, Peszek jak Lenin – wiecznie żywy. Od ponad 50 lat na scenie i wciąż w genialniej formie, wciąż świeży, zaskakujący, niepoddający się rutynie. Jak to, po tylu aktywnych latach, osiągnąć?  - Trzeba być wiernym sobie – uważa aktor.

Autor

Daniel Źródlewski

galeria

Czemu jest wierny Jan Peszek?

Jest wierny swoim zasadom, na przykład, żeby się nie dać ubezwłasnowolnić, nie poddawać się żadnym naciskom. Wyniosłem z domu niechęć, albo wręcz protest przeciwko jakiekolwiek formie ubezwłasnowolnienia. Nie ulegam niczemu, co nie jest moje. Dla mnie takim nieakceptowalnym przeze mnie zjawiskiem jest np. moda. Muszę się wsłuchiwać w swoją intuicję, w swój instynkt, w swoje rozumienie świata. Nie chcę i nie będę kierować się instynktem innych. 

Egoista? Nie wierzę…

Absolutnie nie. To w żadnym wypadku nie jest to pycha czy egoizm – tylko w taki sposób aktor może zachować w sobie rodzaj dziecka, stan niewinności czy umiejętności zdziwienia światem, które mu umożliwiają pracę, tworzenie, kreację.

W przypadku aktora ten protest przeciwko naciskom musi być cholernie trudny. Jest przecież reżyser, który narzuca swoją wizję, jest dramaturg, który narzuca treść, sensy, charakter postaci.

 Ale te, to są naciski oczywiste, zawodowe. Jeśli je akceptuję, czyli spotykam reżysera, z którym się zgadzam, z którym, że tak powiem, wspólnie wiosłujemy no to jest… fajnie. Zdarzają się jednak często takie przypadki, że nie zgadzam się z propozycjami reżysera. Wtedy ich po prostu nie akceptuję i w tym sensie jestem dość niewygodnym aktorem, krnąbrnym, także dla partnerów. Ale przyznaję się, że od najwcześniejszych moich lat aktorskich te cechy przejawiałem i jeśli jakiś reżyser okazywał się, w moim przekonaniu oczywiście, pomyłką, to zgłaszałem się i mówiłem, że nie chce się z nim spotykać no i tyle (śmiech). Jeśli czytam jakiś scenariusz, na przykład filmowy, i on mnie od pierwszych stron jak mówił Gombrowicz „przewierca” no to się go podejmuje, nie mając oczywiście żadnej gwarancji efektu, a jeśli coś mnie nie dotyka, nie wzrusza, nie porusza zdecydowanie odrzucam, nie pakuję się w to. 

Spoglądając na Pana imponujący dorobek stwierdzam, że musi Pan być nieźle przewiercony… 50 lat pracy na scenie, 40 lat pracy pedagogicznej, 45 lat w związku małżeńskim, która z tych „ról” była i nadal jest największym wyzwaniem?

Każda rola jest wyzwaniem, nie ma więc potrzeby określać, która bardziej czy mniej.

A w życiu?

W życiu jest inaczej. To, czego podejmuję się w teatrze, to pewien rodzaj gry immanentnie wpisanej w istotę tego zawodu, tutaj zawsze kogoś udajemy, wpakowujemy się w czyjeś sytuacje, obce sytuacje… a w życiu im mniej gry tym lepiej! Ale jednak to są pewne gry, w obu sferach, różnica jest jedna i podstawowa – w życiu prowadzimy je w imieniu własnym… 

Przenikają się te sfery?

Trudno mi powiedzieć czy to, że na scenie gram, wcielam się w różne postaci pomaga mi, stymuluje czy ułatwia gry prywatne… Nieeeeeeee, to zupełnie inne tereny, za role w teatrze nie ponosimy ostatecznie takiej odpowiedzialności, jak za te w życiu. Życie jest jedno i jak mawiała moja babka Stefania – wspaniałe i krótkie jak przeciąg, więc nie ma sensu go marnować. Gry czy „udawactwo” w życiu się nie opłacają. Bo w życiu wystarczy szczęście, by trafić na właściwego partnera…, chociaż to tak jak w zawodzie aktorskim trafić na świetnego partnera na scenie - jest wspaniale cudownie, idziemy w jedną stronę. I tak samo jest w życiu, jeśli się znajduje partnera, który jest wyrozumiały, wspaniałomyślny i wymagający. To jest wielkie, wspaniałe szczęście. I ja miałem takie wielkie szczęście, że mam taką osobę, moją żonę Teresę, która mi pomaga zrozumieć wiele rzeczy, bez niej bym inaczej interpretował świat. 

Można powiedzieć, że to na jego utworach zbił Pan aktorski „kapitał” i wielkie uznanie. Jeszcze w listopadzie, podczas szczecińskiego Festiwalu Komedii SZPAK zobaczymy właśnie Jego „Kwartet dla czterech aktorów”. 

„Kwartet” jest jednym z pierwszych jego dzieł teatralnych, który ma absolutnie źródła w muzyce, bo przecież obok dramaturgii Schaeffer był przede wszystkim kompozytorem i muzykologiem. Jest to szalenie ważna w moim życiu partytura, niezwykłe przekroczenie muzyki i teatru. Gramy to z Mikołajem i Andrzejem Grabowskimi i Janem Fryczem już przeszło 40 lat. 

Nie znudziło się jeszcze?

Część publiczności uważa, że my to improwizujemy, ale tak naprawdę ta partytura podstawowa pozostaje niezmienna, to jest scenariusz zapisany z niemal matematyczną dokładnością. Jeśli ktoś myśli, że my improwizujemy, to jest dla nas szalenie pochlebne, bo oznacza po prostu, że to dobrze to robimy. Czasami mam jednak wrażenie, że ludzie przychodzą zobaczyć czy się jeszcze w ogóle ruszamy (śmiech). 

Tym razem zagracie ten spektakl na Festiwalu Komedii.

„Kwartet” powoduje niezwykle wybuchy i spontaniczne reakcje publiczność, to często eksplozja nieprawdopodobnej radości. Ale tak naprawdę to jest to inteligentne, głębokie. Na pewno nie ma na celu rozśmieszenia, bo jak publiczność może się zarykiwać z rzeczy, która nie ma ani fabuły, ani „opowiadactwa”, to jest całkowicie abstrakcyjne (śmiech). Ale okazuje się, że publiczność tęskni za takim rodzajem sztuki. 

To źle? Udało się mnie Panu tyle razy doprowadzić do łez, ze śmiechu oczywiście, że właśnie nieświadomie pomyślałem o Panu jako o aktorze komediowym… Bluźnierstwo? 

Jeżeli celem jest rozśmieszanie to się rzadko udaje. To oczywiście jest rzecz gustu, ale to co czasami w jakiś migawkach udaje mi się zauważyć, to co dostaje w jakiś propozycjach dotyczących działalność rozrywkowej, w ogóle mnie nie śmieszy. To co dziś się dzieje w przestrzenie kabaretu nie jest wrażliwie, nie jest inteligentne, próbuje rozśmieszyć jedynie tę część publiczności, która chce rozśmieszenia. Dziś poczucie humoru zeszło do jednego mianownika - to są wygłupy. Ja wolę działanie, które powoduje wybuch eustresu, czyli stresu pozytywnego, w którym człowiek nie może wytrzymać i musi zacząć się śmiać. 

Eustresu nie mieli z pewnością Pana koledzy wytypowani przez jednego z aktorów do odejścia na „wcześniejszą emeryturę”. Wspominam o tym, bo Pan na żadną się nie wybiera…

Tak się składa, że ja bardzo lubię pracę, a ona lubi mnie. Mam ogromną ilość propozycji i muszę się dyscyplinować i bardzo starannie selekcjonować. Mam rozległe plany, ale nie lubię mówić o rzeczach, których jeszcze nie zrealizowałem, a póki co nie mogę nadążyć z tym co „nawspółprodukowałem”. Mogę jednak, zupełnie na świeżo, zdradzić, że jestem z po rozmowach z pewną wybitną artystką i że to będzie coś jeszcze kompletnie innego, czego ja sam w sobie nie odczuwałem, ani odbiorcy mnie takiego nie widzieli. 

Nazwisko?

Nie mogę jeszcze zdradzić, ale to będzie naprawdę wielkie zaskoczenie i coś naprawdę nowego. Zresztą ja podejmuję się zawsze sytuacji nowych, te znane i obowiązujące mnie śmiertelnie nudzą (śmiech). 

Uzbrajam się zatem w cierpliwość i czekam aż zagra Pan tę tajemniczą rzecz na deskach któregoś ze szczecińskich teatrów. No właśnie – Szczecin.

To miejsce które mi się kojarzy z… uniesieniami. To tutaj, na Kontrapunkcie, zebrałem nieprawdopodobne żniwo aktorskie. Wszystkie nasze propozycje kosiły tutaj nagrody. Dziś Szczecin to dla mnie przede wszystkim Ania Augustynowicz, u której, moja córka Maria też u niej grywała. Szczecin to najbardziej odległy punkt Polski od Krakowa, ale coraz lepiej i szybciej się dojeżdża, to miejsce którego nie można wymazać z pamięci, bo nie da się wymazać takich przyjemności, których doświadczyłem tu od przyjaciół i niezwykłej publiczności. Szczecin jest jak bardzo dobry sen… 

Dobranoc…

 
Prestiż magazyn szczeciński
10( 87)
Listopad'15