Orkiestra grać! Troszkę ciszej..

Muzyka łagodzi obyczaje. Powszechnie znany truizm. Teoria ta sprawdza się nie tylko u człowieka, ale też i w hodowli bydła. Klasyczne piosenki w  oborach znacznie ułatwiają opiekę nad krowami i zwiększają ich wydajność. Te słuchające Bacha, Beethovena, Mozarta czy Straussa dają więcej mleka i są szczęśliwsze. 

Autor

Szymon Kaczmarek
Szczęśliwsze nawet niż ja, co tylko pozornie wydaje się łatwe do osiągnięcia. Chciałbym być wydajniejszy i szczęśliwszy, lecz muzyka, jaka dociera do moich wrażliwych uszu w miejscach publicznych, nie sprzyja osiągnięciu marzeń. Wchodząc do restauracji wietnamskiej, włoskiej lub chińskiej nie spodziewam się oberków ani hip hopu. Nasi wschodni przyjaciele nie tylko oczy mają skośne, ale i uszy, bowiem normalny narząd słuchu nie jest w stanie przyswoić sobie osobliwych dźwięków wydobywanych z egzotycznych instrumentów. Ale na takie doznania jestem przygotowany. W końcu już sama decyzja spożycia surowej ryby owiniętej w wodorośl i posmarowanej chrzanem wydaje się desperacka, więc i muzykę kraju kwitnącej wiśni przyjmuję jako dowód tej desperacji i wliczam w koszta. Wietnamskie miauknięcia popularnych gwiazd estrady z Hanoi również stanowią koloryt orientalnego obiadu. Ale już łupanina techno lub co gorsza polo-coś tam powoduje mój gwałtowny sprzeciw. I to bez względu na charakter geograficzny miejsca. Zwróć Czytelniku drogi uwagę na powszechną praktykę stosowaną w wielu szczecińskich lokalach: muzyka w nich nie stanowi uzupełnienia wystroju, menu lub ogólnego wyglądu, nie jest również wypadkową gustów klienteli. Muzyka jest lustrem, w którym odbija się prawdziwy charakter barmana! Kto ma pilota, ten ma władzę. To najczęściej właśnie barman dobiera repertuar i natężenie muzycznego TŁA w swojej knajpce. I to właśnie on często pozbawia właściciela lokalu spodziewanego zysku. 
 
Z zewnątrz knajpka wygląda przytulnie i zachęcająco. Menu wystawione przed wejściem kusi przystępną ceną i różnorodnością oferowanych potraw. Otwieram drzwi... nokautuje mnie dudnienie basów boksujących rytmicznie mój pusty brzuch. Wysokie dźwięki powtarzającej się jak zacięta płyta prostej frazy, wciskają mi gałki oczne i powodują pękanie naczynek włosowatych układu krwionośnego. Za barem, a jakże pilnie czyszcząc szkło, pogibuje barman. "Dzień dobry" mamroczę przez zaciśnięte w obawie przed utratą plomb zęby. Nic. Czyści dalej podrygując. "Halo!!!” Ryczę nie bacząc na nieuchronne koszty stomatologiczne. Zero. Tańczy i chyba podśpiewuje? Nie słyszę dobrze. Nic nie słyszę... I co ja wtedy robię? To samo co Klasyk w kultowym "Rejsie" – wychodzę. 
 
Jest takie naukowe określenie m u z a k. Muzak nie jest uważany za sztukę, czyli muzykę, lecz za akustyczny "wypełniacz ciszy". Obecny w lokalach, sklepach, hotelach, windach, ma swój określony marketingowy cel. Albo wypełnia wspomnianą ciszę, albo prowokuje do określonych zachowań. Wbrew pozorom, to nie nowoczesny wynalazek naszej konsumpcyjnej cywilizacji. Już Arystofanes w "Acharnejczykach" wspomina o pracy w arsenale, gdzie „słychać tylko gwizdki oraz dźwięk fletów i piszczałek, które dodają ducha robotnikom". Muzycy z lekceważeniem odnoszą się do tych akustycznych śmieci, jak nazywają muzykę towarzyszącą w przestrzeni publicznej. My, przyzwyczajani na każdym kroku do tego szumu, nie zwracamy na niego zbytnio uwagi. Pewnie i lepiej dla naszego poczucia estetyki. Z muzakiem sprawa jest prosta, ma być cichutko i w zdecydowanym tle. Dlaczego więc nie można podobnie zrobić tam, gdzie jem, rozmawiam z Przyjaciółmi, czytam gazetę przy kawie, nie, przy piwie, zdecydowanie przy piwie? 
 
Karnawał to również święto Muzyki. Każdej, nie tylko tanecznej, ale również tej, która towarzyszy nam w codziennych zajęciach, w pracy, w domu, w samochodzie (jak mówi pewne Radio). W restauracji i pubie. I niech ta muzyka nam towarzyszy, lecz nie płoszy. Niech gra, a nie ryczy, łagodzi.
Prestiż magazyn szczeciński
1( 89)
Styczeń'16
gajda