Tradycyjny felieton Kaczmarka

Wiesz Puchatku, ja to w zasadzie nie lubię Prosiaczka – powiedział jak zwykle ponurym głosem Kłapouchy. To nie jedz – mruknął znad talerza Puchatek." Powyższe zdanie tylko z pozoru wydaje się proste i zwyczajne. Należę do pokolenia, które wychowywane było w poszanowaniu pewnych tradycji.

Autor

Szymon Kaczmarek
Zarówno tych ogólnonarodowych, jak i domowych, rodzinnych. Te ostatnie zależne były od regionu pochodzenia, statusu społecznego oraz innych, niedemokratycznych przyczyn. W mojej rodzinie, gdy nałożono na talerz, należało zjeść. I to bez względu na to, czy smakowało, czy nie. A już w gościach, to nawet pochwalić trzeba było. Taki obyczaj. Czasem trudny do kultywowania. Bo co zrobić, gdy na stole szpinak mdły jak wieczorne "Wiadomości", w gardle ciasno, uszami się wylewa, a tu... taka tradycja?
Tradycja dziś staje się trudnym do zaakceptowania słowem. Mocno nadużywanym, wręcz szarganym, ale zgoła zupełnie bez zrozumienia treści jakie sobą przedstawia. Skoro jest "tradycyjna" polska pizza albo kebab, jeśli na wigilijną kolację zamawia się fast-food'a, to w zasadzie pisanie o tradycji można sobie by było darować. Gdyby nie jedna sprawa: moja tradycyjna upierdliwość. Niedawno zainteresowano mnie fejsbukową grupą miłośników wędzenia. Jestem na nim, więc zaglądam i co widzę? Wynalazki typu metalowa skrzynka, generator dymu i trocinki ze stolarni... Pod zdjęciami ugotowanego, często okopconego mięsa podpisy: "tradycyjna polska kiełbasa", "tradycyjny boczek wg tradycyjnej receptury"... tradycyjna głupota chciałoby się rzec. W marketach od tradycji też równie gęsto. Ta marketowa tradycja jest tak samo tradycyjna, jak stukanie się jajeczkiem podczas wigilijnej wieczerzy (patrz niezrównany "Miś"). Mam nieodparte wrażenie, że ludność mojego kraju nagminnie myli tradycję ze zwyczajem. Może więc wytłumaczę na zgrabnym przykładzie, bom przecież mądrala: jeśli nie potrafisz posługiwać się nożem i widelcem, bo nie chciałeś się nauczyć mimo starań rodziców, to jest zwyczaj. Jeśli jednak i Twoi rodzice nie posiedli tej sztuki, to już tradycja. Czasami z dziada pradziada. Kusi mnie jeszcze, by zająć się kolejnym słownym nadużyciem. Mam na myśli określenie "kultowy". Kultowa knajpa, kultowy utwór, kultowe miejsce... ale to już innym razem.
Luty jest dla mnie miesiącem niecierpliwym i oczekującym. Dobrze, że tak krótki. W tym czasie łażę z zadartą głową i nastawionymi czujnie uszami, wypatrując i nasłuchując czy to już. Najlepiej pojechać w okolice Ińska, to bowiem w tamtych okolicach, wśród morenowych pagórków, pojawiają się tradycyjnie najwcześniej. Grusgrus – żuraw zwyczajny. Nie mam pojęcia dlaczego tak zwyczajnie na nazwisko Mu dano? Przecież od lat wielu dla mnie jest ptakiem nadzwyczajnym. Dzielnym, pięknym, wytrwałym. Wśród zamieci stojącym w szczerym polu, zwiastując najpiękniejszy okres w cyklu przyrody – wiosnę! 
Wypatruję tych zwiastunów wiosennej radości od lat. Od lat tak samo tęsknie i niecierpliwie, tak samo emocjonalnie reagując na pierwsze spotkanie. I tak się zastanawiam: zwyczaj to jeszcze czy już tradycja?
 
"...tradycją nazwać niczego nie możesz. I nie możesz uchwałą specjalną zarządzić ani jej ustanowić. Kto inaczej sądzi, świeci jak zgasła świeczka na słonecznym dworzu! Tradycja to dąb, który tysiąc lat rósł w górę. Niech nikt kiełka małego z dębem nie przymierza! Tradycja naszych dziejów jest warownym murem. To jest właśnie kolęda, świąteczna wieczerza, to jest ludu śpiewanie, to jest ojców mowa, to jest nasza historia, której się nie zmieni. A to co dookoła powstaje od nowa, to jest nasza codzienność, w której my żyjemy."
film S. Barei "Miś" scena finałowa