Spektakl co szczęścia nie daje

Druga premiera w ramach projektu „Pikseloza” Teatru Współczesnego wymyka się jednoznacznej ocenie. Projekt miał być szansą poszukiwania nowego języka dla teatru – stwarzanego przez debiutantów w eksperymentalnej przestrzeni małej sceny Współczesnego. Niestety, owe poszukiwania nie trafiają w gusta widzów.

Autor

Daniel Źródlewski

Spektakl „Mad women” na podstawie tekstu Natalii Mołodowiec w reżyserii Barbary Wiśniewskiej, absolwentki warszawskiej Szkoły Teatralnej, to opowieść o młodych kobietach poświęcających wszystko dla pracy w prestiżowej agencji reklamowej. Do firmy trafia zlecenie na kampanię promocyjną Xymilonu, rewolucyjnego leku powodującego… szczęście. Lek, dzięki któremu na bezrobocie pójdą wszyscy psychoanalitycy, to całkiem ciekawa wizja świata, niestety ów specyfik i zlecenie na jego reklamę staje się jedynie pretekstem do zaprezentowania na scenie trudnych losów bohaterek i obnażenia istoty korporacji. Ciekawie zapowiadająca się inscenizacja staje się festiwalem monologów. Problemy kobiet są… „płaskie”. Wolałbym dowiedzieć się, jaki byłby świat z tabletką szczęścia. Niestety. Otrzymałem chaotycznie skrojoną opowieść imitującą świat reklam. To na scenie miało swoje pięć minut dekadę temu, kiedy się reklamami zachłystywaliśmy, kiedy były nowością i powiewem wielkiego świata. Nowomowa i specyficzne akcentowanie rodem z tandetnych spotów miało zapewne być wyszydzeniem tej formy, ale samo dla siebie stało się pastiszem i przykrym zgrzytem, szczególnie, że Barbara Lewandowska w roli Ewy wyraźnie męczyła się taką manierą, to nie jej wrażliwość… Nawet Maria Dąbrowska, która przyzwyczaiła widzów do brawurowo skrojonych postaci, tutaj nie wystawiła ostrego scenicznego pazura. Świetną kreację stworzyła Magdalena Myszkiewicz, jej sceniczna imienniczka to surowa, wyniosła szefowa, która w finałowych scenach przekonująco obnaża swoje słabości. Agnieszka Ewy Sobczak oraz Anna Magdaleny Wrani-Stachowskiej to pyszne role, ale dramaturgicznie… niedokończone. Mimo to aktorki Współczesnego w świetnej formie, szczególnie w zbiorowych ruchowych scenach. Zaproponowana przez reżyser stylistyka nie przekonuje, sztuczność bijąca z każdej sceny, gestu, mimiki, wystudiowanych garsonek, a nawet z każdego wypowiadanego zdania, mająca zapewne wprowadzić widza w równie nienaturalny korporacyjny świat, przeszkadzają i nie pozwalają na esencjonalne wczytanie się w losy bohaterek. A te to z kolei mało udana literatura – ironiczna i oklepana historia chłopaka, który dla kariery stał się kobietą czy ukryte namiętności i doprowadzone do skrajności zmagania z prozaicznymi problemami codzienności. Historia się nie domyka, porozsypywane osobiste historie poszczególnych bohaterek nie spotykają się w spójnym finale czy puencie. Główny wątek urywa się, sensy się gubią i stają nieczytelne, szczególnie w finale spektaklu, w którym autorki rozprawiają się z trudami macierzyństwa pod kątem wizerunkowym (sic!). Nie rozumiem też zabiegu z doklejanymi wąsami. O ile w przypadku Moniki, co była kiedyś facetem, to jest wręcz udane, o tyle zmultiplikowanie pomysłu w dalszej części spektaklu każe dezawuować przyjęte wcześniej myślenie. Czy to całkiem na serio symbol rzekomej wojny płci, dyskryminacji, parytetu, a może tylko albo aż ironia? Nie wiem. Atutami spektaklu, obok czasu trwania (55 minut), jest świetnie dopasowana oprawa muzyczna. Wartko prowadzona akcja i dynamika zespołowych scen nie pozwalają się znudzić. Najciekawsza jest jednak możliwość odkrycia tego, jak na świat patrzą młodzi twórcy. Warto zapamiętać nazwiska tych twórców, bo czym skorupka za młodu…

Teatr Współczesny w Szczecinie, Natalia Mołodowiec „Mad Women”, reżyseria Barbara Wiśniewska