Najlepsze przede mną

Wspaniała osobowość, wielki głos i miła rozmówczyni. Wybitna polska mezzosopranistka Małgorzata Walewska była gwiazdą inauguracji szczecińskiej Opery na Zamku, która po remoncie na nowo otworzyła swe podwoje. Znalazła czas, by się spotkać także z nami. 

Autor

Aneta Dolega
Zaśpiewała Pani na inauguracji odnowionej szczecińskiej Opery na Zamku. Mogliśmy Panią podziwiać w „Balu Maskowym” Verdiego. Jak wrażenia?
Teatr stoi, sala jest piękna, akustyka jest wspaniała i to co dla mnie i chyba dla wszystkich jest najważniejsze – opera ma fantastyczną orkiestrę. Wspaniale też jest wrócić do grania „Balu Maskowego”. Nie ukrywam, że jest to moja ulubiona opera Verdiego i za każdym razem, kiedy śpiewam w niej, po swoich scenach zrzucam kostium i biegnę na widownię podziwiać kolegów. Co do samej opery i jej umiejscowienia na zamku, to patrząc na polskie warunki jest to wydarzenie bez precedensu. Bardzo mi się to podoba, gdyż lubię teatry, które mają duszę.
 
W „Balu Maskowym” śpiewała Pani rolę wróżki Ulryki. Co Panią fascynuje w tej postaci?
Aria, którą śpiewa Ulryka jest arią, w której trzeba mieć i doły, i góry, i mroczne zabarwienie głosu. To jest spektakularny popis dla mezzosopranowego głosu, a właściwie altowego. Wedle reżyserskiego pomysłu moja postać jest osobą sparaliżowaną od pasa w dół, co jest o tyle trudne, że aby dobrze oprzeć głos trzeba mieć solidną postawę, a nogi są tutaj istotnym elementem. To była dodatkowa trudność, z którą musiałam sobie poradzić.
 
To nie była Pani pierwsza Ulryka. Kiedy wcześniej się z nią Pani zmierzyła?
Pierwszy raz śpiewałam Ulrykę bodajże w 1998 roku w Bremen. Koncepcja była podobna do tej szczecińskiej. Tam byłam emerytowaną aktorką, która jeździ na wózku inwalidzkim. Moja Ulryka była piękną, w typie Marleny Dietrich, kobietą, która prowadziła varieté będące jednocześnie domem schadzek. Moja aria polegała na tym, że dziewczynę, która nie wytrzymywała emocjonalne i płakała przed lustrem, ochrzaniałam śpiewając „co ty sobie myślisz? Klienci czekają, a ty się tutaj mażesz”. Dla mnie jest ciekawe odkrywanie drugiego dna. Oczywista jest warstwa historyczna, to, że w oryginale Ulryka jest wiedźmą z lasu, która gdzieś w jakiejś jaskini wróży ludziom z kart. Lubię momenty, kiedy to przestaje być takie oczywiste. Tutaj jestem liderem wszystkich „połamańców”, ludzi z półświatka odrzuconych przez społeczeństwo. Natomiast w Madrycie byłam szamanem, który miał swojego bodyguarda w osobie wielkiego, ciemnoskórego faceta. Na scenie odbywało się zarzynanie kogutów i inne magiczne praktyki. Każde takie doświadczenie składa się na kolejną rolę. 
 
Jak Pani dba o swój głos?
Za mało (śmiech).
Każdy śpiewak operowy ma swój sposób na podtrzymanie głosu w dobrej kondycji. Dieta, ćwiczenia… a jak wygląda Pani trening?
Wiadomo, że z wiekiem, z upływem czasu nasz organizm się zmienia i trzeba zacząć myśleć o większej dbałości o niego. A im kariera się bardziej rozkręca, tym odpowiedzialność jest większa. Zawodową chorobą śpiewaków jest choroba refluksowa. Cały czas pracujemy przeponą i w pewnym momencie ważne się staje to, co jemy. Różni ludzie różnie do tego podchodzą i np. moi koledzy jak nie zjedzą solidnego steka przed spektaklem, to im się źle śpiewa. Dla mnie najważniejsze jest czuć się lekko przed wejściem na scenę. Myślę, że stąd się biorą problemy niektórych śpiewaków z otyłością. Przed spektaklem nie można się najeść z wielu powodów. Po pierwsze, że jest to stres, po drugie, że jest to rodzaj sportu. Śpiewanie Wagnera, które trwa pięć godzin, to jest ciężkie wyzwanie fizyczne, organizm musi być cały czas skupiony na śpiewaniu. W związku z tym trzymam w garderobie banana, który zawiera potas, zapełnia żołądek i daje siłę. Proszę nie wierzyć w te wszystkie żółtka z jajek, to mit. Największym wrogiem śpiewania jest jednak gadanie, więc to co teraz robię to pewien rodzaj grzechu (śmiech).
 
Jak każda operowa diva ma Pani wielbicieli. Czy są wśród nich szczególnie oddani fani?
Spectrum przyjaciół, których zyskałam dzięki swojej pracy jest duże. Jedną z takich przyjaciółek, która bywa także na moich próbach generalnych, jest pewna pani z Bremen, ponad 80-letnia osoba, wielka fanka opery, od której to usłyszałam największy komplement. Otóż po obejrzeniu „Parsifala” przyszła do mojej garderoby i powiedziała, że jestem śpiewaczką wagnerowską. Bywam też swatką, gdyż dzięki spektaklom, w których zagrałam, a też bezpośrednio przeze mnie, poznało się kilka par, a także nawiązało kilka znajomości. Mój zawód łączy ludzi.
 
Jak w każdym zawodzie, także w Pani przypadku można mówić o pewnej rywalizacji. Odczuwa pani na plecach „oddech” innych śpiewaczek?
Element współzawodnictwa zawsze występuje, ale ja doceniam kunszt drugiego człowieka i kiedy ktoś się mnie zapyta o najlepszą Carmen na świecie to odpowiadam: Elīna Garanča. Przede wszystkim jest to fantastyczny zawód i nie ma co zazdrościć. Człowiek, który ma świadomość swojego warsztatu, swoich zalet, a także swoich wad jest daleki od tego uczucia. Ten zawód polega na ciągłej pracy nad sobą i rozwoju swoich umiejętności. Najlepsze jest to, że najciekawsze role są dopiero przede mną.
 
Dziękuję za rozmowę.
 
Małgorzata Walewska, diva operowa, wybitna polska mezzosopranistka. Została zaliczona do grona dziesięciu najsławniejszych Polaków w zestawieniu, które sporządził tygodnik Time. Zadebiutowała rolą Azy w "Manru" Paderewskiego na deskach Teatru Wielkiego w Warszawie w 1991 roku. Była m.in. Carmen u Bizeta, Judytą w "Zamku księcia Sinobrodego", Poliną w "Damie pikowej" i Olgą w "Eugeniuszu Onieginie" Czajkowskiego, lista jej ról jest długa. Występowała gościnnie w teatrach operowych Bremy, Genewy, Klagenfurtu, Las Palmas, Luksemburga, Rzymu i Florydy (Palm Beach Opera). Związana była stałym kontraktem z wiedeńską Staatsoper i drezdeńską Semperoper. Wśród jej partnerów scenicznych znaleźli się m.in.: Renato Bruson, Placido Domingo, Simon Estes, Thomas Hampson i Luciano Pavarotti.