Pan od ubierania muzyki

O mały włos nie został magistrem eksploatacji portów i ładunkoznawstwa. Pan dziekan i kilku magistrów wyrzucili go z hukiem ze szczecińskiej Akademii Morskiej za to, że zamiast być na praktykach pojechał na festiwal do Jarocina. Dziś od ponad dwudziestu lat robi to, o czym w dzieciństwie po cichu marzył. W rozmowie z Prestiżem opowiada o roli producenta muzycznego, ogólnopolskim narzekactwie i codziennych rozmowach z żoną, które wcale nie dotyczą wielkiej sztuki...

Autor

Paulina Błaszkiewicz
Lubisz wino?
Lubię alkohole, a wino jest wśród nich.
 
Trochę inaczej postrzegamy wino niż za czasów Twojej wczesnej młodości, kiedy dorabiałeś jako kamerzysta na weselach.
Oj tak. Tam raczej była wódka. Można powiedzieć, że wino pojawiło się w Polsce stosunkowo niedawno, z nową erą i z wyzwoleniem. Wcześniej wino kojarzyło się źle, a teraz kojarzy się bardzo prestiżowo. Jak ktoś pije wino, to w zasadzie chyba się nie upija i jest elegancki. Taka przylgnęła do tego łatka.
 
Do wina możesz grać?
Tak. Moja muzyka jak najbardziej nadaje się do wina, ale jest dobra również do mocniejszych alkoholi i egzystowania. W kameralnych salach wino jest mile widziane, a zwłaszcza w miejscach o nieprzyjaznej akustyce dla grania głośnego i hałaśliwego. Czasami poza tym, że gra się do wina, trzeba szybko zreformować repertuar, by ludzi nie zabić..
 
Od ładnych kilkunastu lat jesteś jednym z najbardziej rozpoznawalnych producentów w naszym kraju. Przyznasz, że dosyć mocno zmieniło się w ostatnim czasie postrzeganie tej profesji. Dziś bez producenta nawet największy artysta nie istnieje. Przykładów nie trzeba daleko szukać: Mela Koteluk, Monika Brodka, Artur Rojek.
Producenci byli zawsze, ale kiedyś nie nadawano im statusu. Producentem był ktoś z zespołu albo był to realizator dźwięku i oni jakoś tam kreowali to brzmienie. Robili to nieświadomie i nie byli wpisywani jako ktoś, kto jest ważną częścią tego całego procesu i wpływa na ostateczny kształt muzyki. Zmieniło się to, że bardzo zmieniła się technologia i dzisiaj w dużej mierze muzyka manifestuje się i przynależy gdzieś z uwagi na brzmienie, a nie ze względu na samą strukturę muzyczną, harmonię. Jedną piosenkę można podać na dziesięć sposobów i ona może przynależeć do różnych środowisk, do różnych miejsc i brzmienie bardzo mocno definiuje dokąd to trafia i jak to trafia. Do tego, żeby nadać brzmienie jest potrzebny producent, czyli człowiek, który kreuje takie szaty dla muzyki, bo samą muzykę piszą artyści. Producent ją ubiera w coś, w czym można wyjść na ulicę na przykład w Nowym Jorku, albo na ulicę w Łodzi sto lat temu.
 
Czego byś nigdy nie wyprodukował? Albo inaczej: Czyjej płyty byś nie zrobił?
Wiesz gdybym Ci odpowiedział na to pytanie, to obraziłbym tych, z którymi nie chciałbym współpracować. Jest mnóstwo rzeczy, które mnie nie interesują zupełnie muzycznie. Zrobienie płyty jest pracochłonne. Dla mnie jako producenta to pół roku życia, takiej intensywnej pracy, więc jeśli już zdarza mi się wybrać kogoś z kim pracuję, to musi to być ktoś albo coś z czym czuję się dobrze i co mnie też niesie jako producenta. Nie chodzi tylko o pieniądze, czy sławę, ale o jakieś emocjonalne zdarzenie po to, żeby po tych sześciu miesiącach nie popełnić samobójstwa. Siedzenie z materiałem, na który składa się dziesięć, czy jedenaście piosenek, których trzeba słuchać po sto razy przez pół roku nie może być dla mnie samego złe.
 
Zawsze było Ci dobrze? Nigdy nie miałeś tzw. ciężkiej drogi zanim zostałeś tym, kim jesteś dziś?
Nigdy nie miałem ciężkiej drogi. Miałem zawsze bardzo łatwo, bo żyłem w rodzinie, której się zwyczajnie powodziło. Miałem super rodziców i super siostrę, było mi zdecydowanie łatwiej niż niektórym moim kolegom. Nie musiałem pracować. To, że podejmowałem jakąś pracę było raczej rodzajem ukłonu w stronę rodziców i moich chęci posiadania własnych zasobów, ale nigdy nie musiałem niczego robić.
 
Masz jakieś niespełnienia?
Zawsze dążysz dalej, albo wydaje ci się, że może być inaczej. Mam mnóstwo niespełnień. Kiedyś moim marzeniem było zrobienie czegoś, co mogłoby trochę wyjść poza granice Polski. Teraz już w ogóle o tym nie marzę, a nawet przestałem o tym myśleć. Wystarczy mi Polska i to jest super. Czasami zdarza się, albo są takie dni, kiedy człowiek poświęcając się pracy, w obojętnie jakiej dziedzinie zdoła się sam czymś zaskoczyć. Nie oszukać, ale zaskoczyć, czyli zrobić coś i powiedzieć: Wow, jakoś fajnie mi wyszło i właściwie nie wiem, jak to się stało. To nie było to, co już wiem, ale coś co się wypracowało i trochę niechcący do tego dotarło. To są najpiękniejsze momenty i takich właśnie chwil oczekuję, że sam doprowadzę się tam, gdzie jeszcze nigdy nie byłem.
 
Sam jesteś sobie sterem, żeglarzem i okrętem?
Skąd. Nie istnieję bez ludzi. Potrzebuję muzyków, wokalistów i partnerów do swojej pracy, ale mam w niej duże doświadczenie, bo robię to dwadzieścia parę lat i mnóstwo polskich artystów poznałem. To jest tak, że możesz słuchać płyt, czytać nuty i robić masę podobnych rzeczy, ale spotkanie z żywym człowiekiem nawet przez pięć, czy dziesięć minut, zagranie z nim, czy wymiana pewnej energii daje o wiele więcej niż tygodnie studiowania. Tak po prostu jest. To są rzeczy bardzo pierwotne, które mamy pewnie w DNA i to się gdzieś odbywa niewidocznie.
 
A propos studiowania. Ile lat spędziłeś w Akademii Morskiej?
Cztery i pół chyba.
 
Czyli prawie skończyłeś. Magistrem czego byłbyś dzisiaj? To jakieś ciężkie kierunki są...
Oj ciężkie, ciężkie. Studiowałem eksploatację portów handlowych i ładunkoznawstwo na Akademii Morskiej w Szczecinie. Jeśli chcesz wiedzieć co z czym może być w ładowni statku to polecam.
 
A Tobie kto to polecił?
Mój tata był bardzo mocno związany ze światem wielkiego przedsiębiorstwa usług rybackich i przetwórstwa. Bardzo dużo statków było rozsypanych po świecie, to była taka polska flota, która łowiła ryby, które wszyscy, którzy będą czytali to pismo pewnie kiedyś jedli (śmiech). Całe moje życie było związane z morzem. Otaczali mnie rybacy, jacyś partnerzy taty z pracy i w zasadzie rodzinnie przynależałem do świata związanego z portami i z wymianą handlową.
 
I dla rock'n'rolla rzuciłeś studia?
Tak, pojechałem do Jarocina z zespołem Upside Down ze Świnoujścia, a w porcie to był czas praktyk. Traf chciał, że dziekan z jakimś tam drugim magistrem od czegoś przyszli na inspekcję i mnie po prostu nie było. Koledzy próbowali coś tłumaczyć, że ja przyjadę itd., ale nie było wtedy komórek, więc domyśl się co się działo...
 
Wyrzucili Cię z hukiem...
Tak. Dyscyplinarnie jako przykład zostałem potraktowany i wyrzucony z tej szkoły. To by było dramatyczne gdyby nie fakt, że zanim jeszcze pojechałem na tą komisję dziekańską, gdzie we trzech mnie długo usuwali i maglowali, dostałem telefon z Wilków, żebym przyjechał na przesłuchania do Warszawy. Pomyślałem sobie: Oczywiście, że pojadę. Zostałem przyjęty, więc olałem tę szkołę z lekkim sercem. Jedyne co mnie bolało to to, że rodzice płacili za to cztery lata i jakby liczyli, że będą mieli wykształconego syna, a tymczasem nie udało się.
 
Jak rodzice traktowali to, że zajmujesz się muzyką?
Jako hobby i pasję, ale traktowali to z przymrużeniem oka. Było o tyle dobrze, że jak prosiłem o syntezator, to tata mi go po prostu kupował, a to pomagało w rozwoju, ale mówił też: „Synku, to fajnie, że grasz, ale też zdobądź jakiś zawód, a potem sobie graj.”
 
To było chwilę po 89 roku. Kto wtedy myślał o tym, że można żyć z muzyki? Ciężko było zdobyć takie drogie zabawki jak np. wspomniany przez Ciebie syntezator?
Ciężko. To wtedy nie tylko było bardzo drogie, ale dość niedostępne, ale problem tkwił gdzie indziej. Ja pochodzę z małego miasta i tam nie było wzorów. Nie znałem nikogo, kto żyłby z muzyki w jakiś godny sposób. To raczej kojarzyło się pejoratywnie. Znało się muzyków knajpianych, co ani dla mojej rodziny ani dla mnie nie było spełnieniem marzeń. Ja zawsze marzyłem o byciu muzykiem, ale kiedy chodziłem na koncerty nigdy nie wyobrażałem sobie, że kiedyś stanę może nie na równi, ale na tej samej scenie z wieloma swoimi idolami, że ich kiedyś spotkam i ostatecznie część z nich stanie się moimi kolegami, czy przyjaciółmi.
 
Albo, że przyjdą do Ciebie i powiedzą: Andrzej zrób mi płytę?
To jest niezwykła rzecz. Pochodziłem z małego miasta, w którym nikomu się nie udało w tamtych czasach. Dla mnie to była przepaść, ale niemożliwe stało się możliwe.
 
A może udało się dlatego, że Ty nigdy nie narzekałeś. Oglądałam ostatnią galę rozdania Fryderyków, na której wszyscy ubolewali nad tym, jak to artystom w Polsce jest źle. Naprawdę jest aż tak źle?
Nie chcę tego w ogóle komentować, bo dla mnie to jest straszne. Nawet jeśli komuś jest źle, to nie powinien narzekać na takiej gali, która jest świętem polskiej muzyki. My cały czas mamy ten problem, że próbujemy się przyrównywać najchętniej do sąsiadów od strony Niemiec, a sporo musimy się jeszcze napracować, żeby mieć taki status jak zachodnia Europa.
 
Umiesz się dostosować do czasów?
Tak.
 
Zaczynałeś grać w czasach, kiedy nie było Internetu...
Internet to dla mnie trochę obca rzecz. Wiesz, czasy są dziwne, bo dzięki Internetowi artyści zaczynają właśnie jęczeć, prosić swoich fanów żeby na nich głosowali na listach przebojów, żeby robili dla nich różne dziwne rzeczy. To jest fajne, ale jeśli ktoś robi to wszystko sam. Jeśli mu się coś spodoba, to on i tak sobie wejdzie na tę stronę i zagłosuje. Nie trzeba go przymuszać i spamować tysiącami różnych postów, bo to jest męczące, a nawet powiedziałabym, że obniża wartość tej muzyki.
 
Czyli cały czas się napinamy. Nie wierzę, że nie znasz ludzi w branży, którzy myślą: Zrobię płytę z tym i z tym i świetnie na niej zarobię.
Takie rzeczy się raczej nigdy nie udają. Jest tak, że Pan Bóg rozdaje karty. W pewnym momencie dostajesz Asa znienacka i wciągasz go w skali. Bez względu na to, czy moja płyta z Kevem Foxem osiągnie sukces w Polsce, bo może być różnie, ponieważ czegoś takiego jeszcze u nas nie było... No, może był kiedyś John Porter, a właściwie nadal jest, ale obojętnie co będzie, to my już i tak jesteśmy zadowoleni. Z tego, że się spotkaliśmy, że zrobiliśmy muzykę. Ja czegoś się nauczyłem, może Kev również. To fajne spotkanie i tyle, a co ma być to będzie.
 
Nadal marzysz o muzyce filmowej?
Tak. Na pewno to się kiedyś wydarzy. O mały włos... Ok, powiem Ci, część mojej muzyki będzie w filmie, który niebawem się pojawi. Z tą muzyką jest tak, że jest już tak blisko, a ciągle jakieś zewnętrzne i niezależne ode mnie rzeczy powodują, że się nie udaje tego zrobić, ale mam jeszcze na to czas. Teraz kończymy pracę nad płytą z Kevem Foxem. Mamy przygotowane koncerty. Pojawię się też na festiwalu Męskie Granie. Mam co robić...
 
Pytasz swoją żonę o zdanie, o to, czy to, co zrobiłeś jest dobre, czy nie?
Tak, pytam, ale nie na zasadzie testera po to, by zobaczyć jak to działa na kobiety, czy coś w tym stylu. Moja żona siłą rzeczy jest najbliżej mnie ze wszystkich ludzi, dlatego ją pytam, chociaż wiem, że ona nie ma dystansu i jakiegoś świeżego oglądu mojej twórczości, bo zbyt dobrze się znamy. Ona jest krytyczna, ale wiesz, jak coś jest bardzo blisko, to ma inną wagę niż wtedy, kiedy jest trochę dalej.
 
Macie w domu połączenie obrazu i muzyki. Twoja żona też jest fotografem, wykonuje artystyczny zawód. Mówi się, że w takich związkach jest trudno o zgodę. Wam się udaje?
Udaje, chociaż bywa ciężko. Nie ma tej bariery, dystansu. Ja wiem co ona robi, ona wie co ja robię, a tu niezwykle łatwo o przekraczanie granic. 
 
O czym rozmawiacie?
Wbrew pozorom mało gadamy o muzyce i o fotografii. Rozmawiamy o zupełnie innych rzeczach, a to jest jakiś margines, wycinek dwudziestoprocentowy. Mamy małe dziecko więc teraz to już w ogóle jest o czym rozmawiać. (śmiech)
 
Pieluchy, zupki, kaszki i inne przysmaki?
Te rzeczy, dokładnie tak. (śmiech)
 
 
Smolik w Szczecinie
Muzyk, obdarzony nieprzeciętną wyobraźnią muzyczną kompozytor, multiinstrumentalista, inżynier dźwięku, dziennikarz radiowy i producent muzyczny, który w Polsce temu zajęciu nadał właściwy wydźwięk i wartość. Andrzej Smolik, chłopak znad morza jest artystą absolutnym.  
Pochodzi ze Świnoujścia i jako syn rybaka miał kultywować rodzinną tradycję, ale pomimo studiów na Akademii Morskiej wybrał inną drogę. Zaczynał karierę na początku lat 90., grając z miejscowymi muzykami w jazzowo-bluesowym zespole J.Pies. Wkrótce dołączył do Roberta Gawlińskiego i jako nikomu nieznany muzyk trafił do stolicy wprost w szeregi Wilków, gdzie grał na klawiszach. Pierwsze sukcesy, trasy koncertowe i rock’n’rollowe życie. Tymczasem rodziła się nowa scena muzyczna, która artystę zaczęła bardzo pociągać.
Szczecin w tym czasie był miastem, które przechwytywało światowe trendy, nie tylko w muzyce. To tu narodziła się w Polsce scena klubowa, a Andrzej Smolik często zaglądał do miasta. Spotkanie z Piotrem Banachem z Hey spowodowało, że dla muzyka drzwi do show biznesu stanęły otworem. Skomponowanie kilku utworów na solową płytę Kasi Nosowskiej „puk, puk” i dalsza współpraca z nią już w roli producenta to był tylko początek. Nadmorska bryza wprowadziła nieco świeżości. Wkrótce Smolik zyskał sobie renomę jednego z najbardziej wziętych muzyków sesyjnych w kraju. Współpracował m.in. z Myslovitz,  Firebirds, T.Love, Miką Urbaniak, Kayah, Noviką, Tomaszem Stańko. Pisał muzykę do reklam i seriali, stworzył oprawę muzyczną Faktów TVN. Te imponujące dokonania sprawiły, że dziennikarze mianowali go mistrzem drugiego planu i jednym z najlepszych speców od muzyki elektronicznej w Polsce. W 2001 roku, po długich kilkuletnich namowach artysta zdecydował się na wyjście z cienia i wydanie pierwszego, w pełni autorskiego albumu. „Smolik” to muzyka klubowa, bez cienia kontestacji, pełna relaksujących dźwięków. Artysta jest bowiem w równym stopniu zafascynowany nowoczesną elektroniką, co i starymi, analogowymi brzmieniami. Album spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem. Smolik dwa lata później nagrał następny materiał kontynuując ścieżkę muzyczną. Wielokrotnie nominowany, jest laureatem Fryderyka i Paszportu Polityki, a jego trzeci autorski album osiągnął status złotej płyty. Przy tych wszystkich sukcesach nadal pozostaje skromnym człowiekiem.
Opracowała: Aneta Dolega