Nie o pszczołach

Zbigniew Wodecki, pan od Pszczółki Mai. Ale przede wszystkim: muzyk, kompozytor, multiinstrumentalista, piosenkarz, aktor i osobowość telewizyjna. Do Szczecina przyjechał wraz z zespołem Mitch&Mitch, z projektem, w którym wspólnie wykonują utwory z jego debiutanckiej płyty sprzed 40 lat.

Autor

Daniel Źródlewski

galeria

Nasłuchałem i naczytałem się Wodeckiego przed tym spotkaniem. To, co Pan muzycznie teraz osiąga, by nie rzec „wyprawia” (przyp. red. współpraca z Mitch&Mitch, skrzypcowa solówka z heavy metalowym zespołem Exlibris), czy to, co Pan mówi w wielu wywiadach, każe mi myśleć, że ma Pan do siebie cholernie duży… dystans. 
Ja myślę, że to forma samoobrony. Człowiek broni się przed tym, co go spotkało… (śmiech). Po latach okazało się, że jestem już takie stare zwierzę, co się je wykopało… mamut? Nie. Jak się nazywają tacy goście?
 
Dinozaur?
O, dinozaur! Spotykam się z objawami szacunku ze strony młodzieży, co z jednej strony mnie bardzo cieszy, ale z drugiej trochę martwi. Jeszcze do niedawna zawsze byłem „tym najmłodszym”, a teraz gram z zespołem, w którym średnia wieku jest taka, jak moje dzieci. Więc trochę się dziwię, bo ja od tylu lat w tych trasach, w tych próbach – Anawy, Demarczyk, Piwnice, orkiestry różne i zawsze byłem najmłodszy. I tak grałem, grałem, grałem i ani się człowiek nie obejrzał…
 
Dinozaur, ale w jakiej formie!
Ja podchodzę do tego cholernie poważnie, czy wręcz genetycznie. Cała rodzina muzyków, więc wciąż musiałem się z kimś ścigać, a to jest naprawdę męczące. Potem, kiedy odniosłem sukces, to już przechlapane (śmiech). A tak serio, to ten sukces nieustannie trzeba trzymać za ogon. Spać się nie dało: a to teksty, a to aranż, a to ktoś, a to coś, ech… żeby się utrzymać, żeby być. Na szczęście udało się te 40 lat utrzymać, ale kosztem normalnego życia – zamiast iść w karty pograć, wódeczkę ze znajomymi wypić, na mecz iść, pogadać z przyjaciółmi. Ja cały czas idę, idę, idę, ale idę do roboty, a nie rozerwać się i stąd ten dystans. Żeby nie zwariować. 
 
I ten dystans pcha Pana do nowego, do stworzenia „nowego” oblicza Wodeckiego, choćby projektem z Mitchami. 
Oni potrafią się bawić muzyką, a ja jeszcze chyba nie… Wzajemnie od siebie się uczymy. Cały czas mam tremę przed tymi występami, mimo że śpiewam swoje stare numery. To przecież piosenki, które ludzie doskonale znają i lubią. Pozwalamy im poczuć się młodszymi, cofnąć w czasie. Ot taki syndrom „przeboju”. Ale ja się wciąż tremuję i jednocześnie śmieję, że na nowo debiutuję. Bo to przecież muzyka z mojego pierwszego albumu z 1976 roku.
 
Czas tej muzyce nie szkodzi?
Teksty napisane przez świetnych literatów, proste rzeczy, żadne tam „ajwaj”, okazały się uniwersalne. A muzyka? Muzyka nie ma szansy zmienić się, ja na to nie pozwolę. Teraz ta technologia, te komputery, dziwne urządzenia… Ok, to jest nieprawdopodobne, co można dziś zrobić z muzyką, ale jak się to obedrze z tych sampli, tych efektów, że jak naciśniesz guzik to samo gra, a jak wciśniesz drugi to wychodzi przebój światowy (śmiech). Przez taką łatwość jest to efekciarskie. Mam wrażenie, że ludzie oduczyli się słuchać takiej prawdziwej muzy. Ludziom się wydaje, że jak coś puszczą w radiu siedemnaście razy i powiedzą, że to jest przebój, to tak jest. A gdzie prawdziwa muzyka? 
 
Są dla Pana jakieś granice w tych muzycznych podróżach?
Ja bym nie poszedł w muzykę współczesną, tak zwaną konkretną. Pamiętam jak grałem w orkiestrze radiowej, przyjechał młody Francuz, co w nagrodę za jakiś festiwal nagrywał z nami płytę. Usadził nas w jakieś niekonwencjonalne grupy, partytura przypominała abstrakcyjną grafikę, a nie nuty. Ambicją poruszony, próbowałem to rozczytać, ale się nie udawało. Na którejś z prób zacząłem grać to, co mi przyszło do głowy. Dyrygent spojrzał na mnie, ja wystraszony, a on błysk w oku i kciuk do góry podnosi, krzycząc „Świetnie!”. Mnie to nie kręci, lubię muzykę swingową (śmiech).
 
Rozmawiamy w Pana garderobie chwilę przed koncertem, właściwie wejdzie Pan na scenę za jakieś 8 do 10 minut. Co ja tu jeszcze robię? 
Spokojnie… Ja mam taką dziwną tremę, ale umiem ją zabijać. Ja z panem rozmawiam po to właśnie. Wejdę na scenę i będę tę rozmowę kontynuować, ale już z publicznością. Choć przyznaję, że jak już stanę przed ludźmi, to zaczyna się inny świat – zaczyna się zabawa, ale zabawa według bardzo restrykcyjnych reguł. Muzycznych reguł.
 
Dziś po raz pierwszy koncertuje Pan w szczecińskiej Azoty Arene, ale jest Pan u nas częstym gościem. 
Tyle miałem tu koncertów – w świetnie brzmiącym amfiteatrze, w Teatrze Polskim… A propos brzmienia: tu w Szczecinie publiczność świetnie brzmi! A po drugie, gdzie znajdę takie drugie miasto, w którym jak jadę autem, włączę GPS, to mi mówi „zjedź na rondzie w siódmą ulicę”. No, tylko w Paryżu i w Szczecinie (śmiech).
Prestiż magazyn szczeciński
3( 91)
Marzec'16