To nasi wierni przyjaciele

Kot, w zależności od sytuacji, pokocha każdego. Pies natomiast będzie najwierniejszym przyjacielem na całe życie. Zapytaliśmy znanych i lubianych szczecinian o ich zwierzaki. Okazuje się, że każdy jest niepowtarzalny i najcudowniejszy. Z każdym również wiążą się jakieś zabawne opowiastki. Sami przeczytajcie…

Autor

Andrzej Kus
Michał Janicki, aktor
Kabelek z teatralnym zmysłem
 
Jestem szczęśliwym posiadaczem małego pieska, Kabelka. To tzw. owczarek szczeciński, zwykły kundelek. Gdy pracuję prowadzam go do niani, tak samo jak prowadza się dziecko na półkolonię. Nianią jest pani Alicja, emerytowana pracownica PŻM, bajkopisarka i kronikarka, zarówno Szczecina, jak i własnej rodziny. Jest już trochę schorowana, dlatego pomocą służy jej mąż – pan Andrzej, siła wykonawcza przy wyprowadzaniu Kabelka. Jest on u nich czasami cztery, czy pięć dni pod rząd. Ten pies nie potrafi sam usiedzieć w domu, nie mogę go zostawiać. W pewnym momencie swojego życia przesiadywał podczas spektaklu w garderobie. Potrafił w ciszy nawet dwie godziny. Rozróżniał brawa, wiedział gdy są końcowe i wtedy dopiero dawał głos. Ma szósty zmysł teatralny. Wiedziałem jednak, że to traumatyczne przeżycie dla niego. Miał specjalne względy w teatrze wśród kolegów. Mógł tam rezydować. Pani Alicja miała wówczas kota, który przeszedł do Hadesu i zwolniło się u niej miejsce w domu. Kiedyś odwiedziłem ją i Kabelek wskoczył na parapet i momentalnie się zadomowił. Sam więc wybrał nianię. Trafił do mnie też przypadkowo, zupełnie. Przed teatrem stała pani, która zanosiła się płaczem. Podszedłem i zapytałem co się dzieje. Powiedziała, że ma problemy zdrowotne, musi iść do szpitala i czeka właśnie na transport by psa odwieźć do schroniska. Nie miała co z nim zrobić. Zaproponowałem, że przez te 3 czy 4 miesiące nim się zaopiekuję. Podupadła na zdrowiu na tyle, że nie mogła już go zabrać. Tak Kabelek jest ze mną już cztery lata, a ma już chyba z 10. Zaczęła mu siwieć broda. Ale zarobił na siebie. Jest strasznym panikarzem. Byliśmy kiedyś w domkach letniskowych w Ińsku. Na noc ktoś przymocował cztery rowery, a te spodobały się złodziejom. Gdy się do nich dobierali pies narobił strasznego rabanu. Był bohaterem i dostał oczywiście nagrodę. Jeśli miałbym wybierać: pies czy kot, to chyba bym nie potrafił. Mam pojemne serce jak autobus, zresztą jestem po sześcioletnim technikum weterynaryjnym. Najlepiej bym się czuł na takiej Arce Noego, gdzie byłoby wszystkiego po trochę. Koty są fantastyczne i pożyteczne, ale w psach mnie zachwyca ich bezinteresowność, radość na powitanie. Mam jeszcze inną trójkę podopiecznych. Nazywają się Suzi, Bolek i Lolek. Ktoś podrzucił je do ogrodu. Z całą rzeszą ludzi zajmuję się tymi zwierzakami od 3 lat. Właściwie tylko dla tych piesków wynajmuję i opłacam ogród. 
 
Tomasz Owsik-Kozłowski, rzecznik prasowy Zarządu Budynku  i Lokali Komunalnych
Nic nie zastąpi mojego psa
 
Nigdy nie chciałem psa. Kłaki, szczekanie, codzienne spacery. Jednym słowem — odpowiedzialność. Wszystko zmieniło się w chwili, gdy zobaczyłem na facebooku zdjęcie smutnego Goldena szukającego domu. Jammal musiał być mój. 
Pies z kotem mają niewiele wspólnego. Znam to z autopsji, ponieważ mam jeszcze kotkę Locę, czyli biało-czarnego dachowca wychowanego w poczuciu wyższości nad całym światem. 
Każde ze zwierzaków ma swoje dobre, i te mniej dobre strony. Nic jednak nie zastąpi merdającego ogona psa, gdy otwieram drzwi po ciężkim dniu. Jammal wita mnie z kapciami w pysku. Loca zazwyczaj sama czeka, aż to ja ją przywitam.
Takiej miłości, jaką pies żywi do swojego właściciela, ze świecą szukać. Każde 15 minut w pustym domu to dla niego wieczność. Każdy powrót to okazja do radości. Każdy spacer jest świętem, a posiłek wydarzeniem. Jammal dzielnie każdego dnia trwa przy stole, gdy jem obiad. Wiem, że nie dlatego, że chce mi towarzyszyć. To naprawdę nieważne. Ważne jest to, że jest zawsze przy mnie i uczy mnie odpowiedzialności. 
Pamiętam radochę z nauki pierwszych komend i wyjazdów na łąkę. Pamiętam własne (i znajomych) zdziwienie, gdy musiałem wyjść z sobotniej imprezy, by wyprowadzić psa. Pamiętam sylwestra organizowanego w domu tylko dlatego, by pies nie musiał zostawać sam. I wcale wtedy nie czułem, że coś tracę. Zyskałem przecież najwierniejszego na świecie przyjaciela. Kot po prostu jest. Kochać się go powinno za to, że nigdzie się nie wybiera. Bo przecież mógłby w tym czasie zdobywać świat. Pies z kolei nigdy nie przestanie starać się o moją uwagę i udowadniać, że na nią zasługuje. Kota mogę pogłaskać, gdy ten akurat dojdzie do wniosku, że ewentualnie może się poświęcić i podejść. Pies sam wpycha łeb pod dłoń i według niego zawsze jest dobry czas na „mizianie” Zwierzaki naprawdę się różnią, a każde z nich jest wyjątkowe. Z tą różnicą, że pies tego nie wie, a kot nigdy nie pozwoli mi o tym zapomnieć.
 
Monika Petryczko, didżej, właścicielka firmy petryczko.pl 
Mam własną Pandę
 
Przyznam, że bardziej jestem miłośniczką psów, niż kotów. Z racji miliona rzeczy, którymi się zajmuję i wielu podróży byłoby konkretnym brakiem odpowiedzialności przygarnięcie psiaka. Wymaga on mnóstwo uwagi, trzeba z nim wychodzić, nie miałabym możliwości. 
Posiadam więc kota, który zwie się Panda. Przyjechał do mnie z Grudziądza. Przed ośmioma laty spędzałam tam z najbliższymi święta. W jednym z domów okociła się kotka. Poszłam zobaczyć i jeden z maluchów do mnie podszedł. Okazało się, że to właśnie on mnie wybrał, a nie ja jego. Zabrałam do domu z racji tego, że koty są bardziej samodzielne od psa. Poradzą sobie bez wychodzenia z domu. Wiedziałam, że jeśli tego nie zrobię kot najprawdopodobniej nie przeżyje. Teraz nie wyobrażam sobie życia bez Pandy. Dawniej nazywana była miss Polonia, teraz miss jest tylko dla mnie, bo mocno przytyła. Ma zabawne przyzwyczajenia, wnosi wiele radości do mojego domu. Gdy widzi kogoś, kogo lubi, a ten ktoś porusza głową, to go naśladuje. Umie również aportować i namiętnie przynosi gumki do włosów. Śpi oczywiście w łóżku: raz w nogach, raz na głowie, a gdy jest głodna zawsze budzi. 
Nie zmienia to jednak faktu, że wciąż marzę o psie. Gdy będę miała już spokojniejsze życie i będę potrafiła zagwarantować mu szczęście – z pewnością psiaka przygarnę. Obawiam się jednak, że może to się stać dopiero wtedy, gdy będę już staruszką. 
 
Kamila Lewdańska, szczecińska fotograf, blogerka
Leniwy Rudzielec
 
Zawsze marzyłam, by mieć rudego kota. Zadzwoniła znajoma. Pojawił się taki na stacji obok jej domu. Nie minęła godzina, a ja już po niego byłam. Do tej pory zajmowała się nim obsługa stacji i go dokarmiała. Podjęli jednak decyzję, by oddać go do schroniska. Całe szczęście nie musiał tego przechodzić. Był z niego straszny słodziak. Jako mały kot miał sterczącą niczym żagiel kitkę. Był czystym wcieleniem ADHD. Nie spał po nocach. Początki były, delikatnie mówiąc, ciężkie. Wydaje mi się, że niektóre kobiety miały mniej zachodu w nocy z maleńkim dzieckiem niż ja z tym małym futrzanym energicznym wcieleniem szatana. Teraz ten dostojny pan zestarzał się, z nadpobudliwego kociego dachowca zrobił się zwykłym leniwym kanapowcem, który uwielbia wylegiwać się w słońcu. Pamiętam gdy którejś nocy zrzucił mi z parapetu siedem kaktusów w doniczkach. Spłoszony moim wejściem do pokoju oczywiście wskoczył w te rozsypane rośliny więc musiałam pół nocy wyjmować mu igły z tyłka. Próbowałam przez jakiś czas nauczyć go chodzić na smyczy, zabierałam do Parku Kasprowicza. Tam stoczył pierwszą bijatykę z jakimś małym Yorkiem. Teraz się tylko z niego śmiejemy bo zawsze próbuje dać dyla przez drzwi do miejskiej dżungli.
Kocia fascynacja nie zatrzymała się na jednym kocie. Jedna z podstawowych myśli kociarzy: ”byłam normalna dwa koty temu” jest w pełni uzasadniona. Wracając parę lat temu zimą z zakupami usłyszałam jakieś żałosne miauczenie pod samochodem i wylazło spod niego dziwne coś, co w świetle latarni okazało się być niemiłosiernie skatowanym kotem. Moją jedyną myślą było zabranie go do domu żeby nie zdychał na mrozie. Masa wizyt u weterynarza nie dawało mu zbyt wielkich szans na przeżycie. Tymczasem minęło parę lat a Mały jest szczęśliwym, wielkim kocim grubasem, który jest oczkiem w głowie mamy i najbardziej rozpieszczanym członkiem rodziny.
 
Piotr Krzystek, prezydent Szczecina
Stuart, co kocha naleśniki
 
Stuart, bo tak się wabi mój pies, nie należy do malutkich, choć ma zaledwie trzy lata. Jest typowym przedstawicielem rasy Golden Retriver. To prawdziwy przyjaciel i wierny towarzysz dziecięcych zabaw, który w żadnej mierze nie myśli o stróżowaniu. Kocha wszystkich, a każdego kto pojawi się w naszym domu czule wyliże i przywita merdającym ogonem. Uwielbia spacery w szczególności tam, gdzie można popływać, albo chociaż zamoczyć futro - i nie ważne czy jest to czysty zbiornik wodny czy kałuża lub błoto. Ważne by była zabawa. Słabością Stuarta jest jego niepohamowany pęd do jedzenia, a na słowo "naleśnik" wykaże się wszystkimi umiejętnościami, które zdążył dotychczas przyswoić. Nie jest tajemnicą, że rodzina jest dla mnie najważniejsza. Po trzech latach mogę śmiało powiedzieć, że Stuart jest jej ważną częścią. 
 
Aleksandra Charuk, właścicielka firmy PR
Maniuś, największa przytulanka
 
Pięć lat temu dostałam od mojej przyjaciółki Ewy niecodzienny, futrzany prezent - kociaka. Był przepiękny, robił genialny wrażenie. Postanowiłam, że nazwę go Marian. Imię dostał na cześć docenta Wolańskiego z fantastycznego, kultowego filmu „Kogel-mogel” oraz innych niezapomnianych filmowych Marianów. Nazywamy go bardzo różnie, w zależności od okoliczności. Czasami jest Maniusiem, czasami Manutem, Mansonem ewentualnie Mańkiem. Jest on kotem bezproblemowym. To typowy „miziak”, który żyje w myśl zasady: głaszcz mnie ty ludzki niewolniku, teraz! Niewiele więcej dla niego się liczy. Kudłacz niezłośliwy oraz bezkonfliktowy przytulałby się całymi dniami. Ma mnóstwo zalet. Na przykład sam się wyprowadza na spacery, wystarczy zostawić uchylone drzwi czy okna. 
 
Jego wadą są natomiast piesze wycieczki po okolicznych posiadłościach, niekoniecznie budzące entuzjazm odwiedzanych sąsiadów i nie tylko. Całe szczęście nie osłabia to jego fanklubu. Jest zawsze uwielbiany przez wszystkich moich gości. Nie ma znaczenia, kto przychodzi. Jego pasją jest przytulanie i wtedy zawsze pełni taką funkcję: żywej przytulanki. 
 
Karol Bedorf, zawodnik brazylijskiego jiu-jitsu i mieszanych sztuk walki
Psy samurajów
 
Uwielbiam psy, rasę mojego czworonoga wybrałem nieprzypadkowo. Japońska Akita to pies, który dawniej służył u boku prawie każdego samuraja. To jest szczególna rasa, pierwotna. Nie mieszana z innymi od wieków. Swojego nazwaliśmy Piorun, ma jeszcze młodszą siostrę Burzę. Uwielbiają biegać po lesie, nie oznacza to jednak, że są skore do zabawy. Wbrew pozorom są to psy obronne. Ich „pluszowy” wygląd może jednak zmylić. Są to mądre czworonogi, uczą się bardzo szybko. Z Piorunem byłem na szkoleniu zaledwie raz. Miałem wrażenie, że i tak się nudzi. Rasa Akita to wielcy indywidualiści, takie są Burza i Piorun. Nie tolerują w swoim otoczeniu innych zwierząt, natomiast uwielbiają dzieci. Dotyczy to szczególnie Burzy, którą dzieci mogłyby zagłaskać. 
Prestiż magazyn szczeciński
3( 91)
Marzec'16