Cieszę się, że już po Igrzyskach

Agnieszka Skrzypulec wraz z Irminą Mrózek Gliszczyńską, zajęły na Olimpiadzie w Rio de Janeiro dobre, dziesiąte miejsce w klasyfikacji generalnej żeglarskiej klasy 470. – Drugiego dnia, po awarii sprzętu wiedziałam już, że walka o medal jest nie dla nas. Pierwszy raz złamało się moje sportowe serce – przyznaje Agnieszka.

Autor

Andrzej Kus
prestiz

Agnieszka Skrzypulec wraz z Irminą Mrózek Gliszczyńską, zajęły na Olimpiadzie w Rio de Janeiro dobre, dziesiąte miejsce w klasyfikacji generalnej żeglarskiej klasy 470. – Drugiego dnia, po awarii sprzętu wiedziałam już, że walka o medal jest nie dla nas. Pierwszy raz złamało się moje sportowe serce – przyznaje Agnieszka.

Igrzyska, igrzyska i po igrzyskach. Jak podsumujesz swój występ w Brazylii?

Po pierwsze, cieszę się, że te Igrzyska już się skończyły. Dla nas były to wyjątkowo długie zawody, gdzie z powodu braku wiatru Komisja Regatowa musiała wykorzystać dni rezerwowe na przeprowadzenie zaległych wyścigów. Jeśli chodzi o wynik, to już przed startem wiedziałyśmy, że stać nas na miejsce w pierwszej dziesiątce. Zawody nie ułożyły się jednak, tak jak byśmy sobie tego życzyły, włącznie z awarią sprzętu, która wyeliminowała nas z jednego wyścigu. Ostatecznie o awans do wyścigu medalowego (dla 10 najlepszych załóg) musiałyśmy walczyć aż do ostatniego dnia. Szansa wydawała się niewielka, bowiem przed ostatnimi trzema wyścigami zajmowałyśmy dopiero 15 pozycję. Mamy jednak silnego ducha walki i udało się to, co wydawało się tak odległe – awansowałyśmy na 10 miejsce. Niestety strata punktów z poprzednich wyścigów uniemożliwiła nam awans na wyższe pozycje, niezależnie od wyniku wyścigu medalowego. Mimo to wiedziałam, że to ostatnia szansa na pokazanie się z dobrej strony, tym bardziej, że wyścig był relacjonowany na żywo w TVP. Przypłynęłyśmy w nim na piątym miejscu, więc takim miłym akcentem zakończyłyśmy Igrzyska.

W TVP rozpływali się, że Igrzyska przygotowane są idealnie. Jaka tym razem jest prawda - rzeczywiście było aż tak kolorowo?

Cóż. W żeglarskiej marinie do końca obsługa zmagała się z niesprawną kanalizacją. W związku z tym pod prysznicem woda stała aż po kostki, a niektóre toalety były nieczynne. Na dwa dni przed końcem ekipa kończyła malować progi na schodach, możliwe że zdążą do Igrzysk Paraolimpijskich. Slip do wodowania łódek, na tydzień przed startem „wyskoczył w powietrze”, nie wytrzymał naporu fal i złamał się w pół. Do końca nie było wiadomo, czy zdążą go naprawić na nasze starty. Mogę powiedzieć, że Rio przygotowało się dostatecznie, wszędzie jednak było widać problemy organizacyjne. Szkoda, bo Igrzyska raczej kojarzą się z rozmachem, a nie amatorszczyzną.

A w jakich warunkach mieszkałaś?

Żeglarze mieszkali w hotelu, w centrum miasta, w pobliżu mariny. Znałam już ten hotel, ponieważ mieszkaliśmy tam w zeszłym roku, w trakcie regat przedolimpijskich. Każdy dostał osobny pokój, więc mieszkaliśmy w bardzo komfortowych warunkach.

A wioska olimpijska - spędziłaś w niej trochę czasu?

Nie mogę o niej powiedzieć zbyt wiele. Byłam tam tylko raz, w dniu otwarcia Igrzysk. Kompleks wieżowców, ogromna stołówka ogromnych rozmiarów z mizernym wyborem potraw i mnóstwem sportowców. Z relacji ekipy wspomagającej, która w trakcie wyścigów co jakiś czas odwiedzała wioskę, słyszałam, że nastroje w polskiej ekipie sportowców były grobowe. Może dobrze, że byliśmy od tego odizolowani. Łatwo tam zawierać nowe znajomości, wiem to z własnego doświadczenie po Igrzyskach w Londynie. Wiem też, że ludzie się izolują. Przez bliskość stołówki nie ma wspólnych wyjść na obiad, nie czuć atmosfery teamu. Nagle każdy idzie swoją drogą i można odczuć tą typową „samotność w tłumie”.

Trochę więc was rzeczywiście odizolowali. Były jakieś niecodzienne sytuacje, może zabawne, może niebezpieczne, które będziesz długo wspominała?

Zabawna, dziwna i przerażająca sytuacja zarazem wydarzyła się jednego dnia na wodzie. Komisja Regatowa, po kilkugodzinnym czekaniu na wiatr w porcie, zdecydowała się o przeprowadzeniu wyścigów na Oceanie. Po pół godzinie od naszego przybycia na trasę, przyszła ściana wiatru. Sztorm 8-9 w skali Beauforta. Łódki nie były w stanie utrzymać się wodzie. Kilkakrotnie próbowałyśmy postawić naszą łódkę, ale za każdym razem momentalnie wywracała się na drugą stronę, a my byłyśmy coraz bardziej poobijane i wyczerpane. Zimna woda wyciągała z nas resztki siły. Sytuacja z minuty na minutę stawała się coraz bardziej poważna. Wiatr ciągle się nasilał, fale rosły, a do zachodu słońca zostało niewiele czasu. Wtedy nasz trener podjął decyzję o tym, że wskoczy do wody z pontonu i nam pomoże. Skoczył. Nagle wszyscy usłyszeliśmy syk. Wtedy obróciłam się w jego stronę i myślałam, że spadnę z łódki ze śmiechu. Trenerowi odpaliła się ogromna, jasno-żółta kamizelka ratunkowa, taka, jaką można znaleźć np. w samolocie. Momentalnie unieruchomiła mu głowę nad wodą. Widok zdziwienia na jego twarzy był niezapomniany. Po żartach, przyszedł czas na stawianie łódki. Z jego osiemdziesięciokilogramową pomocą było już łatwo. Zrzuciłyśmy żagle i wyczerpane, już po zmierzchu wróciłyśmy do portu.

Zakończona olimpiada nie będzie nam się dobrze kojarzyła przez aferę, której „bohaterami” niestety byli reprezentanci Polski. Chodzi o braci Zielińskich. Wpłynęło to na klimat panujący wśród pozostałych zawodników?

Dla nas był to szok, o wszystkim dowiedzieliśmy się z portali sportowych. O ile młodszego brata można było jakoś „przełknąć”, to mistrza olimpijskiego z Londynu ciężko zaakceptować. Nie mam jednak pojęcia o dopingu, co się stosuje, jak długo się utrzymuje w organizmie, jaki ma niego wpływ, dlatego nie chcę tu nikogo oceniać i węszyć teorii spiskowych. Pozostaje mi cieszyć się, że w żeglarstwie taki doping nie miałby żadnego sensu - albo na razie nikt nie znalazł specyfiku, który faktycznie miałby wpływ na wynik w regatach - i każdy gra czysto. No… prawie każdy. Włoszka w mojej konkurencji również została zdyskwalifikowana za doping. Tłumaczyła się, że to od kremu na pryszcze. Nie ma to jednak większego znaczenia, ponieważ jej wyniki i tak były słabe.

Olimpiada jest już przeszłością. Co teraz zamierzasz ze sobą zrobić - zaczynasz przygotowanie do kolejnej w Tokyo?

Dla mnie drugiego dnia regat, po awarii sprzętu, zaczęła się kolejna kampania olimpijska. Pierwszy raz w życiu złamało się moje sportowe serce. Wiedziałam, że nie dla nas walka o medal w Rio. Mimo to, ciągle mogłyśmy się czegoś nauczyć, skoncentrować na elementach, które są w naszym wykonaniu słabsze. Wiemy, że chcemy dalej żeglować, razem z Irminą Mrózek-Gliszczynską. To daje siłę po powrocie do domu. Nie czuć poolimpijskiej pustki. Po wrześniowych Mistrzostwach Polski, do kwietnia robimy przerwę w żeglowaniu. Nasze ciała dostały przez ostatnie dwa lata mocno w kość. Przed nami rehabilitacja i spokojne budowanie siły na kolejne 4 lata. Ja przez ten czas pewnie ciągle będę się kręcić wokół żeglarstwa, może jako trener, może jako zawodnik. W planie mam też powrót na studia magisterskie, pewnie wykładowcy się już stęsknili (śmiech).

Dziękuję za rozmowę.

rozmawiał Andrzej Kus

 

foto: Aleksandra Medvey-Gruszka

MUA: Agnieszka Ogrodniczak

strój: Kasia Hubińska

 

 

 
Prestiż magazyn szczeciński
9( 96)
Wrzesień'16