Jerzyk wylądował

Autor

Krzysztof Bobala

Minęły już prawie trzy miesiące od naszego ostatniego spotkania na łamach Prestiżu. Już się nawet stęskniłem. I trochę żałuję, że nie udało mi się podzielić z Państwem oceną Igrzysk Olimpijskich w Rio. Działo się wiele, ale dzisiaj to już tylko „odgrzewane kotlety”. Nie będę też sobie jaj robił z naszych piłkarzy i to tych z Orzełkiem na piersi i tych, co kompromitują się w Lidze Mistrzów, czy krajowej ekstraklasie. O ile rozgrywki na tak marnym poziomie można nazwać czymś ekstra. Zostanę przy moim ukochanym tenisie. Tym bardziej, że złota polska jesień już dwadzieścia kilka lat właśnie z tenisem się kojarzy. I to z tenisem w Szczecinie.

Pekao Szczecin Open. Największy turniej tenisowy w kraju nad Wisłą. Impreza z budżetem rocznym mniejszym tylko od kolarskiego Tour de Pologne. Wydarzenie, nie tylko sportowe, na które co roku zjeżdża do stolicy Pomorza Zachodniego całe mnóstwo znamienitych gości z Polski i z kilku europejskich krajów. Obok relacji w Telewizji Polskiej gościmy ekipy norweskiego nadawcy państwowego i niemieckiej ZDF. Szczecin wtedy jest na ustach tysięcy fanów białego sportu. W tym danym tygodniu to przecież największy turniej tenisowy rozgrywany na świecie! Tegoroczny turniej pobił kilka rekordów: frekwencji, najlepszy wynik ekwiwalentu reklamowego i pękające w szwach trybuny i strefy VIP. Zewsząd płyną gratulacje, słychać zadowolenie sponsorów, widać superoceny delegatów ATP, a także samych zawodników. Jest naprawdę przyjemnie. I do tego jest Jerzy Janowicz. Postać o tyle ciekawa, co kontrowersyjna. Niesforny, z ciętym językiem, wspaniałymi tenisowymi umiejętnościami i nieco niestabilną psychiką. Półfinalista Wimbledonu, sportowy celebryta na krajową skalę, powrócił po kontuzji. Wielkie oczekiwania organizatorów i kibiców, ale też przede wszystkim samego Jerzyka. Wygrał mecz pierwszej rundy z naprawdę trudnym rywalem. W kolejnej doskonale grał, wysoko prowadził i nagle na samym końcu, kiedy wystarczyło postawić tylko kropkę nad przysłowiowym „i”, coś się zacięło, popsuło. Klęska, porażka, rozpacz kibiców, smutek mediów i organizatorów. Wokół słychać było komentarze w stylu: cały Janowicz, on już nigdy nic nie osiągnie… A ja, mimo że nie jestem jakimś specjalnym fanem Jerzyka, będę go bronił. Każdy, kto gra w tenisa nieco dłużej niż miesiąc, zna takie sytuacje z autopsji, kiedy prowadząc 5:2 czy 4:0 przegrywa się seta. To nic dziwnego, to się zdarza, chociaż taka przegrana bardziej boli. Taka właśnie jest siła naszej ukochanej, nieprzewidywalnej dyscypliny. Jeżeli do tych lekko psychologicznych rozważań dodamy jeszcze zmęczenie po wygranym turnieju w Genui i całodobową podróżą do Szczecina, Janowicza można usprawiedliwić. Tym bardziej, że Jurek pokazał nam swoją drugą, mniej znaną, ale bardzo miłą stronę osobowości. Sam z siebie zaangażował się w popularyzację tenisa wśród najmłodszych, sprawiając ogromną niespodziankę dzieciom z programu Droga do Pekao Szczecin Open i dzieciom z klubów tenisowych całego województwa, uczestniczącym w tradycyjnym Kids Day. Wraz z naszą niezwykle uzdolnioną juniorką, Darią Kuczer, stworzyli wspaniałe show pozując do zdjęć, rozdając piłki z autografami i wreszcie co najważniejsze – odbijając piłki z najmłodszymi adeptami białego sportu. Ten dzień najmłodsi pamiętać będą jeszcze bardzo długo. Czekamy na takiego Janowicza w przyszłym roku. A jeżeli jeszcze szczęście dopisze Jerzykowi także w rywalizacji sportowej, jubileuszowa, dwudziesta piąta edycja Pekao Szczecin Open zapowiada się wyjątkowo atrakcyjnie.

 
10( 97)
Październik'16