Muzyczne przeżycia intymne

Za kilkanaście dni staną na gigantycznej scenie przed kilkoma tysiącami widzów, towarzyszyć im będą światowej sławy muzycy, zagrają największe i najbardziej znane partie operowe. Nie zdążą odpocząć, a powtórzą to w wielkich salach kilkanaście tysięcy kilometrów od Szczecina - Singapurze, Tajlandii, Filipinach, Indonezji, Laosie, Malezji, Kambodży, Wietnamie. Baltic Neopolis Orchestra wraz z wyjątkowymi gośćmi szykują się do wielkiego koncertu w Azoty Arena oraz azjatyckiego tournee. W przerwach intensywnej pracy znaleźli jednak czas na sesję fotograficzną i rozmowę z Prestiżem. 

Autor

Daniel żródlewski

galeria

Na pytanie, ile dotychczas zagrali koncertów, Emilia Goch-Salvador nieco się czerwieni, schyla głowę, po czym ze szczerym uśmiechem oznajmia, że… nie wie. Szybko decyduje się na metodę „uśrednionych danych”, włącza kalkulator w smartfonie i głośno liczy: – Średnio trzy koncerty w miesiącu, ale latem nawet sześć czy siedem, czyli średnio… cztery, pomnożone przez dwanaście (miesięcy - przyp. red.), następnie przez osiem (tyle lat orkiestra funkcjonuje). Patrz, z prostego rachunku wynika, że ponad trzysta! 

Talent i upór

Imponujący dorobek koncertowy Baltic Neopolis Orchestra robi wrażenie, ale w tej niezwykłej formacji nie o liczby czy statystyki chodzi. W kilkunastoosobowej grupie zaklęta jest jakaś wyjątkowa magia, która połączona z talentem, uporem i kreatywnością pozwoliła na osiągnięcie wielkiego sukcesu. Trudno inaczej określić to, co wydarzyło się przez ostatnie osiem lat, choć sami muzycy zdecydowanie zaprzeczają.

– Wszystko, co się działo od momentu powstania, nigdy nie było przez nas rozpatrywane w kategorii „sukces”. Mówię to bardzo szczerze – zapewnia Emila Goch-Salvador, szefowa orkiestry, altowiolistka. – To nigdy nie było naszym celem. Jeżeli robisz coś dlatego, że to kochasz, nie myślisz o sukcesie. Nigdy mi to do głowy nie przyszło. To, co się dzieje ostatnio wokół nas jest po prostu… nie mogę znaleźć słowa… yyuyyuu… Mam! Nazwałabym to tak: piękne! Nawet o czymś takim nie marzyłam, mnie to wielce porusza, ale jakbym pomyślała, że to „sukces”, to kolejne wydarzenia już by takie nie były, nie mogłyby się zdarzyć, bo nie miałyby takiej magii i energii. A tak są wciąż marzeniami. Marzeniami do spełnienia – dodaje. 

Działalność Baltic Neopolis Orchestra można określić także mianem „wyzwania”. Pomijając aspekty artystyczne czy warsztatowe, które opanowali do perfekcji, faktycznie działają na nieco wariackich papierach i w warunkach – dla orkiestry – nieco spartańskich. Pozyskują stałe dotacje z Urzędu Miasta i Urzędu Marszałkowskiego. Nauczyli się także sprawnie operować w świecie publicznych, ministerialnych dotacji, unijnych projektów i rozmaitych konkursów. Nawiązują też trwałe relacje ze światem biznesu. Mecenasem Orkiestry od tego roku jest Grupa Azoty oraz PGNiG. Orkiestrę wspiera także Zarząd Portów i SEC. Nadal jednak pozostają bez stałej siedziby. – Cierpimy bardzo, nie tylko my, ale przede wszystkim nasza publiczność i nasi wspaniali goście, których zapraszamy do wspólnych występów – opowiada Marika Gołda, rzeczniczka BNO. – Mamy jednak na oku dawny cielętnik w kompleksie zabytkowej rzeźni na Łasztowni, tuż obok pięknie wyremontowanej siedziby firmy CLS – dodaje. Według muzyków, obiekt spełnia ich wszelkie oczekiwania i marzenia, ponieważ może być miejscem prób, koncertów, działań edukacyjnych, a także służyć innym, którzy borykają się z podobnymi problemami. Prowadzone są wstępne, lecz intensywne rozmowy z Zarządem Miasta, ale nie mają absolutnie wpływu na codzienny rytm pracy. Choć w przypadku tej grupy określenie „praca” nie wydaje się zbyt adekwatne. To coś znacznie więcej, stąd trudne warunki pracy w wynajmowanej sali w przyjaznym, ale mało komfortowym Inkubatorze Kultury, przynoszą wielkie efekty.

– Bez tych przeżyć, których doświadczamy na scenie, życie byłoby puste. Dopiero na scenie, podczas koncertu, nabiera sensu. To, co dzieje się ze mną, kiedy siadam z instrumentem przed publicznością, to… przeżycie intymne – zwierza się Goch-Salvador. – Daję każdemu ze słuchaczy całą siebie. Nie muszę nic mówić, z czego akurat bardzo się cieszę, daję im po prostu muzykę. Dla mnie to formuła zamknięta, lecz treściwa. 

Zdolni i nieco pyskaci

Już przed ośmioma laty, podczas pierwszych koncertów Balic Neopolis Orchestra, odbywających się jeszcze w starej siedzibie Filharmonii Szczecińskiej przy placu Armii Krajowej, dało się wyczuć różnicę. Wówczas nie było mody na chodzenie do filharmonii, jaka panuje dziś między innymi za sprawą nowego, słynnego gmachu – laureata Mies van der Rohe Award, najbardziej prestiżowej nagrody architektonicznej Europy. Ówczesnej dyrekcji filharmonii trudno było zapełnić salę, choć o samej orkiestrze symfonicznej, dzięki świetnej pracy Mykoli Diadiury, już mówiono, że gra na bardzo wysokim poziomie. Pierwsze koncerty świeżo powołanej Balic Neopolis Orchestra, ku wielkim zaskoczeniu ich samych, wypełniały salę do ostatniego miejsca. Wystrój ten sam, staroświecka boazeria, oświetlenie podobne, aranżacja sceny także, repertuar zbliżony… ale na widowni zasiadali inni słuchacze niż w każdy piątek o dziewiętnastej, przede wszystkim znacznie młodsi. Niektórzy przyznawali, że po raz pierwszy w życiu dobrowolnie zasiedli na widowni filharmonii. Na scenie było z kolei mniej zobowiązująco, ale jednocześnie od razu „z wysokiego C” pod względem wykonawczym oraz personalnym, „balticom” od początku towarzyszyli wybitni muzycy. Wśród wielkich artystów, którzy współpracowali ze szczecińską młodą orkiestrą, są między innymi Krzysztof Penderecki, Vasko Vassilev, Richard Galliano, Paweł Łukaszewski, Mikołaj Górecki, Daniel Stabrawa, Daniel Rowland, Carmine Lauri czy światowej sławy skrzypek i koncertmistrz, Tomasz Tomaszewski. Świetny dobór współpracowników, doskonałe przygotowanie i wyjątkowa atmosfera koncertów to do dziś ich wyróżnik.

– Struktura organizacyjna u nas to zupełnie inna bajka niż w klasycznej instytucji. Nasza struktura opiera się na artystach, wszystko wygląda 

inaczej, bez skomplikowanego schematu i personalnej drabiny zależności czy zwierzchności. Nas jest przede wszystkim mniej, nikt nam niczego nie narzuca. Normalnie w orkiestrze muzyk nie ma prawa głosu, nie może wybierać programu, komentować pracy mstrza czy sugerować zmiany. Tu to się dzieje na co dzień. Jesteśmy trochę pyskaci, ale zapraszani do współpracy artyści szybko to akceptują. Takie nasze freelancerstwo zadziałało – śmieje się szefowa orkiestry. 

Co ciekawe, muzycy Balic Neoopolis Orchestra nie są anonimowi, tu każdy miał, ma albo będzie miał swoje „pięć minut”. To nie tylko zasługa doboru repertuaru i wynikającego z układu kompozycji doboru instrumentarium, ale także spójna, prowadzona od wielu lat kampania promocyjna oparta właśnie na prezentacji osobowości członków zespołu. – W orkiestrze kameralnej każdy jest solistą. Muzycy nie giną w gąszczu dźwięków. Zespół tworzą ludzie, a nie budynek, mury czy logo. Ludzi trzeba eksponować, pokazywać i to konsekwentnie robimy – dodaje Marika Gołda. 

Barokowo i współcześnie

Kilkaset dotychczasowych koncertów składa się na oryginalny muzyczny leksykon stylów czy współczesnych muzycznych trendów. Muzycy wykonują światowy repertuar od kompozytorów baroku aż po współczesność. Artyści Baltic Neopolis Orchestra nie boją się wyzwań, ale jednocześnie nie dali się porwać chwilowym modom czy ekstrawaganckim eksperymentom. – Najlepiej czujemy się w muzyce… zróżnicowanej – przyznaje szefowa orkiestry. – Fascynują mnie kompozytorzy, którzy tworzą coś nowego, choćby Philips Glass i jego Minimalmusic. Ja nie lubię dzielić muzyki na epoki czy style. Lubię muzykę intensywną, ale bez przesady. Eksperymentalna muzyka współczesna nie jest moim czy naszym kierunkiem, brakuje w niej… muzyki. A tej przede wszystkim chcemy być wierni – dodaje.

Od lat utwory znane i mniej znane, firmowane wielkimi nazwiskami i tymi dopiero wschodzącymi rozbrzmiewały w salach koncertowych i nie tylko. Baltic Neopolis Orchestra przyzwyczaiła słuchaczy, że muzyka może zmieniać przestrzeń. Koncerty odbywały się w salach wystawowych Muzeum Narodowego w Szczecinie, Trafostacji Sztuki, Zamku Książąt Pomorskich, na miejskich placach, a nawet w galeriach handlowych. Muzycy w pewnym stopniu przybliżyli klasykę, szczególnie młodej publiczności, udowodnili, że „nie taki diabeł straszny”. Jako anegdotę opowiadają, że to się nawet opłaca i to dosłownie. Podczas współorganizowanego przez nich tego lata II Baltic Neopolis Festivalu w Świnoujściu zagrali na promenadzie, tuż obok sezonowych żywych rzeźb, baniek, błyskotek, muzyków, grajków, klownów i sprzedawców mydła i powidła. – Mieliśmy zrobić taki mały muzyczny happening, miała to być promocja wieczornego koncertu. Rozstawiliśmy pulpity, zasiedliśmy do instrumentów, a przed sobą rozłożyliśmy futerał wypełniony po brzegi folderami zapraszającymi na koncert. Po koncercie okazało się, że ulotki nie ubyło ani jednej, ale przybyło nam… kilkaset złotych – śmieje się Marika Gołda. Zapewniają, że audytorium wieczornego spotkania również było liczne. 

W stronę Azji

Przed nimi teraz jeszcze większe wyzwanie, czyli monumentalny koncert, a właściwie muzyczne widowisko „Singphony” w hali Azoty Arena. W koncercie usłyszymy wielkie arie w nowych aranżacjach z „Turandota” i „Madame Butterfly” Giacomo Pucciniego czy „Carmen” George’a Bizeta. Na scenie obok „balticów” staną gwiazdy estrady z Wielkiej Brytanii, Bułgarii, Hiszpanii, Singapuru, Portugalii i Polski, łącznie ponad siedemdziesięciu artystów. Gwiazdą specjalną koncertu będzie Pamela Tan-Nicholson znakomita pianistka i producentka z Singapuru, prywatnie matka słynnej skrzypaczki Vanessy Mae. Na scenie zobaczymy i usłyszymy zespół Covent Garden Solists z Londynu, śpiewaków Opery Narodowej w Sofii oraz Chór Opery na Zamku w Szczecinie. Koncert poprowadzi Vasko Vasillev, koncertmistrz Covent Garden Opera House w Londynie.

– Kiedy przed kilku laty otrzymałem od Emilii propozycję współpracy, nie wiedziałem o jej orkiestrze zupełnie nic. Zdążyłem jedynie przejrzeć ich profil na Facebooku, kiedy przez telefon usłyszałem coś, co mnie absolutnie ujęło: „Przykro mi, nasz budżet nie jest duży, ale bardzo byśmy chcieli z Tobą zagrać” – wspomina Vasko Vasillev. Pojechałem, zagrałem i… zakochałem się w nich. Pamiętam pierwsze spotkanie w Szczecinie, poszliśmy do jakiegoś pięknego starego domu, pełnego artystycznych drobiazgów i tam „na próbę” zagraliśmy bardzo skomplikowany utwór Franza Schuberta „Śmierć i dziewczyna”. Od razu poczuliśmy silną wieź. Nie tylko artystyczną. Dziś, po wielu wspólnych projektach, Vasko Vasillev jest dyrektorem artystycznym Baltic Neopolis Orchestra i jednocześnie… jej ambasadorem w muzycznym świecie. Współpracę z Pamelą Tan-Nicholson orkiestra zawdzięcza także jemu. – Od razu po powrocie ze Szczecina Vasko zaczął opowiadać, że jest pod ogromnym wrażeniem tych młodych ludzi, że koniecznie muszę poznać Emilię. Bardzo szybko znaleźliśmy jakąś wymówkę, żeby ściągnąć ją do nas do Londynu, wspólnie zagraliśmy, poznaliśmy się, czego efektem była wspólna trasa koncertowa. Nabraliśmy apetytu na kolejne wspólne artystyczne przygody, stąd między innymi pomysł na „Singphony”. Repertuar tego widowiska wielce zaskoczy stałych słuchaczy orkiestry – mówi Pamela Tan-Nicholson, pianistka i producentka muzyczna. 

W trakcie tej unikatowej muzycznej podróży spotkają bohaterów najpopularniejszych dzieł operowych: Carmen – słynną hiszpańską Cygankę, rozkochującą w sobie sierżanta don Josego, japońską gejszę Madame Butterfly zauroczoną młodym oficerem marynarki oraz postaci z baśniowego świata starożytnych Chin z opery „Turandot”. W muzyce rozbrzmiewać będą hiszpańskie, włoskie oraz dalekowschodnie wątki w nowych zaskakujących aranżacjach Pameli Tan-Nicholson. – Cieszę się z tych nowych aranżacji, bo w nich orkiestra pełni znaczącą rolę – mówi Emilia Goch-Salvador. Zagramy te tematy, które znamy jako partie śpiewane – dodaje. 

Artyści chcą podania wielkiej muzyki przy pomocy multimedialnych fajerwerków i głosu możliwie najbardziej topowego śpiewaka operowego. Zapewniają, że nie pozbawią żadnej z arii kontekstu całości dzieła. – Niektórym sztuka opery wydaje się archaiczna. Porównajmy ją zatem do… muzeum. Czyż nie ma dziś muzeów nowoczesnych, pełnych multimediów czy innych zaskakujących rozwiązań? Czyż nie chodzimy do nich bardzo chętnie? – zapewnia autorka aranżacji. – Nasz koncert będzie nowym sposobem na przekazanie pewnej uniwersalnej prawdy zaklętej w wielkich dziełach operowych. Dzięki temu zabiegowi ten Świat będzie zrozumiały dla współczesnej publiczności – dodaje. 

Widowisko muzyczne zaraz po premierze w Szczecinie odwiedzi najznamienitsze sale koncertowe w Singapurze, Brunei, Tajlandii, Filipinach, Indonezji, Laosie, Malezji, Kambodży, Wietnamie i Myanmarze. Szczecińska orkiestra jest jedyną polską orkiestrą, która została zaproszona w tak prestiżową trasę koncertową po Azji i pierwszą polską orkiestrą, która wystąpi w wielu z wymienionych państw.

Epilog

Szefowa orkiestry poznała swojego męża podczas jednego z muzycznych projektów swojego zespołu. Jej wybranek to Emanuel Salvador  – uznawany za jednego z najlepszych portugalskich skrzypków młodego pokolenia, absolwent prestiżowych londyńskich Guildhall School of Music and Drama oraz Royal College of Music. Emanuel zakochany nie tylko w szefowej, ale i w jej zespole, postanowił związać swoją karierę i życie ze Szczecinem i z Baltic Neopolis Orchestra. Przyjął funkcję koncertmistrza. Jak trudna i jednocześnie piękna jest muzyczna miłość, niech świadczy ta anegdota: Pojechaliśmy z Emilią w krótką podróż poślubną do mojej rodzinnej Portugalii. Pamiętam wielkie zdziwienie mojej nowo poślubionej żony, gdy odkryła, że wziąłem ze sobą skrzypce. Szybko jednak porzuciła zazdrość i nasze pierwsze wspólne wieczory miały piękną muzyczną oprawę – opowiada Emanuel, a Emilia dopowiada: Wieczorami, zanim zaśniemy, zawsze rozmawiamy o muzyce…

I chyba o niej też śnią… 

 
10( 97)
Październik'16