Viva Polonia

Autor

Krzysztof Bobala

Byłem niedawno na wakacjach. Zdaję sobie sprawę, że takie zdanie w listopadzie może u niektórych budzić pewną zazdrość, ale niezorientowanym przypominam, że w okresie letnim, ze względu na przygotowywanie wrześniowego turnieju Pekao Szczecin Open, wakacji nie mam od wielu lat. Stąd ta pora. Ale nie po to o tym piszę, aby się chwalić czy wkurzać naszych przemiłych czytelników. Piszę o wakacjach, bo to właśnie podczas odpoczynku na pięknym hiszpańskim wybrzeżu odkryłem nowe możliwości promocji naszego kraju za granicą. 

Oczywiście, jak wszyscy, podczas pobytu korzystałem głównie z uroków słońca, plaży i pięknych widoków, ale od czasu do czasu zdarzało mi się spojrzeć w telewizor. Od choćby po to, żeby sprawdzić lokalną prognozę pogody czy posłuchać niezwykle melodyjnego języka. Niestety, w związku z tym, że mowy Picassa, Iglesiasa czy Antonio Banderasa nie znam, oczywiście poza podstawowymi zwrotami, które przydają się podczas codziennych kontaktów z tubylcami, z telewizora czerpię więc wiedzę głównie z obrazków. A to kolejna debata 

Clinton-Trump, a to smutne doniesienia z Syrii czy plotki o wyczynach nie tylko hiszpańskich celebrytów. Aż nagle nadchodzi dzień, w którym rozumiem dużo więcej słów. Dzień po meczu Ligi Mistrzów Real-Legia. Z telewizyjnych głośników co chwilę słychać Polonia, Varsovia… Tylko obrazki do tego słabe. Banda debili w biało-zielonych barwach Legii szukająca zadymy z madrycką policją. Przerzucam kanały. Trzeba przyznać, że w myśl powiedzenia „nie ważne jak, byle mówili” osiągnęliśmy prawdziwy sukces. Jesteśmy obecni na wszystkich hiszpańskich kanałach informacyjnych. Niektóre poświęcają nam nawet dłuższe audycje z udziałem grona ekspertów. I ciągle: Polonia, Varsovia! A do tego dużo materiałów filmowych z samych zajść przed meczem z Realem. Są także widoczki z Warszawy, ze stadionu przy Łazienkowskiej. No trudno odmówić skuteczności w działaniach promocyjnych. Mistrzowie reklamy. Kibole. 

Siedząc wieczorem w domu koleżanki mieszkającej na andaluzyjskim wybrzeżu, rozmawiając z jej hiszpańskim narzeczonym (nomen omen Rafą, chociaż ani z tenisem, ani tym bardziej z Nadalem nie miał nic wspólnego) i jego znajomymi musiałem odpowiadać na pytania dlaczego oni tak się zachowują i czy to u nas normalne. Nie, to nie jest normalne, ale jest. I nie mogę sam sobie wytłumaczyć jak to się dzieje, że w dwudziestym pierwszym wieku, w centrum Europy, nie można dać rady garstce zwyrodnialców, którzy z całej tej piłki, samą piłką są najmniej zainteresowani. Nie wiem dlaczego władze klubów, policja i politycy pobłażają takim zachowaniom. 

Czy to normalne, że dziewięćdziesiąt pięć procent prawdziwych kibiców ma cierpieć przez kilka procent bandziorów, których zainteresowanie klubem objawia się głównie bluzgami, ustawkami i bójkami z policją? Nie chodzę na mecze, nie jestem prawdziwym kibicem, takim od serca. Ot, raczej wykazuję patriotyzm lokalny i po prostu trzymam kciuki za „naszych”, ale nie zgadzam się na to, aby sportowy (i nie tylko) świat patrzył na prawdziwych kibiców Pogoni, Ruchu czy wspomnianej wcześniej Legii jak na ksenofobów, rasistów i chuliganów. Dlatego nieustannie dziwi mnie fakt pobłażliwości głównie poszczególnych klubów na tego typu zachowania. Czy warto odpuszczać kibolom? Chyba nie warto. A potwierdzeniem niech będą puste trybuny stadionu Legii podczas rewanżu z Realem Madryt. I znowu cały sportowy świat będzie o tym mówił... 

11( 98)
Listopad'16