Policjant, co robi bajeczne piwo

Andrzej Miler nawarzył tyle piwa, że gdyby sam miał to wypić to z pewnością jego organizm mocno by to odczuł. Mimo to nie przejmuje się tym, że sam nie może się uporać ze wszystkimi litrami. Rozdaje je znajomym i dalej miesza w garze. Nie mają mu za złe tego krytycy, bo co rusz obsypują go nagrodami i wyróżnieniami. 

Autor

Andrzej Kus

Nagrody i wyróżnienia, które Andrzej Miler zdobył w tym roku, można wymieniać godzinami: I miejsce w Lidze Mistrzów Fermentum Mobile za najlepsze piwa w sezonie piwowarskim, II miejsce w Warszawskim Konkursie Piw Domowych, II miejsce w Konkursie Międzynarodowym w Rzymie w kategorii Porter bałtycki, I miejsce w Kłodzkim Konkursie Piw Domowych czy I oraz II miejsce w Szczecinie, również w Konkursie Piw Domowych. To tylko wyróżnienia z ostatnich miesięcy, było ich jednak znacznie więcej. 

– Nie jeżdżę na wszystkie konkursy, choć staram się brać udział niemal w każdym. Najczęściej wysyłam butelki z przygotowanym piwem, a później tylko sprawdzam wyniki – opowiada Andrzej Miler. – Piwowarstwo to moja największa pasja. Zdecydowanie wolę spędzać czas w kuchni, niż jeździć chociażby na ryby, co również uwielbiam. Poświęcam na to po parę godzin przez cztery dni w tygodniu. Mieszkanie wygląda jak laboratorium. Żonie to nie do końca się podoba. Ale mam na to sposób – dodaje.

A jak przekonać ukochaną by jednak przymknęła oko na bałagan, na brak dostępu do kuchni elektrycznej i brak możliwości przygotowania ciepłego posiłku? Sposób jest prosty… 

– Doszedłem do perfekcji przy robieniu obiadów w piekarniku. To nawet zdrowsze i jest wówczas jakaś taryfa ulgowa. Choć przyznam, że żona czasami pomaga mi w produkcji piwa. Nie tylko poprzez degustację, którą bardzo lubi. Sama nauczyła się warzyć piwo pszeniczne oraz kwaśnepiwa belgijskie. Co lepsze, wystartowała nawet razem ze mną w konkursie i zajęła II miejsce, ja byłem tuż za podium na czwartym. Ależ Iwonka była dumna – wspomina. 

A proces warzenia to wcale nie taka prosta sprawa. To nie tylko bałagan w domu, zajęte palniki, huk ręcznej maszynki przy przygotowywaniu słodu czy nerwy małżonki i dwójki dzieci. To godziny stania w kuchni i kilka kroków, które bezwzględnie muszą być zachowane. 

– Jest to trochę skomplikowane. Przygotowuję najpierw słody. Korzystam z polskich, niemieckich i czeskich. Dobieram je według mojego uznania, a następnie ręcznie śrutuję. Później zaczynam proces zacierania. Oddzielam następnie zboże od cieczy, jest to tzw. proces filtracji. Po oddzieleniu pozostaje brzeczka, czyli słodki płyn oraz młóto, które ląduje w koszu. Gdybym miał kurnik, to pewnie kury by je dostawały. Bo do tego się go używa. Brzeczka w garze ląduje na kuchence po czym doprowadzam ją do wrzenia. Kiedy zacznie się gotować zaczynam chmielić. Jeśli dodam chmielna początku gotowania, będzie odczuwalna gorycz, jeśli dodam pod koniec, czyli bliżej 60 minuty zostanie za to dużo aromatu. Po wszystkim jest etap chłodzenia. Ważne jest, by brzeczka po chmieleniu była jak najszybciej schłodzona. Następnie dodajemy drożdży i czekamy aż przefermentuje od 10 do 30 dni. Ważne jest wówczas utrzymanie stałej temperatury.Po wszystkim jest czas na butelkowanie – tłumaczy.

Andrzej Miler przyznaje, że mimo iż zawodowo pracuje jako policjant, bardziej kojarzony jest właśnie z piwem. Nic dziwnego, cała Polska usłyszała o nim w 2012 roku. Jego Rauchbock zdobył tytuł Grand Championa Birofilia 2012 w konkursie piw domowych zorganizowanym przez Grupę Żywiec i Polskie Stowarzyszenie Piwowarów Domowych, pokonując prawie 400 piw zrobionych przez 130 innych uczestników. Nagrody były dwie: finansowa oraz wprowadzenie receptury do produkcji. Jego nazwisko widniało na każdej etykiecie. 

– Chciałbym przejść kiedyś na zawodowstwo. Ostatnio zrobiłem sobie rachunek sumienia i tego piwa już trochę wyprodukowałem. Warzę je od 2010 roku. Uwarzyłem do tej pory 260 warek, każda po 23 litry. Wyprodukowanie jednej to koszt w granicach 50 złotych. Za butelkę piwa wychodzi niewiele ponad złotówka. Obliczyłem, że gdybym chciał je wszystkie wypić musiałbym każdego dnia wlewać w siebie po sześć piw, przez sześć lat. Moja wątroba by chyba tego nie ogarnęła,dlatego większość rozdaję znajomym. A zaczęło się tak niewinnie, na imprezie u kolegi. Podpatrzyłem jak robi piwo. Zbliżały się moje imieniny i od żony dostałem zestaw do warzenia. Przydał się również tacie, który tak samo zapałał miłością do tej nietypowej domowej produkcji. Ojców sukcesu jest więc wielu. Cieszę się, że moje piwo mogą pić ludzie w całej Polsce. W przyszłym roku czeka mnie kolejne wyzwanie. Będę warzył w Browarze Witnica,a uwarzone tam piwo trafi do sklepów w całej Polsce. Do tego czasu jeszcze przede mną trochę konkursów więc i w nich powalczę o kolejne nagrody. 

11( 98)
Listopad'16
gajda