Autor

Michał Stankiewicz

Hanna Zdanowska, prezydent Łodzi, a wcześniej posłanka PO – otrzymała zarzuty – poinformował opinię publiczną prokurator Roman Witkowski z Prokuratury Okręgowej w Gorzowie. Prokuratura zarzuciła jej poświadczenie nieprawdy podczas ubiegania się o kredyty mieszkaniowe sprzed ośmiu lat. Zdanowska do winy się nie przyznała, oświadczyła, że kredyty dawno spłaciła, a śledztwo to próba jej dyskredytacji. W jej obronie stanęli mieszkańcy Łodzi, choć pewnie niepotrzebnie, bo polityk PO nie powinna się niczego obawiać. Przynajmniej jeżeli sięgnie się pamięcią do pewnej sprawy z 2004 roku, kiedy ten sam prokurator Witkowski badał sprawę kredytu mieszkaniowego i ulgi mieszkaniowej jaki Stanisław Kopeć, ówczesny poseł SLD, szef wojewódzkich struktur SLD na Pomorzu Zachodnim i szef komisji rolnictwa zaciągnął na kupno lokalu. Poseł wraz z żoną kupił od syndyka Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego w Stargardzie 280-metrowy lokal w zakładowej przychodni. Teren, na którym leżał budynek miał funkcję przemysłową, a syndyk w ogłoszeniu sprzedaży określił, że możliwe są cele biurowo-hotelowe. Poseł kupił lokal i wynajął część na biura, a część klubowi piłkarskiemu Błękitni Stargard, kierowanemu wtedy przez jego partyjnego kolegę. Rzecz w tym, że by go kupić, wziął kredyt mieszkaniowy i wykorzystał ulgę mieszkaniową, a w oświadczeniu majątkowym lokal opisał jako mieszkanie syna. Gdy sprawa wyszła na jaw, Izba Skarbowa zażądała zwrotu ulgi, a wspomniany prokurator Roman Witkowski podjął śledztwo. Dość dziwne. Najpierw postawił żonie posła zarzut złożenia nierzetelnego oświadczenia kredytowego. Samego posła jednak zupełnie pominął. Następnie śledztwo umorzył. Czemu? Jak przyznał, przekonały go wyjaśnienia żony posła, że to jednak było mieszkanie. – Nie mam podstaw, by jej nie wierzyć – wyznał prokurator. No i ważna rzecz – w lokalu kupionym przez posła i jego żonę prokurator wykrył sztućce. A skoro są sztućce, to przecież musiało to być mieszkanie. Jak widać wszystko jest tylko kwestią wyobraźni.

Nie będzie na razie nowej drogi S6 w części łączącej Koszalin z Gdańskiem. Ma za to powstać S11 do Koszalina, by ułatwić dojazd letnikom do Mielna. Jak powiedział w Radiu Gdańsk Kazimierz Smoliński, Minister Infrastruktury i Budownictwa, na S6 jest mały ruch, więc może poczekać. Jeżdżę tą drogą dość często. W zasadzie wlokę się za sznurami ciężarówek, ciągników, autobusów i innych pojazdów. Przebijam się przez miejscowości i miasteczka. Trasa Trójmiasto-Szczecin to dzisiaj jedna z najtrudniejszych tras w Polsce, bo niezwykle ruchliwa w stosunku do jej parametrów. W ciągu 20 lat dorobiła się jedynie obwodnicy Goleniowa, Nowogardu i Słupska. Najświeższą, wielką zmianą jest wybudowanie na jej przebiegu małego ronda w środku Lęborka. Inne zmiany ostatnich lat to zwiększenie miejsc z ograniczeniem prędkości, pociągnięcie przez połowę trasy podwójnej ciągłej linii i postawienie dwóch McDonalds’ów koło Goleniowa. 

O tym, jak ważna jest S6 nikogo nie trzeba przekonywać. Ostatni przykład. Pod Słupskiem, w Dolinie Charlotty, od lat organizowany jest Festiwal Legend Rocka. Niedawno rozmawiałem z głównym organizatorem. Z roku na rok pod Słupsk zjeżdżają coraz większe gwiazdy – Santana, Deep Purple czy Bob Dylan. Publiczności nie brakuje, pieniądze są, infrastruktura na miejscu też, a organizacja na najwyższym poziomie. Jedno jest niezmienne – jak dojechać szybko z lotniska w Gdańsku? Okazuje się, że dla takiego festiwalu, który obsługuje światowe gwiazdy, właśnie to może być największym wyzwaniem. 

Skoro już jesteśmy przy Bobie Dylanie, świeżo upieczonym nobliście, artysta zasłynął ostatnio, gdy dość długo kazał czekać Królewskiej Akademii na swoją reakcję. Przyjmie Nobla czy też nie? Ostatecznie przyjął, choć z powodu „natłoku zajęć” osobiście go nie odbierze. Zdaniem Mirosława Wawrowskiego, organizatora festiwalu, nie powinno to dziwić. „W 2015 roku gościłem Roberta Planta, pojechałem standardowo na lotnisko, przestraszony, bo Plant bywa chimeryczny i ma fochy. No i jak zwykle obawiałem się przejazdu z Gdańska do Słupska, że potrwa trzy godziny. Powitałem go słowami: czekałem na ciebie tyle lat. A on na to: czekałeś aż stanieję. Jak się okazało. był też dowcipny. Dojechaliśmy do mnie, namówiłem go na kolację, podczas której opowiedział mi historię. jak to Dylan z Markiem Knopflerem nagrywali płytę w Nowym Jorku. Nagrali i owszem, ale przez cały ten miesiąc nagrywania Dylan nie odezwał się do Knopflera ani słowem. Taki jest właśnie Dylan” – opowiedział w wywiadzie dla „Rz”.

12( 99)
Grudzień'16
gajda