Piotr Rowicki, „Disco macabre”, reżyseria Arkadiusz Buszko, Teatr Lalek „Pleciuga” w Szczecinie

Członkowie discopolowego zespołu One Takt po koncercie na… stypie trafiają do tajemniczego miejsca, gdzieś między czyśćcem a piekłem. Okazuje się, że… zginęli w wypadku samochodowym. Dostają jednak drugą szansę, mogą odkupić swoje „winy” – tandetę, chałturnictwo i absolutny brak muzycznego gustu. Wystarczy, że udowodnią swój talent. Osobliwa propozycja, złożona przez panującego w przedsionku piekła DJ Charona, jest początkiem muzycznego widowiska o kolosalnym rozmachu. 

Autor

Daniel żródlewski

Piotr Rowicki napisał utwór lekki, łatwy i… nieprzyjemny. To ostatnie, nie w rozumieniu wartościującym, lecz emocjonalnym. Przynajmniej dla każdego, kto choć drobinę ceni sobie dobry gust. Jego „Disco macabre” to bezlitosny pastisz na tandetę. Jeśli ktoś widzi w tym utworze coś innego, to serdecznie współczuję. Nie zgadzam się z głosami, mówiącymi o miałkości tekstu. Czy Rowicki miał napisać przeintelektualizowany traktat o disco polo? Może rymowanym szesnastozgłoskowcem? Litości. Cały projekt „Disco macabre” to pewna konwencja i to niezwykle konsekwentna (choć, faktycznie, w finale intrygi tekst nieco meandruje). Reżyser, Arkadiusz Buszko, skrzętnie wykorzystał możliwości utworu, tworząc widowisko totalne. Choć wszystko jest tańcem śmierci, to jednak tańcem wyjątkowo żywym albo żywiołowym. Nie bez znaczenia jest tutaj dopracowana choreografia, autorstwa samego reżysera. Spektakl jest popisem aktorskich i wokalnych talentów zespołu Pleciugi. Zaskoczył Dariusz Kamiński – jego DJ Charon to postać stworzona wbrew jego dotychczasowemu emploi. Kamiński był niezwykle „drapieżny”, świetnie wykonywał ostrzejsze aranżacje discopolowych hitów. W rolę asystentek Charona wcieliły się Paulina Lenart i Marta Łągiewka. Aktorki zachwyciły makijażem oraz mimiczną i ruchową konsekwencją. Miały także swoje wokalne perły – Łągiewka w aranżacji operowej, a Lenart zjawiskowo zinterpretowała piosenkę Shazzy jako pieśń archaiczną, z wyraźnymi dalekowschodnimi akcentami. Pokazały także swój lalkarski kunszt, sprawnie animując oryginalne, obficie obdarzone, lalki „Osiemnastek”. Członkowie zespołu One Takt w wykonaniu Katarzyny Klimek, Rafała Hajdukiewicza oraz Macieja Sikorskiego to znakomite kreacje, każda z postaci pieczołowicie zbudowana, z uwzględnieniem najdrobniejszych szczegółów. Panowie zapuścili nawet „obciachowe” wąsiki. Na uznanie zasługuje sprawność wokalna i ruchowa całej trójki. Osobne brawa należą się Tomaszowi Lewandowskiemu, autorowi przewrotnych aranżacji discopolowych przebojów. Ileż muzycznej wiedzy, fantazji i wyczucia trzeba było, by tak zinterpretować te utwory. O wielu z nich nie pomyślę już w oryginalnych aranżacjach – vide anglojęzyczna, bluesowa wersja „Białego misia” czy przebój „Wszyscy Polacy to jedna rodzina” w aranżacji inspirowanej twórczością Grzegorza Ciechowskiego i Republiki. Kostiumy i scenografia Agnieszki Miluniec i Macieja Osmyckiego wymownie wpisały się w konwencję spektaklu – była zamierzona tandeta i… błyskotliwość (tak, tak – mowa o cekinach). Ciekawa i nienachalna była multimedialna przestrzeń widowiska – tylna projekcja wysmakowanych kolaży Pani Pawlovsky oraz wyświetlane na podwieszonych kulach sekwencje dusz głównych bohaterów. Podsumowując – bawiłem się przednio i bezpretensjonalnie. Teatr to także rozrywka, tutaj w najczystszej postaci. Nie, nie lubię i nie słucham disco polo. Nie wiem jednak, skąd znam przynajmniej refreny większości hitów… 

 
12( 99)
Grudzień'16