Niesamowite tajemnice Placu Zawiszy Czarnego

Plac Zawiszy Czarnego przed laty miał być wizytówką Szczecina. Niewiele osób wie o tym, że ma niesamowicie bogatą historię i kryje wiele tajemnic. Opowiedział nam o nich Leszek Herman, pisarz oraz pasjonat tajemnic historycznych. 

Autor

Andrzej Kus

galeria

To jedna z tych lokalizacji, która od zawsze najbardziej fascynuje mnie w Szczecinie. Mowa o placu Zawiszy Czarnego, trochę niespełnionym miejscu ale wciąż potencjalnie pięknym – opowiada Leszek Herman, szczeciński architekt oraz pasjonat tajemnic historycznych. Autor bestsellerów Sedinum oraz Latarni Umarłych. – Wiedzie tutaj szeroka ulica 3 Maja. Jadą nią tramwaje, które zakręcają pod kątem prostym i starym brukiem ulicy Gabriela Narutowicza telepią się dalej, wzdłuż neogotyckiego gmachu sądu rejonowego. Widok na plac zamykają dwa kioski z kosmetykami, słodyczami i prasą, a za nimi parterowy barak, w którym usytuowane są hurtownie i przypadkowe biura. Gdyby nie one już z tego skrzyżowania widać byłoby perspektywę dorzecza Odry, a w tle wzniesienia Puszczy Bukowej.

Dzisiaj to miejsce niezauważalne. Czworobok, przy którym rosną stare drzewa zabudowany parterowymi, krytymi papą barakami z płaskimi dachami, w których ulokowane są funkcje, jakie powinny mieścić się na obrzeżach miasta, a nie w historycznym centrum.

– Według planów z połowy XIX w. miało to być jednak jedno z ładniejszych miejsc tej części Szczecina. Dzielnica ta to tzw. Nowe Miasto, które zaczęto planować w 1845 roku, gdy król Fryderyk Wilhelm IV zgodził się łaskawie na powiększenie powierzchni miasta i przesunięcie umocnień twierdzy Szczecin w kierunku południowym. Na wytyczonym placu, który do II Wojny Światowej nosił nazwę Kirch Platze, planowano usytuować kościół. Miała to być duża świątynia o dwóch wieżach zamykająca oś ulicy Narutowicza, a jej absyda od strony Odry miała zostać usytuowana na wysokiej w tym miejscu jedenastometrowej skarpie, dzięki czemu bryła kościoła byłaby widoczna z nabrzeża i tworzyła efektowne ukoronowanie skarpy. Ulica Józefa Korzeniowskiego z kolei miała być perspektywicznie zamknięta bocznym szczytem transeptu.

Od strony południowej planowano malownicze schody prowadzące znad dzisiejszego dworca - prosto przed kościół.

– Kościół nigdy nie powstał ze względu na obniżenie rangi nowej dzielnicy. Wkrótce potem powstała założona przez Quistorpów spółka Westend, która wylobbowała na władzach miasta skupienie się na rozwoju Szczecina w kierunku zachodnim. Zapewniło to Quistorpom rynek zbytu dla nieruchomości Westendu, a Nowe Miasto stało się dzielnicą półprzemysłową i biedniejszą – opowiada historyk.

Co by było gdyby…

Leszek Herman przekonuje, że plac wciąż ma potencjał. Okalają go zachowane XIX-wieczne urokliwe kamienice i stare drzewa. Do centrum stąd jest pozornie niedaleko, ale w tę część miasta mało kto się zapuszcza. 

– Ulica 3 Maja dla turystów kończy się na Novotelu i placu Batorego, który notabene ma niedługo przejść remont i zamienić się w urokliwy zielony skwer przed neogotyckim gmachem Czerwonego Ratusza. Gdyby z placu Zawiszy zniknęły parterowe baraki i pojawiło się jakieś efektowne zagospodarowanie wykorzystujące bajkowy widok na dorzecze Odry, ta część miasta zyskałaby na urodzie a kamienice na wartości. Prawdopodobnie przyciągnęłoby to także lepsze sklepy i gastronomię, która zawsze wkracza tam, gdzie pojawia się atrakcyjne miejsce. Z łatwością można sobie wyobrazić ten plac tętniący latem życiem, ściągający studentów niedalekich szkół wyższych. Tak samo zresztą jak łatwo wyobrazić ulicę Korzeniowskiego. Jako piękną aleję, z widokiem na Odrę, łączącą dwa efektowne zieleńce – plac Batorego i plac Zawiszy Czarnego. Tak zmieniona dzielnica wpłynęłyby także na standard samej ulicy 3 Maja, która miałaby szansę przekształcić się w modniejsze miejsce, ściągające restauracje, sklepy i kawiarnie.

Legenda mówi o tajemniczej linii kolejowej

Według Leszka Hermana niepozorny dzisiaj plac kryje w sobie wiele tajemnic. To tutaj, szesnaście metrów pod ziemią znajduje się schron, którego betonowe mury mają grubość trzech metrów. Część tych podziemi udostępniona jest do zwiedzania jako trasa turystyczna i schron S1 pod Dworcem Głównym, ale przebieg pozostałych korytarzy jest nieznany. Z placu Zawiszy prowadzi zejście do tych podziemi betonową klatką schodową prowadzącą na 16 metrów w głąb ziemi. 

– Schron powstał niewątpliwie przy wykorzystaniu dawnych fortyfikacji z czasów twierdzy. Prawdopodobnie tędy wiodły podziemne korytarze aż do Fortu Leopolda pod dzisiejszym placem Mickiewicza na Wałach Chrobrego. Ich przebieg podobno został zniszczony przez prowadzone latami budowy w centrum miasta, ale z fragmentów tych podziemi zachowały się na przykład lochy, w których niegdyś mieścił się klub „Tango”. To tutaj także kryje się tajemniczy tunel kolejowy, sięgający aż do ulicy Potulickiej, który według oficjalnej teorii miał służyć do wycofywania składów pociągów. Według legend natomiast miał być tajemniczą linią kolejową, którą dla swoich potrzeb budowali naziści. Zaraz po wojnie istniały także plany, aby pod tym placem zbudować, być może przy wykorzystaniu dawnego przebiegu tunelu kolejowego, linię miejskiej kolejki podziemnej. Zwolennikiem tego projektu był Piotr Zaremba. Możliwe zatem, że w owych czasach istniały jeszcze jakieś resztki planów owych podziemi, a i same podziemia były jeszcze drożne. Nowe Miasto kryje wiele tajemnic, ale zdaje się być dzisiaj także nietkniętym jeszcze poligonem, z gigantycznym potencjałem miastotwórczym, które czeka na lepsze czasy – podsumowuje historyk. 

1( 0)
Lipiec'17