- Reklama -
CLOCHEE BANER PODMIEN

Recenzje teatralne Teatr Polski w Szczecinie, „Cabaret”

Strona głównaNewsyRecenzje teatralne Teatr Polski w Szczecinie, „Cabaret”

Musisz przeczytać

– Reklama –

baner_prestiz_400x400px

Ci z widzów, którzy oczekiwali, że zobaczą replikę filmu Fosse, zawiedli się srogo. Adam Opatowicz jest wierny librettu brodwayowskiego musicalu. A do tego zinterpretował „Kabaret” zgodnie ze swoją teatralną wrażliwością – jest dekadencko, także w formie, co wyraża pewna… powściągliwość. Rygorystyczna licencja nie pozwoliła na zmiany w przestrzeni muzycznej. Na szczęście, bo to niezmiennie siła każdej inscenizacji, także tej szczecińskiej. Tu wyrazy uznania dla Daniela Nosewicza, kierującego bez nuty fałszu kilkudziesięcioosobową orkiestrą.

Gdy myślę o „Kabarecie” mam w głowie melodie znanych piosenek, ale też splendor podłego, lecz pociągającego Klubu Kit Kat: pióra, koronki, tiule, jedwabie, brokat, cekiny, ostre makijaże, sztuczne pieprzyki, doczepiane monstrualne rzęsy. Kostiumy Doroty Roqueplo wydają się zbyt zachowawcze, nie powtarzają epoki międzywojnia, ale też nie wyprzedzają obecnej. Spodziewana feeria świateł połączona z dominująca czerwienią, nie tylko w okotarowaniu, nie eksplodują. Opatowicz zrezygnował z koloru, wprowadzając aktorów w czarną, wręcz ascetyczną przestrzeń. Na słabo doświetlonym horyzoncie rysuje się przeszklony pasaż, kojarzący się bardziej z peronową halą dworca, niż rozrywkowym lokalem (scenografia Andrzej Woron). To skojarzenie potęgują wszechobecne staromodne walizki, których reżyser (kreatywnie i z powodzeniem) używa w wielu scenach, jako swoisty leitmotiv. Co ciekawe, nie ma podziału na przestrzeń Kit Katu i „pensjonatu” Fräulein Schneider. Skoro „Życie to Kabaret”, inaczej być nie może.

Nie rozumiem dlaczego zbiorowe choreografie umiejscowione zostały w głębokim drugim planie, nie wypełniając tańcem i gestem pierwszego, nie przekraczając linii okna scenicznego. To powoduje, że ciekawie zaaranżowane układy taneczne (Jarosław Staniek, Katarzyna Zielonka) są po prostu niewidoczne.

Opatowicz dostrzega wyraźną analogię tekstów sprzed ponad półwieku do współczesności. Świat pulsujący konfliktami, zawiścią i nienawiścią, rozgrzane do czerwoności napięcia między narodami / społeczeństwem / stronami / koalicjami… Ale czy właśnie hedonizm nie uwypukla się w momencie zagrożenia? Obawiając się, że jutra może nie być, kompulsywnie pożeramy życie. Niestety ów hedonizm w spektaklu zanikł, wyparował… Reżyser zdaje się skupiać na szerszych pojęciach – polityce, atmosferze geopolitycznego zagrożenia, antysemityzmie. Wspominane wcześniej walizki to symbol ucieczki, zmiany. Indywidualne historie bohaterów stały się narzędziem do opowieści o powyższym. Świadczy o tym finałowa scena, z odniesieniem do aktualnej myślowej kondycji części polskiego społeczeństwa.

Uniwersalnej wymowie wymyka się misternie przygotowana przez Adriannę Góralską-Szymańską i Dominika Bobryka sekwencja wynajmującej pokoje przy Nolle Fräulein Schneider i żydowskiego handlarza owocami Rudolfa Schultza. Ich zaręczynowe przyjęcie przerywa najwyrazistsza scena „Kabaretu”. Znakomitą decyzją Opatowicza było powierzenie wykonania „Tomorrow Belongs to Me” Damianowi Rybickiemu, obdarzonemu zaskakująco wysokim głosem. To scena, która na bardzo długo pozostaje w pamięci, dla której warto zobaczyć ten spektakl. Trudno, by po policzku nie poleciały łzy, nie wiem tylko czy ze wzruszenia, złości czy strachu…

W bezwzględnego nazistowskiego funkcjonariusza Ernsta Ludwiga, brawurowo wcielił się Aleksander Różanek. Szkoda, że charyzmatycznemu wokaliście przypadło tak niewiele partii muzycznych. To też dotyczy Natalie Brodziński vel Panny Kost. To znakomita interpretacja frywolnej damy lekkich obyczajów podszyta koniunkturalną podłością. Nie do końca poradził sobie z wiodącą rolą młody (zbyt młody?) aktor, Krzysztof Róg. Jego Cliff sprawiał wrażenie, jakby przyjechał nie do grzesznego Berlina (Babilonu), lecz grzecznego Bullerbyn. Choć obdarzony ciekawym głosem, nie zachwycił w partiach śpiewanych. Wierzę, że każdy kolejny spektakl, przybliży go do postaci i teatralnej prawdy, a potencjał ma spory! Ach! Znakomita była Natalia Kujawa jako Sally Bowls. To wirtuozeria – wokalna i aktorska. Lekkość z jaką Kujawa portretuje charakterek Bowls po prostu zachwyca.

Emcee czyli Konferansjer, kreowany w filmie Fosse przez Joela Grey’a, stał się ikoną kina, albo kultury popularnej jako takiej. Nie rozumiem, dlaczego Opatowicz uczynił go tak mrocznym – makijaż Greya nawiązywał przecież do Pierrot’a, a nie topielca, zombie czy demona. To jednak nie jedyny eksperyment z tą postacią, bo reżyser w drugiej obsadzie zaproponował tę postać… kobiecie. O ile Damian Aleksander z pierwszej obsady odnalazł się w tej postaci przewybornie, to Sylwia Różycka ewidentnie… nie. Nie ratują jej nawet znakomite możliwości wokalne. Pomyłka.

Od lat jestem admiratorem tej historii i przypisanej do niej muzyki. Wciąż próbuję przekonać się do zaproponowanej przez reżysera dekadenckiej, mrocznej atmosfery. Tak, to pasuje do Jego uniwersalnej (geopolitycznie) interpretacji, przestrzegającej przed ponownym przyjściem „zła”. Wciąż, nie wiem czy do pozostałych treści i emocji, jakie niesie za sobą ten utwór. Wiem, z pewnością, że w szczecińskiej inscenizacji zabrakło oczekiwanego splendoru, rozmachu i… pazura. Szkoda, że tak mało w tym musicalu… musicalu. Szczególnie, w drugim akcie, tak bardzo smutno skrojonym. Jednak siła tego dzieła – muzyczna i narracyjna – jest na tyle porażająca i aktualna, że wielokrotne powroty do teatru są wskazane. Ja pójdę trzeci raz, a może i czwarty, piaty i szósty, bo…

…„bo życie kabaretem jest, i tak je trzeba brać! Szaleć nim przyjdzie zabawy tej kres, która się życiem zwie — bo życie kabaretem jest! I za to kocham je!”.

 

– Reklama –

spot_img

– Reklama –

clochee1000x100

Podobne artykuły

Aktualny numer

- Reklama-
baner_prestiz_400x400px

Musisz przeczytać