- Reklama -
CLOCHEE BANER PODMIEN

Camping 1976

Strona głównaCamping 1976

Musisz przeczytać

– Reklama –

baner_prestiz_400x400px

Cholera jasna! To doszło już do tego, że mogę wspominać wakacje sprzed blisko półwiecza? Jak jakiś Gal Anonim, albo inny Koszałek Opałek? Skoro tak, to proszę. Rozsiądźcie się droga dziatwo u mych stóp i niech się snuje bajda z zamierzchłej przeszłości. Po zakończeniu roku szkolnego, krótka, choć z góry skazana na porażkę bitwa z rodzicami, a potem wakacje. Na początek wybór miejsca. Żeby nie było na drugim końcu świata. Takie w zasięgu PKS. Wiedziałem, że w Binowie jest fajne pole. O golfie niewielu wówczas  słyszało. Już po trzech godzinach jazdy przez okoliczne wioski i sioła niebieskim autosanem, ląduję w rozpalonym słońcem kurzu, w centrum Binowa. Sklep GS, kilka chałup obrośniętych malwami i ten niezapomniany zapach Wakacji! Rzut oka na wywieszoną na drzwiach sklepu kartkę z rozpiską o której przywożą chleb, klamoty na grzbiet i ruszam na drugi koniec jeziora gdzie widać  kolorowe plamki namiotów.

Namiot „Warta2” produkowano w rodzimym Legionowie. Taki z tropikiem i składanymi, aluminiowymi masztami. Waga 12 i pół kilo!!! Ci najlepsi potrafili rozstawić go w dwadzieścia minut. Pozostali na walce z galimatiasem płótna i stali mogli spędzić na tym pasjonującym zajęciu dwutygodniowe wakacje. Najważniejsze było upilnowanie śledzi i szpilek (przedmioty do umocowania i rozpięcia namiotu). Namiętnie podkradane, albo po prostu gubione, z upływem czasu zastępowane były przez zwykłe, drewniane kołki. Namiot powinien być okopany przeciwdeszczowym rowkiem, co by rano, po burzliwej nocy nie obudzić się na środku jeziora. Sporym wyzwaniem dla palących było ustne nadmuchiwanie materaca. W moim, trzykomorowym i tak schodziło powietrza, więc po kilku nocach doświadczeń, po prostu rozścielałem pustą gumę, pod podłogę namiotu upychając suchą trawę. I miękko i pachnąco. Przed pierwszym noclegiem należało zrobić remanent zasobów żywnościowych. Tak więc: „Paprykarz Szczeciński” – szt. 3, „Mielonka Turystyczna” – jedna, dwie załatwione przez Ojca puszki wojskowe ze słynną tuszonką (wkładem mięsno-tłuszczowym) przepyszną i traktowaną przez szczęśliwych posiadaczy niczym najdroższy kawior. Sześć torebek z zupą grochową produkcji Poznańskich Zakładów Koncentratów Spożywczych po 2 zety za sztukę. Zupa była z makaronem wermiszel (takim cieniutkim w kształcie gwiazdek). Smakowała jak POEZJA! No i jeszcze paczka makaronu czterojajecznego i dwa słoiki fasolki po bretońsku. Jest nieźle. O! Zapomniałem jeszcze o dwóch zawieruszonych na dnie plecaka puszkach z rybą w sosie pomidorowym. Nie ważne z jaką rybą, ważne, że się je zdobyło. Naprawdę, jak na tamte czasy bogato, o ile wziąłem otwieracz do konserw? A były one, te puszki, solidne. Przysłowiowo i szczerze. Robione z żelaza i stali. Krążyła w tamtych czasach opowieść jak to Gomułka mówił: „Gdybyśmy mieli odpowiednią ilość cienkiej blachy, zarzucilibyśmy całą Europę mięsnymi konserwami… Ale nie mamy mięsa”. Mieliśmy za to MOCNĄ blachę… Próbowaliście kiedykolwiek otworzyć pancerną puszkę przez ścieranie jej wieczka o kamień? Ja próbowałem. Nie udało się… Puszki trzeba było podgrzać. Najlepiej na kocherze. Kocher składał się z kilku menażek (garnków), z których jeden miał ażurowe boki. Pod tym powycinanym garnkiem ustawiało się mosiężny palnik na denaturat, dołączony do kompletu, a na nim garnek właściwy, w którym (bardzo powoli) podgrzewało się jedzenie. Od razu odpowiem dociekliwym: nie, nie pijaliśmy wówczas denaturatu. W tamtych latach jakoś nieszczególnie ciągnęło mnie do alkoholu. To sam Świat swoimi kolorami, smakami i zapachami zawracał w głowie. Dziewczyny, które były o wiele młodsze niż dziś. Zręczność nasza młodzieńcza i ochoczość życia. Burza nad jeziorem, kilowy okoń złapany na wędkę z leszczyny i pióro gęsi, jakieś słowa sklecone w wiersz… To była marihuana tamtych dni. Kiedy szczęśliwy łowca nałapał stado słodkich płotek, to całe pole namiotowe w Binowie, Międzywodziu, Drawnie, czy Stepnicy, skwierczało i pachniało jak ekskluzywna restauracja w Bangkoku. To był czas dzielenia się wspomnianymi konserwami, niekończących się pieśni z akompaniamentem gitary przy wspólnym ognisku, pierwszych miłości i przyjaźni trwających w wielu przypadkach po dziś dzień. Czas bezpieczny, pełen radości i uśmiechu. Życzliwości i uczciwości (kto by tam pamiętał skradzionego śledzia?) Namioty nie miały kłódek, a i gitara pozostawiona przy ognisku nad ranem trafiała do właściciela tuż po zachodzie słońca…

Pomyśl o tym dzisiejszy Turysto, rzucający lekkie jak piórko kółko, które rozpina się momentalnie w czteroosobową chatkę z miękką, podgrzewaną podłogą. Zamawiający pizzę z dowozem na pole namiotowe, wpatrzony w ekran tabletu, nie widzący zachodu słońca nad jeziorem. Dziś możesz to zrobić w każdym, wymyślonym przez siebie miejscu na świecie. W Gruzji, Meksyku, na Bora Bora i w Bułgarii. Tylko czy będziesz miał ze sobą „Paprykarz Szczeciński”? Bo może smaczniejsze są dzisiejsze konserwy? Może i dziewczyny równie urodziwe? Nie wiem, jadę sprawdzić…

 

Poprzedni artykuł
Następny artykuł

– Reklama –

clochee1000x100

Podobne artykuły

Aktualny numer

- Reklama-
baner_prestiz_400x400px

Musisz przeczytać