- Reklama -
spot_img

Dawnych gier i zabaw czar

Strona głównaDawnych gier i zabaw czar

Musisz przeczytać

- Reklama-
spot_img

W chowanego, klasy, wojnę czy kapsle. Tak kiedyś bawiły się dzieci. W czasach, gdy nie było internetu i gier komputerowych, za to skarbem była puszka po coca-coli czy kawałek kolorowej kredy, a trzepak był miejscem towarzyskich spotkań, dorastało wielu znanych mieszkańców Szczecina. O swoich zabawach z dzieciństwa „Prestiżowi” opowiadają m.in. pisarka Monika Szwaja, muzyk Maciek Silski czy szef sejmiku Olgierd Geblewicz.

Szkolne boisko, podwórko przy domu a czasem nawet ulica były prawdziwym festiwalem pomysłów. Zaraz lekcjach biegło się na podwórko, po kryjomu przed rodzicami jedząc oranżadę w  proszku, i wymyślało przeróżne zabawy. Bez wątpienia najważniejszym miejscem na podwórku był trzepak, który jak magnes ściągał wszystkich z najdalszych zakamarków podwórka. I to niezależnie od płci.

– Było to miejsce spotkań i  pokazów sprawności – śmieje się prof. US Dariusz Zarzecki. – A widok grupek dzieciaków porozwieszanych na trzepaku w najdziwniejszych pozach był jak najbardziej naturalny i nikogo nie dziwił.

– Prawie zawsze ktoś na nim wisiał – potwierdza Monika Szwaja, pisarka. – Robiło się na nim fikołki albo zwyczajnie rozmawiało.

Również aktorka Olga Adamska ma swoje doświadczenia z  trzepakiem.

– Na trzepaku wypadało bywać, jednak nie należałam do grona entuzjastów – śmieje się pani Olga. – Szczerze mówiąc, na trzepaku czy w gumę średnio mi wychodziło, nie byłam specjalnie dobra w zajęciach typowo gimnastycznych. Natomiast bardzo lubiłam grać w chowanego.

W chowanego bawili się wszyscy bez względu na wiek i płeć. Zarówno w domu, jak i na świeżym powietrzu. Jedna osoba, zwana kryjącym, zasłania oczy i odlicza, a w tym czasie pozostali uczestnicy zabawy mają za zadanie ukrycie się. Po odliczeniu kryjący głośno oznajmia „szukam” i rozpoczyna poszukiwania. Wygrywa osoba, która została odnaleziona jako ostatnia. A pierwsza zostaje kolejnym kryjącym.

– Wykazywałam się przy tym dużym sprytem i inteligencją, na przykład jak miałam zielony sweterek, to chowałam się między drzewami – wspomina swoje potyczki w chowanego Olga Adamska.

– Potrafiliśmy doskonale wykorzystać każdą dostępną nam przestrzeń – dodaje architekt Aleksandra Kopińska-Szykuć. – Chowany najlepiej udawał się na placach budowy, bo było tam wiele zakamarków, w których można było się ukryć, ku rozpaczy naszych rodziców! Idealnym miejscem był las, tutaj popularne były też podchody, rozbudowana odmiana chowanego. Uczestnicy dzielą się na dwie grupy – uciekającą i pościgową. Uciekający zostawiają po drodze strzałki, znaki i zadania do rozwiązania dla ścigających.

W poszukiwaniu gumy

– Reklama –

spot_img

Nie wszystkie gry były jednak koedukacyjne. Większość czasu na podwórku chłopcy i dziewczynki spędzali osobno.

Ulubiona zabawą z dzieciństwa wiceprezydent Szczecina Elżbiety Masojć były klasy – gra zarezerwowana wyłącznie dla dziewczynek.

– Byłam mistrzynią gry w  klasy lub jej wariacji, czyli tak zwanego chłopa. Gra polegała na skakaniu po narysowanym na asfalcie schemacie i zaliczaniu kolejnych etapów. Dodatkowo trzeba było celnie rzucać drobnym kamyczkiem w odpowiednie pola – wspomina Elżbieta Masojć.

Kolejna z gier zarezerwowana tylko dla dziewczyn to guma. Polega na skakaniu układów nad naciągniętą gumą. W PRL-u do gry używało się gumek wyciągniętych z… majtek, a następnie związanych. Rarytasem było posiadanie całej gumki z pasmanterii.

– W czasach mojego dzieciństwa gumka była praktycznie nie do zdobycia, więc bardziej popularna była skakanka – wspomina Monika Szwaja.

– Guma to była zupełnie niemęska gra. Nasza rola ograniczała się do bezustannego przeszkadzania dziewczynom – śmieje się profesor Zarzecki.

Każdy chciał być Jankiem Kosem

W co dla odmiany bawili się chłopcy? Oczywiście w wojnę. Każde podwórko miało swój trzepak, piaskownicę i rdzennych mieszkańców. Obcy na podwórku był natychmiast rozpoznawany i musiał zachowywać szczególną ostrożność. Pomiędzy podwórkami toczyły się wieloletnie wojny. Struktury konspiracyjne miały wiele odniesień do wzorców prezentowanych w filmach takich jak „Stawka większa niż życie” czy „Czterech pancernych”.

– Każdy chciał być Jankiem Kosem! – śmieje się przewodniczący sejmiku Olgierd Geblewicz. – Pamiętam, gdy podczas jednej z zabaw w wojnę znalazłem kask roboczy, który dumny włożyłem na głowę. Podczas zabawy poczułem, że coś zaczyna z niego wyciekać. Nie zauważyłem, że pracownicy budowlani w tymże kasku rozrabiali lepik i  wszystko wylądowało na mojej głowie. Przez dwa tygodnie pozbywałem się tego z włosów!

Zabawy w wojnę dobrze wspomina fotoreporter Czarek Aszkiełowicz.

– Reklama –

spot_img

– Mieszkałem na osiedlu Bukowym. Mieliśmy tam ogromne pole dla wyobraźni, budowanie ziemianek i szałasów, i okopy. Kiedyś próbowaliśmy upolować nawet królika. Wybiegliśmy całą bandą z nożami i scyzorykami na leśną drogę i wpadliśmy prosto na jakąś rodzinę. Ich miny pamiętam do dziś – śmieje się Czarek Aszkiełowicz.

Kultową grą podwórkową były kapsle, które w szczytowym okresie sukcesów polskich kolarzy osiągały znamiona prawdziwej epidemii.

– Poprzez „pstrykanie” kapsli po specjalnej trasie rozgrywano „wyścigi pokoju”. Trasę rysowało się cegłą na asfalcie – wspomina muzyk Maciek Silski. – Kapsle dekorowało się flagami państw i  wykańczało przezroczystą folią. – Nie ma takiej gry na komputerze, która by chociaż w przybliżeniu dawała tyle emocji i  satysfakcji, co kapsle!

Kolejnym niezbędnym rekwizytem zabaw była piłka, której użycie było tak wszechstronne, jak fantazja dzieciaków.

– Uwielbiałam grać w piłkę kopaną z chłopakami – wspomina Monika Szwaja. – Zazwyczaj ustawiali mnie na bramce, ale i  tak zabawa była przednia!

Piłka to także dwa ognie, zwane także zbijakiem, oraz „murzyn” – polegający na kopaniu piłki o ścianę.

– Kopaliśmy tak mocno, że aż tynk odpadał ze ściany ku rozpaczy dozorcy, który nas ganiał później po całym podwórku – wspomina Lew Lizak, adwokat. – Kto wie, czy nie była to lepsza zabawa od samej piłki!

Na długich godzinach lekcyjnych grało się w okręty lub w  państwa – miasta.

– Do tych gier potrzebowaliśmy jedynie kartki i ołówka, no i  trochę wiedzy – wspomina Aleksandra Kopińska-Szykuć.

– Była to świetna zabawa, równie fajna, jak pisanie liścików do kolegów i przekazywanie ich w tajemnicy przed nauczycielem! Także scyzoryk lub harcerską finkę wykorzystać można było do zabawy.

– Pikuty – wymagały niemal cyrkowych umiejętności – śmieje się Maciek Silski. – Należało wbijać nóż w najbardziej nieprawdopodobnych pozycjach. Np. oprzeć ostrze noża na nosie i jednym zwinnym ruchem spowodować, by wbił się w ziemię!

Mały kolekcjoner

Zamiłowanie do zbierania wszystkiego to jedno z  bardziej fascynujących zagadnień minionego okresu. Hobby tamtych lat to głównie wszelkie zbieractwo. Kolekcjonerzy czaili się pod hotelami i czyhali na cudzoziemców, którzy bez najmniejszego żalu wyrzucali te „cenne” przedmioty – puszki po piwie czy coca-coli, pudełka po papierosach czy zagraniczne foldery.

– Były na tyle cenne, że trzymano je w regałach, częściej jednak były zwieńczeniem meblościanek– śmieje się Olgierd Geblewicz. – Ja oprócz puszek zbierałem także wszelkie dostępne komiksy.

Zbierało się także adresy zagranicznych firm i wysyłało się prośbę o przysłanie folderów reklamowych, motywując to szalonym zainteresowaniem działalnością firmy.

– Co do treści próśb zawartych w listach, nie można mieć jednak całkowitej pewności, gdyż nie znaliśmy dobrze języka – śmieje się Cezary Aszkiełowicz. – Jednak zdarzało się czasem, że firmy przysyłały foldery.

Monika Szwaja i Elżbieta Masojć zbierały zagraniczne znaczki oraz pocztówki – płyty.

– Jakość tych grających pocztówek była okropna – śmieje się Monika Szwaja. – Na archaicznym adapterze Bambino słuchało się Maryli Rodowicz, Karin Stanek i  Paula Anki!

Wszystkie możliwe przedmioty zbierał także profesor Dariusz Zarzecki.

– Puszki, monety, pudełka po zapałkach – wylicza. – Pasja do kolekcjonowania pozostała mi zresztą do dzisiaj. Z każdego miejsca w którym jestem przywożę kubek. Mam ich już ogromną kolekcję.

Zbierało się także książki. Ulubionymi autorami byli: Zbigniew Nienacki, Edmund Niziurski i Adam Bahdaj. Ukochana książka dzieciństwa Monika Szwai to „Kubuś Puchatek”, a na „Dzieciach z  Bullerbyn” ortografii uczyła się Elżbieta Masojć.

– Mieliśmy ogromną wyobraźnię, na którą wpływ miały lektury. Pamiętam książkę Ryszarda Liskowackiego „Wodzu wyspa jest twoja”. Akcja rozgrywała się w Szczecinie. Była to historia dwóch chłopców, którzy po ucieczce z domu zamieszkali na Wyspie Puckiej. Po tej lekturze postanowiliśmy także zamieszkać na wyspie. Niestety, rodzice odkryli nasz plan, zarekwirowali namioty, plecaki i konserwy i na tym się niestety skończyło – śmieje się Maciej Silski.

IZABELA MAGIERA-JARZEMBEK

Wizaż i stylizacja: Maja Holcman

Zdjęcia: Panna Lu

Chowany – popularna zabawa podwórkowa. Kryjący za pomocą specjalnej odliczanki odmierzał czas na ukrycie się pozostałych graczy. Treść wyliczanki to „Pałka, zapałka, dwa kije, kto się nie schowa – ten kryje”. Należało wytropić ukrytych kolegów, zanim zdążą dobiec do miejsca „zaklepywań”.

Dwa ognie – gra zwana również zbijakiem. Na boisku zbijający ciskają piłką w przeciwników, eliminując ich w ten sposób z dalszej gry. Jeśli piłka została złapana, gracze zamieniali się rolami i była okazja do rewanżu.

Gra w noża – zabawa polegała na wbijaniu noża w ziemię z najbardziej zwariowanych pozycji, np. opierając jego czubek o brzuch, kolano, łokieć, brodę, nos, tył głowy, itd.

Guma – gra polegająca na wykonywaniu przez zawodniczki ustalonych układów skokowych, aż do tzw. skuchy. Skakało się po gumie pasmanteryjnej, rozciągniętej pomiędzy dwiema zawodniczkami.

Klasy – gra polegająca na skakaniu po narysowanym kredą na asfalcie grafiku i zaliczaniu kolejnych etapów. Dodatkowo trzeba było celnie rzucać drobnym kamyczkiem w odpowiednie pola.

Kapsle – torem był murek, krawężnik lub piaskownica – często z przeszkodami. Kolarzami były kapsle od butelek. Zawodnikiem, czyli kapslem, poruszało się pstryknięciami palców.

Kamienie – do gry potrzebne były drobne kamyczki, które należało w odpowiedni sposób podrzucać i łapać, zaliczając kolejne etapy trudności.

Raz, dwa, trzy, Babajaga patrzy – na to hasło należało stanąć nieruchomo w pozycji w jakiej nas zastało. Prowadząca grę „Babajaga” określała ilość i rodzaj kroków jakie każdy z graczy może wykonać w jej kierunku. Wygrywał, kto pierwszy dopadł do Babajagi.

 

- Reklama -
spot_img

Podobne artykuły

Aktualny numer

- Reklama-
spot_img

Musisz przeczytać