Najpierw skakał w wzwyż. Później biegał na długich dystansach. Przyznaje jednak, że psychicznie dyscyplina ta była dla niego zbyt męcząca. Ówczesny trener wziął więc sprawy we własne ręce i skierował Piotra Liska do swojego kolegi, który był trenerem skoku o tyczce. Dzisiaj sympatyczny sportowiec może być mu bardzo wdzięczny. Jest czołowym skoczkiem świata i doskonałą wizytówką nie tylko Szczecina, ale i Polski. Dzięki między innymi niemu w sierpniu przeżyliśmy niesamowite, sportowe emocje. W Berlinie, podczas Lekkoatletycznych Mistrzostwach Europy Piotrek skakał naprawdę doskonale. Niestety, życiowe skoki oddawali również jego rywale.
– Był to historyczny konkurs i nie mogę być zły na siebie. Skoczyłem więcej niż na każdej innej dotychczasowej mistrzowskiej imprezie. Osiągnąłem wysokość 5,90 metra i… byłem czwarty. W 2017 roku na mistrzostwach świata skoczyłem centymetr niżej i byłem drugi. Tutaj to nie starczyło. Wyniki wszystkich zawodników pokazują poziom tej imprezy. Dałem z siebie 110 procent – wspomina lekkoatleta.
Czy stać Piotra na więcej? Zdecydowanie tak. Pokazał to w 2017 roku, gdy podczas zawodów w Poczdamie ustanowił absolutny rekord Polski, skacząc 6 metrów.
Jaki jest przepis na sukces? Bez wątpienia ciężka praca. Piotr trenuje dwa razy dziennie. Jest znany z tego, że w jego sylwetce nie znajdziemy ani grama tłuszczu. Nie jest to zasługą siłowni. Chodzi na nią raz w tygodniu.
– To zasługa genów. Nie chodzę ćwiczyć częściej, bo bardzo szybko rosnę. Nie mogę być „koksikiem z siłowni”, bo na rozbiegu trzeba szybko biegać. Z większą masą nie byłoby to możliwe.







