Dla tych, którzy dbając o kondycję fizyczną poszukują jednocześnie spokoju, relaksu, cenią sobie intymność, ale też towarzystwo podobnych do siebie osób, to miejsce idealne. In Balance by Marina to klub fitness, który dba zarówno o ciało, jak i o ducha. Znajdziemy tu świetnie i nowocześnie wyposażone sale do ćwiczeń, strefę relaksu, ale nie tylko. Na wejściu wita nas „zdrowy” bar, wygodne loże, regały z książkami i stół z piłkarzykami. A to tylko początek dodatkowych atrakcji. Kolejne – jak zapowiada Danuta Powirska, menadżerka i trenerka personalna – dopiero przed nami.
Jak to się wszystko zaczęło?
Zanim przyjechałam do Szczecina, spędziłam 10 lat w Gdańsku i w pewnym momencie swojego życia zaczęłam chodzić na siłownię, żeby poprawić swoją sylwetkę. Tak się wkręciłam w treningi, że prawie zamieszkałam w miejscu, w którym trenowałam. Mój przyjaciel, właściciel tejże siłowni, otwierał kolejne w Szczecinie i zaproponował mi, żebym tutaj przyjechała i objęła nad nimi opiekę.
Kiedy sama intensywnie trenowałam, moim problemem było znalezienie odpowiedniego trenera personalnego. Dlatego postanowiłam sama nim zostać, ponieważ wyszłam z założenia, że nikt nie będzie miał takiego podejścia jak ja i nikt nie będzie rozumiał ludzi tak jak ja chcę być rozumiana.
I przyszło to Pani łatwo? Czy, jak to bywa w tym zawodzie, po drodze były wyzwania?
Zacznę od tego, że nie zawsze wyglądałam tak jak teraz. Miałam tego ciała więcej, nie ćwiczyłam, większość mojej diety stanowiło niekoniecznie zdrowe jedzenie. Mój ówczesny partner trenował kulturystykę i w pewnym momencie stwierdziłam, że ja robię się coraz grubsza, a on coraz lepiej wygląda. Poszłam z nim na siłownię i było mi źle. Odpuściłam sobie ten temat na jakiś czas, po czym spróbowałam raz jeszcze. Zaczęłam ćwiczyć z trenerką. Przyszedł taki moment, że ona wyjechała na wakacje. Przed wyjazdem rozpisała mi trening, powiedziała mi, co mam robić. Przyznam się, że to było trudne. Czułam się na początku zagubiona, wstydziłam się sama ćwiczyć. W końcu się przełamałam. I okazało się, że to był nie tylko trening ciała, ale przede wszystkim pewności siebie. Po tym zmieniłam trenera na osobę specjalizującą się w kulturystyce, która prowadziła mnie prawie rok. Był to świetny trener – Maciej Pietkiewicz, który zobaczył we mnie talent i zaproponował udział w zawodach. Jednak to nie było coś, czego potrzebowałam. Mi wystarczyło dobrze wyglądać i czerpać przyjemność z treningów. I takie podejście mam do dzisiaj.
To podejście przekłada się też na klimat klubu, który Pani tworzy. To nie jest zwyczajna siłownia.
Moim celem było stworzyć miejsce, które nie tylko będzie służyło treningom czy zdobywaniu formy, ale będzie też miejscem spotkań. I to już zaczyna się dziać. Coraz więcej osób, które ćwiczą u nas, spędza tu czas także między i po treningach. Z przyjemnością obserwuję klientów, którzy nie tylko trenują, ale również siedzą ze sobą, rozmawiają, poznają się i łączą. Widać, że to miejsce daje im szczęście.
Ma Pani przy tym wszystkim jeszcze czas na treningi?
Organizacja nowego miejsca zajęła mi trochę czasu, ale w końcu wracam do trenowania innych, za czym tęskniłam. Sami klienci się do mnie zwracają o pomoc i chcą ze mną ćwiczyć. Jestem nastawiona na pracę z kobietami, z tego prostego powodu, że sama nią jestem. Wiem, jakie mamy zasoby, możliwości, jak działa nasz organizm, wiem, czego potrzebujemy. Ogólnie trenowanie innych daje poczucie satysfakcji. Tak też często nawiązują się nowe przyjaźnie. Poza tym jest to zwyczajnie miłe zajęcie.
Dziękuję za rozmowę.








